U George’a Orwella w powieści “1984” Ministerstwo Miłości zawiadywało służbami bezpieczeństwa przyszłego państwa Wielkiego Brata, zaś w polskim demokratycznym Sejmie Zespół do spraw Wolnego Rynku służy pos. Przemysławowi Wiplerowi do załatwiania jak najbardziej prywatnych interesów z jego biznesowymi klientami. Poseł oczywiście do nich nie dokładał.
Utkano całą pajęczynę politycznych i finansowych relacji, której elementem oprócz Wiplera, kiedyś posła Prawa i Sprawiedliwości, teraz Konfederacji, stał się Michał Krzymowski, niegdyś zdolny dziennikarz i autor może nie wybitnej, lecz przynajmniej nie na kolanach pisanej biografii Jarosława Kaczyńskiego, teraz wzięty lobbysta. Układ tych powiązań ujawnił reporter śledczy Szymon Jadczak, swego czasu demaskator kiboli Wisły Kraków wchodzących w rozmaite relacje z przestępczością zorganizowaną oraz Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako dysponentki funduszy senackich na promocję kultury wśród Polonii, co niby przez niedopatrzenie marszałkini trafiły zamiast do Szczepana Twardocha bądź jego agentów, nie tajnych lecz literackich, do hejterów sprzyjających obecnie rządzącej Koalicji Obywatelskiej.
Układ stworzony przez Wiplera-biznesmena i wspólników zarobił w sumie prawie 7 mln zł na wpłatach od klientów, których interesy roztrząsał później kierowany przez Wiplera-posła zespół do spraw wolnego rynku. Płatnikami były m.in. firmy bukmacherskie, z branży nowoczesnych technologii, zajmujące się gospodarką odpadami, agencje pośrednictwa pracy oraz jedno ze stowarzyszeń przedsiębiorców Polskie Towarzystwo Gospodarcze, co firmom Wiplera i współpracowników przelało 1,3 mln zł.
Mechanizm przyjęty przez Wiplera oznaczał wcale nie sporadyczne tylko wykorzystywanie konfliktu interesów, ale stałe na nim właśnie zarabianie bez pozorów ani finezji.
Lobbysta Przemysław Wipler pobierał od swoich klientów pieniądze za załatwianie konkretnych spraw, które procedował już jako poseł w swoim zespole.
Przemysław Wipler, rocznik 1978 r, syn górnika ze Śląska, kolega z liceum Michała Rachonia, jako dziewiętnastolatek pracował pod kierunkiem Sławomira Nowaka przy kampanii parlamentarnej Donalda Tuska. Kiedy z kolei zaczął robić karierę w Prawie i Sprawiedliwości, przedstawiano go, przeciw czemu nie oponował, jako łącznika ze środowiskami kibolskimi. Powszechnym pośmiewiskiem został, kiedy w sieci pojawiło się nagranie, jak rozrabiającemu po pijaku posłowi Wiplerowi lanie sprawia interweniująca policjantka. Sprała przykładnie, awanturującego się pod klubem Enklawa przy Mazowieckiej w stolicy zwalistego posła filigranowa Beata Jung, starsza posterunkowa i była siatkarka.
Po tym spektaklu nie zniknął jednak z życia publicznego, łączył role biznesowe i polityczne. Jego zespół w obecnej kadencji zajmował się tak głośnymi kwestiami jak kryptowaluty czy upadek kantoru internetowego Cinkciarz.pl Działania Wiplera, nawet na tle innych afer wyróżnia ostentacja, wynikająca zapewne z poczucia bezkarności. Najwyższy czas, by je utracił. Za to również oceniani będą w przyszłorocznych wyborach jego koledzy z Sejmu obecnej kadencji.
Czasem niezwykłych wrażeń dostarcza przeglądanie telewizyjnych materiałów roboczych, a nie tylko tych do emisji przeznaczonych. Na nagraniu dokonanym przez znakomitego operatora obrazu z TVP Bartosza Kłysa widać Wiplera, jak klucząc stara się uwolnić od wnikliwych jak zawsze pytań Justyny Dobrosz-Oracz. Nagle ścieżka dźwiękowa rejestruje jakiś huk, ale nagranie się nie urywa. Jak się okazało, cofający się pod Sejmem z kamerą Kłys, ustawiający obiektyw tak, by zarejestrować reakcje Wiplera, uderzył tyłem głowy w słup znaku drogowego. To miara poświęcenia artysty sztuki telewizyjnej, tym bardziej, że nagrywać nie przestał. Przez chwilę tylko można było mieć wrażenie, że ten odgłos, mocnego uderzenia, tak rzecz nazwijmy, to jakaś klapka otwierająca się z potężnym trzaskiem w mózgu skompromitowanego polityka. Nie, że przeprosi, jak radzą w podobnych sytuacjach PR-owcy, bo wyborcom nic z takiej deklaracji nie przyjdzie. Nie, że powie, jak było, bo dzięki red. Jadczakowi już i tak prawie wszystko wiemy. Tylko, że Wipler nagle przystanie, zamiast przed ekipą telewizyjną uciekać i opowie, kto zapewniał mu parasol ochronny dla interesów, które nawet przez chwilę – jeśli użyć eufemizmu – wrażenia uczciwych nie sprawiały.
Spowiedzi się jednak nie doczekaliśmy. Zdarza się w filmach political fiction, ale nie w realnej polskiej polityce. Z pewnością działoby się inaczej, gdyby uwikłany poseł bardziej niż swoich mocodawców i protektorów obawiał się wymiaru sprawiedliwości demokratycznego państwa. Jednak na dziś to tylko political fiction właśnie.