Infekcja Zondacrypto

0
0

Aferalna firma stała się poważnym reklamodawcą dla mediów nie tylko pisowskich, co same zwą się niepokornymi – chyba wobec dziesięciu przykazań – ale dla ich głównego nurtu. Korzystały z niej także te marki, co teraz na antenie procedery związane z Zondacrypto spektakularnie demaskują. Zaś ułaskawienie przez prezydenta – nawet jeśli brak dowodów na to, że osoba ten urząd pełniąca o tym wiedziała – okazuje się mieć swoją cenę rynkową.

Dotychczasowe wnioski z perypetii Zondacrypto, chociaż sprawa wydaje się, jeśli użyć języka starych prokuratorów rozwojowa – okazują się miażdżące dla naszego życia publicznego. Tym bardziej, że wątek kryptowalut pojawia się również w innej aferze, zakupu przez Orlen za rządów tam pisowskiego nominata Daniela Obajtka, z udziałem szwajcarskiego pośrednika, ropy naftowej z Wenezueli, która nigdy do nas nie dotarła. W grze były wirtualne pieniądze, to prawda. Ale Polska straciła jak najbardziej realne 1,6 mld zł.

Straty wizerunkowe w każdej z afer, stanowiących spuściznę po ośmioletnich nieprzerwanych i samodzielnych rządach Prawa i Sprawiedliwości (2015-23) sprawowanych jak na ironię właśnie dlatego, że wyborcy mieli dosyć nieprawości poprzedników, utrwalonych na taśmach nagranych przez kelnerów ze spelunki “Sowa i Przyjaciele” – sięgają głębiej, niż domeny, znajdujące się w gestii prokuratorów i sędziów. Zbigniew Ziobro, minister w sumie przez dekadę (2005-7 i 2015-23), w tym drugim okresie urzędowania przeznaczał na wzmocnienie własnej kanapowej partii (Solidarnej a potem Suwerennej Polski, podzbioru politycznego w PiS) środki zarezerwowane dla ofiar przestępstw. Interesy prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza z firmą Przemysława Krala, w tym włączenie do nazwy warszawskiego Centrum Olimpijskiego oprócz imienia Jana Pawła II również marki Zondacrypto to nie tylko bezprzykładna profanacja pamięci ostatniego wspólnego autorytetu Polaków. Rzutowały na smutną zapaść polskiego sportu. Medali było mniej niż kiedykolwiek po 1956 r., a na nagrody za te, które zdobyto, sportowcy musieli poczekać, bo… miało je wypłacić w wirtualnej walucie Zondacrypto (za zimową olimpiadę w 2026 r.). We współczesnym świecie sukcesy sportowe stanowią wizytówkę kraju, przekonywaliśmy się o tym jeszcze w 1976 r. w Montrealu, kiedy to w trudnych dla Polski czasach, jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły na papieża i erą Solidarności jako największego pokojowego ruchu społecznego nowoczesnej Europy, o zdolności Polaków do wspólnego działania zaświadczał złoty medal siatkarzy Huberta Wagnera, zaś o indywidualnych naszych talentach – triumf dwudziestoletniego studenta prawa Uniwersytetu Warszawskiego Jacka Wszoły w konkursie skoku wzwyż. Polska stała się wówczas szóstą sportową potęgą świata, nie dlatego przecież, że byliśmy bogatsi niż dziś albo szczęśliwsi. Teraz w Paryżu (olimpiada 2024 r.) znaleźliśmy się w klasyfikacji medalowej na 42. miejscu. Dla Polski, aspirującej do miana jednej z dwudziestu najmocniejszych gospodarek świata, to klęska. Aferzyści odgrywają dziś rolę pasożytów, wysysających soki żywotne.

Podobnie trudno zrozumieć, dlaczego skoro słusznie szczycimy się dwoma Literackimi Nagrodami Nobla, przyznanymi nam już po zmianie ustroju i odzyskaniu suwerenności – dla Wisławy Szymborskiej i Olgi Tokarczuk – musimy wstydzić się z kolei za obecną władzę, która pieniądze z budżetu zamiast na promocję naszej kultury wśród Polonii przeznaczyła na reklamę pracujących dla obozu rządowego zawodowych nienawistników, hejtujących rywali. Nieważne, że w grę wchodziły niewielkie nawet z punktu widzenia zwykłego obywatela pieniądze: 58 tys zł. Format kompromitacji okazuje się dużo większy. Za jej sprawą w kraju Henryka Sienkiewicza, Władysława St. Reymonta oraz Czesława Miłosza więcej niż o talentach ich następców mówi się o lepkich rękach “pośredników od kultury”, przechwytujących brutalnie i tak skąpe środki, które mogłyby posłużyć rodzimym twórcom i eksportowi ich dzieł na zewnątrz, do wspólnej Europy i wolnego świata.

Wspólnymi siłami pokonaliśmy pandemię, chociaż i ona, co najdziwniejsze znalazła u nas nieoczekiwanych propagatorów w postaci uczestników ruchu antyszczepionowego. Wygraliśmy z COVID-19 za sprawą odrodzonej sąsiedzkiej i rówieśniczej pomocy, wymiany przysług i użytecznych informacji. Państwo robiło, za rządów Mateusza Morawieckiego, tylko tyle, co musiało. Najwięcej zawdzięczamy ofiarności ratowników i pielęgniarek, lekarzy i kierowców karetek pogotowia: wszyscy oni pracowali wtedy ponad siły i pod straszną presją. Paradoksalnie jednak w kilka lat po powstrzymanym tak dzielnie pochodzie koronawirusa najbardziej znanym polskim medykiem okazuje się nie żaden z epidemiologów ani chirurgów, wykonujących pionierskie i wirtuozerskie operacje. Tylko doktor Dawid Kacprzyk, kierujący bez specjalizacji SOR, ze stażem dłuższym w młodzieżówce partii obecnie rządzącej niż w lekarskim kitlu. Zarobił 1,6 mln zł rocznie za dyżury, których nie pełnił. Ale już pierwszego dnia powiadomił swoją przełożoną w Połodniowym, prezes Annę Łukasik, że jest tam po to, żeby pilnować szpitala dla Rafała Trzaskowskiego.

Nie wiemy, czy sam prezydent Warszawy o tym wiedział. Podobnie brak dowodów na to, że prezydent Polski Karol Nawrocki był świadomy faktu, że za finansowanie imprez, które swoją osobą uświetnia i które podbijają poparcie dla niego w sondażach – ceną ma się okazać ułaskawienie dla szefa Zondy Przemysława Krala.

Namnożenie się jednak podobnych praktyk w tak krótkim czasie wskazuje niezbicie na zainfekowanie klasy politycznej i tych, co żyją z jej obsługi – poniekąd ponad podziałami.

W Republice wykupiła Zondacrypto przez dwa lata reklamy za 37 mln zł. Podobnie bez żenady, tyle że mniej, na emisji spotów Zondy zarabiały TVN – prawie 6 mln zł oraz TVN24 – okrągły milion. Wszystko wedle danych Instytutu Monitorowania Mediów.

Zachowajmy jednak proporcje: nie cała czwarta władza w tym interesie uczestniczy. Na przykładzie unurzania mediów głównego nurtu i pisowskich w interesy z Zondą – dostrzegamy tym bardziej potrzebę mediów niezależnych. Tych w sieci i mniejszych niż medialne koncerny. Do których nie zgłosi się w chwili publikacji poświęconego mu materiału biznesowy partner, domagajac się wybielenia wobec stawianych mu zarzutów albo zatrzymania tematu, który miałby ich prawdziwość potwierdzić. Nie o wiarygodność mediów w tym wypadku idzie, lecz państwa. Tym bardziej, że zmarnowano nawyki, które już się ukształtowały w lepszym dla polskich środków przekazu czasie tuż po zmianie ustrojowej. Szczyciliśmy się wcześniej przecież drugim obiegiem, który zrodził się ze sprzeciwu wobec presji i cenzury. Nie brakowało wtedy ani teraz standardów, do których warto nawiązywać.

To kolejny paradoks obecnych afer, w których wiele mediów uwikłało się tak głęboko. Bez ich odważniejszej i uczciwszej konkurencji – świat polityki sam się przecież nie oczyści. Wystarczy prześledzić nikłe efekty prac tak licznych w ostatnich dekadach sejmowych komisji śledczych. Potwierdzają raczej potoczną opinię, że zawodowi politycy nie zrobią krzywdy sobie nawzajem. Choćby po to, żeby po zmianie u steru nie spotkać się z odwetem.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here