Dawni KPN-owcy przypominają, co zrobili dla wolnej Polski – przed 40 laty i wcześniej – za wielką wodą
Kiedy w 1985 r. komuniści zorganizowali pierwsze po stanie wojennym wybory do Sejmu PRL, jak zawsze od 1952 r. z jedną tylko listą kandydatów, komisje do głosowania uruchomili nie tylko w kraju, ale i w konsulacie w Nowym Jorku, gdzie młodzi emigranci z Konfederacji Polski Niepodległej ich zamiar skutecznie zniweczyli. Stanęli z transparentem: “Nie chcesz zmiany Polski losu, idź i głosuj”, po polsku, a ściślej, jeśli o rym chodzi to po częstochowsku, drugim po angielsku z żądaniem uwolnienia więźniów politycznych i paroma jeszcze innymi, oraz twardym zamiarem filmowania i fotografowania każdego, kto wejdzie do środka.
W efekcie używane, choć w porównaniu z krajowymi i tak wypasione fury oficjalnych PRL-owskich stypendystów i innych posyłanych za Ocean beneficjentów socjalizmu realnego, przed konsulatem wprawdzie zwalniały, ale gdy tylko ich kierowcy ujrzeli, co się tam dzieje – zaraz dodawali gazu i odjeżdżali w siną, a ściślej czerwoną dal.
Akcję przed nowojorskim konsulatem Polski Ludowej organizowali m.in. Ryszard Jonak (z Polskiej Partii Niepodległościowej) oraz dyrektor tamtejszego biura KPN Marek Ruszczyński. Zacznijmy zatem od tego drugiego, skoro erudycja i skrupulatność Marka Bobera, autora opowieści o naszej KPN-owskiej i radykalnie post-solidarnościowej młodej (czyli przybyłej tam po 13 grudnia 1981 r.) emigracji w USA stwarza nam swobodę wyboru, a i recenzentowi daje rzadki w tej robocie komfort.
Przez saksy i piłkarski Mundial do NY
Student warszawskiej Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, która już po zmianie ustrojowej powrócić miała do nazwy SGH, Marek Ruszczyński, ur. w 1958 r, jeszcze przed 13 grudnia jeździł do krajów kapitalistycznych na saksy. Już po tej dacie postanowił wybrać się dalej. “Wyjechałem razem z kolegą Bogdanem, który nigdy nie był na Zachodzie. Mój kolega po pracy przechodził koło biura jakiejś agencji turystycznej, która ogłaszała wycieczki na Mundial. Wszedł i zapisał siebie i mnie na wyjazd do Hiszpanii. Mieliśmy zapewnione noclegi, bilety na mecze, ale bez pieniędzy na jedzenie. Polecieliśmy samolotem do Francji. Jak samolot wystartował, jeden z nas powiedział do kolegi:
– No to spierdalamy!
– Cicho, cicho, bo jeszcze zawrócą samolot!
Za nami siedziała jakaś para i wybuchnęła śmiechem” [1].
Z Francji autobusem do Hiszpanii. Tam spanie… w namiotach. Żaden problem, przecież Mundial zawsze, poza jedynym katarskim co był w grudniu, rozgrywa się w lecie.
“Mieliśmy bilety na niektóre mecze, m.in. na mecz Polski ze Związkiem Radzieckim (0:0, remis dał nam wtedy awans do strefy medalowej). Przed tym meczem wzięliśmy prześcieradło, rozpięliśmy je na namiocie i pastą do butów napisaliśmy po angielsku: “- Uwolnić Wałęsę” (..). Poszedłem do gościa z telewizji hiszpańskiej i zapytałem, gdzie trzeba umieścić transparent żeby był dobrze widoczny w czasie transmisji i on wskazał to miejsce (nawet nas przesuwał: “Bardziej w lewo! Teraz bardziej w prawo!”)” [2].
Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem
W Nowym Jorku, bo Mundial był dla niego tylko przystankiem, dostał Ruszczyński opłacony przez opiekuńczą biurokrację nocleg na dwa dni w hotelu. I potem radź sobie sam, człowieku, jak to za prezydentury republikanina Rolanda Reagana.
Udało się. “Kupiłem gazetę. Znalazłem pracę i wynająłem mieszkanie… Takie były moje początki za wielką wodą” [3].
Założy tam Ruszczyński Independent Polish News Service. Najpierw walczy o uwolnienie Leszka Moczulskiego. Kiedy ten po amnestii przyjedzie do USA z wizytą, obaj zostaną przyjęci nie przez Reagana wprawdzie, ale jego zastępcę George’a Busha Seniora, co nastąpi w 1987 r.
Od Zagłębia Miedziowego do “My, Naród”
Marian Faryniarz z Zagłębia Miedziowego, wcześniej skazany na trzy lata przez sąd śląskiego okręgu wojskowego – ląduje w USA w 1983 r. Kiedy w dwa lata później generał Wojciech Jaruzelski przyjeżdża do Organizacji Narodów Zjednoczonych na sesję jej Zgromadzenia Ogólnego – Faryniarz tego samego dnia kupuje kamerę, by protest przeciw dyktatorowi nagrać. Sama kosztuje 900 dol, ale wraz z aparaturą do nagrywania dźwięku – 1500 dol. Płatne od ręki, bo godziny dzielą nas od momentu, gdy nowojorscy Polacy zaczną demonstrację przeciwko autorowi stanu wojennego. Rodzina nie oponuje, żona szanuje pasję Faryniarza, a sama też szczerze nie znosi komuny.
W rok później Faryniarz założy firmę Videofakt, która stale dokumentuje życie Polonii i utrwala wspomnienia kombatantów. Z czasem pojawi się też strona internetowa [4].
Kiedy Lech Wałęsa przyjedzie do Waszyngtonu, by wygłosić w Kongresie Stanów Zjednoczonych entuzjastycznie przyjęte przemówienie, zaczynające się od słów “My, Naród”, nawiązujących do “We the People” z Konstytucji USA – Faryniarz znajdzie się wśród filmujących “przywódcę polskiego świata pracy”, wśród których zabraknie ekipy oficjalnej Telewizji Polskiej. Zredagowaną przez Bobera książkową opowieść o przewagach Faryniarza znakomicie się czyta, ale i ogląda, bo bohater sukcesy odnosił w świecie wizualnym.
Niedźwiedzia przysługa na odległość
Tego, że Wałęsa po latach dostanie paszport nie da się jeszcze przewidzieć w czasach, kiedy nawet po odbiór Nobla musiał wysłać żonę Danutę w obawie, że jak poleci do Oslo sam, nie wpuszczą go z powrotem do Polski. W tym czasie KPN-owski dziennikarz z emigracji dzwoni do kraju na podany mu przez Krzysztofa Bzdyla krakowski telefon domowy Zygmunta Łenyka. Ten obszernie opowiada o sytuacji i działaniu KPN. Rzeczowo, nie koloryzując. W trakcie rozmowy słychać walenie do drzwi. Potem wrzaski i odgłosy bicia. Połączenie się urywa.
Następnego dnia rozmówca Łenyka umówiony jest i tak w Departamencie Stanu. Skarży się tam, jak milicja w PRL potraktowała jego źródło informacji.
Efekt? W kraju wprawdzie służby nie przestają Łenyka prześladować, ale jeszcze skutecznie odłączają mu telefon domowy, by nikt następnej szarpaniny w jego mieszkaniu już nie nagrał i żeby szczegóły represji się nie rozniosły. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze – mogą sobie potem powiedzieć emigracyjni dziennikarze.
Kto jednak nie wierzy, że słowa te pasują do wszystkich wysiłków antykomunistów sprzed 1989 r. wspieranych przez młodą emigrację po 13 grudnia 1981 r, kto nie uważa, że tytułowe hasło “Wolności potrzeba Polsce” to tylko slogan – dla tego książka Bobera stanie się pasjonującą lekturą.
Region USA i “szczuropolacy”
Jeszcze z lat 80. pochodzą “W złotej klatce. Notatnik amerykański” Tomasza Jastruna, który jako 23-latek miałem okazję recenzować w kraju dla KPN-owskiego “Orła Białego” [5], efekt udanego zwiadu reporterskiego poety i eseisty oraz “Region USA” Andrzeja Krajewskiego o działaczach Solidarności, których stan wojenny zastał za wielką wodą lub takich, co już później ugięli się przed esbeckim szantażem: emigracja albo dalsza odsiadka. I potem za Oceanem układali sobie życie od nowa.
Wtedy były to spisywane na gorąco reporterskie impresje. Z czasem dołączyły do nich dramat (Janusz Głowacki) i fikcja powieściowa: “Dolorado” Edwarda Redlińskiego i jego późniejsi “Szczuropolacy”, po których publikacji autor stracił prawo wstępu na polski Greenpoint, zaadaptowani za to na ekran już po zmianie ustroju przez wybitnego reżysera Janusza Zaorskiego (“Szczęśliwego Nowego Jorku”).
Obie książki – o wysiłku młodej radykalnej emigracji i wideo-inicjatywie Faryniarza – pojawiają się w czasie, gdy przychodzi pora podsumowań, których najlepiej przecież dokonywać gdy żyją i nie odmawiają rozmowy bohaterowie opisywanych wydarzeń pamiętający je doskonale. Co nie znaczy oczywiście, że za kolejne 40-45 lat stracą one swoje znaczenie.
Swój czas poświęcili Polsce
Wpisałem w popularną wyszukiwarkę sieciową nazwę własną “Greenpoint”, i w odpowiedzi sztuczna inteligencja, co jak wiemy, sztuczna pozostaje na pewno, ale inteligentna nie jest zupełnie – zaoferowała mi liczne sklepy odzieżowe i salony kosmetyczne w Warszawie i Łodzi. To kolejny dowód, jak dobrze się stało, że Bober, Faryniarz czy Ruszczyński, wszyscy, co przyczynili się do powstania obu książek – zamiast czekać, spieszyli się z ich wydaniem.
Od kilkunastu lat Polacy masowo wyprowadzają się z Greenpointu. Gdzie jeszcze niedawno stanowili 43 proc mieszkańców, tam częściej słychać teraz hiszpański czy angielski. Zaś przez coraz większą liczbę młodych po obu stronach Oceanu po polsku myślących i mówiących, nawet generał Jaruzelski kojarzony jest głównie jako tatuś współczesnej celebrytki Moniki, czyż nie tak? Tym bardziej warto pamiętać o tych, co nie tylko harmidrem i kocią muzyką powitali go w Nowym Jorku, kiedy był w kraju dyktatorem, ale jeszcze potrafili to na profesjonalnym poziomie sfilmować i zarchiwizować. Dla polskiej pamięci.
Po godzinach pracy i trudach adaptacji do nowego środowiska, w które zostali czasem wrzuceni bez znajomości języka i realiów – swój czas poświęcili Polsce. Nawet jeśli przez to głupsi od nich dorobili się piękniejszych domów czy szybszych samochodów. O czym pamiętać warto, żeby tym pierwszym oddać ich miejsce w historii.
Nawet jeśli czasem do śmiechu nas skłania kult, jaki żywią dla politycznych hejterów i bankrutów od Andrzeja Gwiazdy po Antoniego Macierewicza. Czy przebijające z licznych wypowiedzi niedawnych ambasadorów polskiej wolności w Ameryce – przekonanie, że Polską nadal rządzą esbecy i obcy agenci. Razi obrzucanie błotem przez niektórych bohaterów “Wolności potrzeba Polsce…” pokojowego noblisty Lecha Wałęsy czy charyzmatycznego Bolesława Wierzbiańskiego, kiedyś redaktora naczelnego polonijnego “Nowego Dziennika”. Pismo to wbrew swojej nazwie, dziś jest już tylko tygodnikiem, co też o czymś świadczy. Zapiekłość emigrantów wzbudza sprzeciw, ale zrozumieć wypada, że sam status tych nowych po 13 grudnia do ojczyzny wolności przybyłych, wiązał się z poczuciem winy. W kręgach nieprzejednanych antykomunistów w kraju przyjęcie z rąk bezpieki paszportu w jedną stronę piętnowane było jako zdrada: gorsze pozostawało tylko podpisanie deklaracji lojalności oraz oczywiście współpracy, czego już rozwijać nie potrzeba. Nie da się o tym zapomnieć.
Chyba nic złego w tym, że po latach bawią nas wzajemne dąsy i anse w tak zasłużonym środowisku. Wpływającym wtedy na opinię najpotężniejszego kraju wolnego świata. I uruchamiającym stały, nigdy nie wysychający strumień pomocy dla Polski, z pominięciem jej oficjalnych, wtedy komunistycznych władz. Podobnie jak nie jest winą ofiarodawców, że już w kraju, jak w stołecznym Św. Krzyżu, ksiądz płacił ministrantom za posługę luksusowymi czekoladami, co w intencji inicjatorów akcji pomocowej miały pójść do biednych dzieci.
Zakłopotanie podobne jak ta plebańska małoduszność, wzbudza qui pro quo już z drugiej strony Atlantyku. Jeden z emigrantów z wyraźną lubością przytacza charakterystykę Okrągłego Stołu autorstwa Gwiazdy, że przy nim oficerowie prowadzący porozumieli się z własnymi agentami. Tyle, że z innych rozmów Marka Bobera, powiedzmy jasno: świadectw przynajmniej paru interlokutorów, wynika niezbicie, że ten niepokorny, co Gwiazdę ma za autorytet, zanim jeszcze z kraju na stałe wyjechał, rzeczywiście był działaczem Solidarności, ale takim, że jako tajny współpracownik udzielał komunistycznej służbie bezpieczeństwa informacji, co realnie zaszkodziły jego kolegom ze Związku. Tego, który wtedy pisało się wielką literą, bo nie zawiadywał nim jeszcze Piotr Duda, co w stanie wojennym w mundurze wojsk powietrzno-desantowych strzegł gmachów komunistycznej telewizji przed ekstremą Solidarności, która zresztą wcale ich szturmować nie zamierzała. Nie jest winą ofiarnych działaczy z nowojorskiego biura KPN, ani chicagowskiego Pomostu, że dawne czerwone berety Jaruzelskiego prawo do historycznej nazwy i logotypu “S” po latach zawłaszczyły. Tym bardziej więc warto konserwować w pamięci czas, gdy nie były one zbrukane.
Jak Leszek Moczulski poprowadził marsz w Chicago
Nawet z perspektywy niezbyt zasobnego portfela emigranta warto wydać sto dolarów wraz z kosztami wysyłki na obie prace Bobera – jako recenzent cenę poznałem przez przypadek, bo kwitu od Amazona ten, kto udostępnił mi własne egzemplarze, używał wcześniej jako zakładki – dla jednego tylko kolorowego zdjęcia.
Fotografię wykonano w Chicago, 3 maja 1987 r. Na czele Parady Konstytucji idą Leszek Moczulski i amerykański polonijny kongresman Roman Puciński. Przewodniczący KPN w zaledwie osiem miesięcy po wyjściu z komunistycznego więzienia przybiera niepowtarzalną pozę dyrygenta, za sprawą której nikt nie ma wątpliwości, kto jest w tym pochodzie najważniejszy i rodaków prowadzi. Obok niego kongresman, przez czternaście lat jeden z 540 najpotężniejszych ludzi Ameryki, z wyrazem desperacji widocznej na twarzy szeroko rozkłada ręce niczym teść, co próbuje skupić na sobie uwagę w chwili, gdy spada napięcie na wiejskim weselu [6]. Nie da się jednak tej sytuacji skwitować słowami, że Moczulski ukradł show. Wszyscy, nawet najbardziej zaprzysięgli czytelnicy plugastw na jego temat pomieszczonych w archiwach dawnej SB i obecnego IPN, wiedzą przecież, jak uczciwym był człowiekiem. Po prostu to show rzetelnie przejął, wraz z całą polonijną paradą. A minę ma przy tym Przewodniczący taką, jakby za chwilę rzucić zamierzał: “jeszcze jakieś pytania?”.
Cześć i chwała bohaterom
Cześć i chwała bohaterom, w obu tego słowa znaczeniach, chciałoby się podsumować obie książki Marka Bobera, zgodnie z duchem ich dynamicznego języka. Młodzi emigranci w USA po 13 grudnia 1981 r. stworzyli nowe kanały przerzutowe pomocy dla antykomunistycznej opozycji w kraju, na długo zanim rządzący zaczęli wydawać jej przedstawicielom paszporty inne niż w jedną stronę. To wsparcie stanowiło alternatywę dla organizowanego przez brukselskie biuro Solidarności, kierowane przez Jerzego Milewskiego, skąd ekspediowano jak wiemy wiele transportów, kończących się zagadkowymi wpadkami. Kwestionowanie przez nowojorskie z kolei biuro KPN czy Pomost z Chicago hierarchii i priorytetów, komu ta pomoc się należy, przyczyniło się wydatnie do wyrównywania szans różnych ośrodków opozycyjnych w kraju.
Za Oceanem zaś niespożyta energia i oryginalne pomysły młodych emigrantów posłużyły poprawie i odnowieniu wizerunku polskości w oczach społeczeństwa amerykańskiego. Polska, przedtem identyfikowana z kiełbasą, bigosem, wycinankami łowickimi i pląsami folklorystycznych zespołów, zaczęła się coraz mocniej kojarzyć z powszechnym umiłowaniem wolności, co miało ogromny wpływ na zrozumienie i docenienie naszej walki i jej demokratycznych celów.
Rozszerzona wersja artykułu ukaże się w kwartalniku “Opinia”
[1] Marek Bober. Wolności potrzeba Polsce. Emigracja niepodległościowa lat 80 w Nowym Jorku. Konfederacja DNC Publishing Chicago, Illinois 2026, s. 89
[2] M. Bober. Wolności potrzeba Polsce, op. cit, s. 90
[3] ibidem, s. 91
[4] Archiwum polskiej pamięci. Fenomen i 40-lecie Videofakt International Documentary Press. Red: Marek Bober. Konfederacja DNC Publishing, Detroit Michigan 2026
[5] por. Ameryka po polsku. “Orzeł Biały” nr 11 z 20 lutego 1989
[6] por. M. Bober. Wolności potrzeba Polsce, op. cit, s. 114