Posłowie głosują zgodnie z własną wiedzą i sumieniem, a jeśli ogarniają więcej – starają się również wypełniać oczekiwania wyborców, żeby sami mieli szansę na reelekcję. Natomiast zwyczajowe ustalenia i parytety, na które po przegranym głosowaniu nad wicemarszałkiem Sejmu powołuje się PiS – przywodzą na myśl sławetne “instrukcje sejmikowe”, które jak pamiętamy doprowadziły do upadku szlacheckiej I Rzeczypospolitej. Wybór Marcina Horały dokonał się teraz zgodnie z demokratycznymi regułami.
Marcin Horała, wcześniej minister u Mateusza Morawieckiego, znalazł się jednak w Sejmie dzięki głosom wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Podziału wtedy jeszcze nie było, Rozwój Plus wypiętrzył się z części PiS dopiero trzy lata później. Upada jednak kluczowy argument pisowski, że najliczniejszy elektorat nie ma przedstawiciela w prezydium Sejmu. Od piątku ma, a nie jest winą rządzącej większości, że Jarosław Kaczyński najpierw zraził do siebie a potem wyrzucił z PiS Mateusza Morawieckiego, za którym poszedł Marcin Horała.
Jeśli chodzi o osobiste walory obu kandydatów, Marcin Horała wydaje się pod każdym względem przewyższać przegranego kandydata PiS na wicemarszałka Marcina Ociepę. Zarówno pod względem politycznego obycia jak dorobku w tej branży.
Horała pozostaje ojcem projektów infrastrukturalnych realizowanych za rządów 2015-23; wiele z nich, w tym wzbudzające największe emocje CPK (Centralny Port Komunikacyjny czyli superlotnisko w pół drogi między stolicą a Łodzią wraz z węzłem kolejowym), realizuje, czasem z korektami, obecna władza. Przy tym Horała interesuje się komputerami i wiele ma na ten temat do powiedzenia: czy chodzi o gry czy bardziej wizjonerskie projekty i możliwości.
Za to Ociepa, chociaż ostatnio sprawia wrażenie ugrzecznionego, bo tak przynajmniej się zachowywał, gdy wyszedł od przewodniczącego największego w Sejmie klubu Koalicji Obywatelskiej Zbigniewa Konwińskiego po rozmowie, w której bezskutecznie, jak już wiemy, przekonywał go do poparcia własnej kandydatury. |Marcin Ociepa identyfikowany jest jednak politycznie z frakcją Adama Bielana, co stanowi jak najgorszą rekomendację. Bielan, polityczny wędrownik, wychowany w Akcji Wyborczej Solidarność, przez chwilę próbujący bez efektu sił na swoim, od lat zaś w PiS – zamieszany jest w sprawę niedawnej ucieczki Zbigniewa Ziobry do Stanów Zjednoczonych przed polskim wymiarem sprawiedliwości.
Zanim jeszcze przegrał, już straszył
Niedopuszczalne okazuje się jednak coś innego, co powiedział po wyjściu z gabinetu Konwińskiego kandydat na wicemarszałka Ociepa: – Karma wraca.
O co chodzi? To już nawet nie zawoalowana, ale otwarta groźba wobec innych sił politycznych. Zapowiedź odwetu, gdy PiS, zapewne w koalicyjnym układzie, powróci do władzy.
Posłowie większości się przed tym nie ugięli. I słusznie. Pogróżki nie mieszczą się bowiem w praktyce ani logice demokracji parlamentarnej, na której reguły przegrani w piątkowym głosowaniu tak chętnie się powołują.
Chociaż gdyby w poprzedniej kadencji marszałek Elżbieta Witek nie unieważniała głosowań tylko z tego powodu, że PiS je przegrało – pisowcy już od początku tej kadencji by swojego wicemarszałka mieli. Kto sieje wiatr, zbiera burzę. A jeśli starszy odwetem, ponosi odpowiedzialność za to, że będzie jeszcze gorzej.
Jeżeli akurat Mariusz Błaszczak stwierdza, że limuzyna, sekretariat i gabinet stały się ważniejsze od ideałów – przekracza granice śmieszności. Bo to jego wieloletni mentor i twórca jego kariery Jarosław Kaczyński bez żenady publicznie podkreślał przecież, że gdy się ma gabinet i sekretariat – ułatwia to działanie. Albo uznawał, że objęcie funkcji premiera stanowi oczywistą ambicję każdego polityka. Jakby politykami nie byli również Mahatma Gandhi, Vaclav Havel czy Nelson Mandela, co raczej o urzędy nie zabiegali, nawet jeśli z czasem przyszło im je objąć.
Skoro teraz się kłócą, trudniej im przyjdzie współrządzić
Porównanie ich z politykami obecnie, jeśli rzec tak można, obsługującymi polską demokrację, bo trudno powiedzieć, że ją współtworzą – rodzi oczywisty dyskomfort. Nie święci jednak garnki lepią. Po piątkowych decyzjach Sejmu ma się wrażenie, że wicemarszałkiem został lepszy z kandydatów, czym trudno się martwić.
Wybór dokonał się też nie w imię podziału łupów – jak pomiędzy kartelem z Medellin a tym drugim z Cali w też przecież demokratycznej Kolumbii – lecz w imię sensownej politycznej logiki.
Rządowa większość wskazuje nie tylko kandydata bardziej na wicemarszałka się nadającego, ale zarazem wzmacnia frondę w opozycji. Wściekłość Kaczyńskiego na Morawieckiego, że ten drugi fotel wicemarszałka dla swoich zawdzięcza porozumieniu z Donaldem Tuskiem – zmniejsza zagrożenie, że od jesieni 2027 r, Polską rządzić będą wspólnie. A polityka, ta sensowna, polega również na umiejętnym zapobieganiu niebezpieczeństwom lub zmniejszaniu prawdopodobieństwa złych scenariuszy.