Wojna hybrydowa ma swoje oczywiste cele, a Kreml doskonale wie, jakie znaczenie mają dla Polaków obie wrześniowe daty: 1 i 17. Kolejny już rok właśnie między nimi umiejscawia prowokacje, których zamiarem jest nie tyle zasianie paniki – bo przez cztery lata do wielu zagrożeń zdążyliśmy się przyzwyczaić – ale przynajmniej niepewności. W tych kategoriach można odbierać atak na lokomotywę ukraińskiego pociągu 800 metrów od polskiej granicy oraz wysłanie drona, teraz wyłowionego z Bałtyku w rejonie plaży w Rusinowie. W intencji sprawców ma to zapewne przynieść efekt osaczenia czy okrążenia, znany doskonale z naszej historii: przy czym nie trzeba sięgać aż do 1939 roku, wystarczy 1981 r. i ówczesne kolorowe okładki zachodnich tygodników z konturem Polski, rysunkiem niedźwiedzia i szkicem dyslokacji radzieckich dywizji.
Przed rokiem mieliśmy do czynienia z osławioną “nocą dronów” z 9 na 10 września. Wtedy nad Polskę wleciało co najmniej dwadzieścia bezzałogowców ze wschodu. Już po tym terminie mieliśmy do czynienia z podobnie wrogą rosyjską akcją w Rumunii. Ale prowokacje Kremla dotykają również państwa od nas silniejsze, czego przykładem lotnisko w Lipsku.
Dysponenci dronów testują, jak daleko mogą się posunąć bez odporu ze strony wolnego świata. W chwili ataku w okolicach przejścia granicznego w Dorohusku z Ukrainy wracała właśnie pociągiem delegacja międzynarodowych ekspertów z byłym premierem Szwecji Carlem Bildtem, też dawną szefową rządu Sanną Marin z Finlandii i polską profesor Katarzyną Pisarską w składzie.
Celem nie jest jednak wyłącznie zastraszenie dyplomatów ani innych elit, skoro ofiarami stają się zwyczajni ludzie, jak dwóch rolników zamordowanych w wyniku ataku rakiety w Przewodowie na Lubelszczyźnie jeszcze w pierwszym roku wojny pełnoskalowej (15 listopada 2022 r.) toczonej przez Władimira Putina przeciwko Ukraińcom.
Wtedy reakcje opinii publicznej okazały się w Polsce umiarkowane. Wiadomość o ataku podano wieczorem, dzięki odwadze dziennikarza agencji AP, który zresztą zapłacił za to utratą pracy. Około godz. 21 Polacy, jak w Śródmieściu Warszawy ruszyli masowo do opustoszałych zwykle o tej porze sklepów spożywczych. Robili zapasy, ale bez paniki. Czasem udzielali sobie nawzajem porad co do trwałości produktów i ich przydatności w kryzysowej sytuacji. Podobnie działo się następnego dnia rano po “nocy dronów”. A przecież tylko Monika Olejnik z rozbrajającą, jak na dziennikarkę, którą powinno interesować co się dzieje, szczerością oznajmiła, że obudziła się rano i dowiedziała co się wydarzyło. Dla wielu Polaków była to jednak biała noc przyglądania się paskom informacyjnych telewizji 24-godzinnych, jak się sytuacja z tymi dronami rozwija.
Wiele nauczyła nas pandemia koronawirusa i ówczesna wzajemna pomoc sąsiedzka i rówieśnicza – od robienia zakupów tym, którzy z domu nie wychodzili, bo zaliczali się do jednej z grup wysokiego ryzyka, po wymianę informacji, gdzie dostać z początku trudno dostępne maski czy płyny ochronne. Podobnie zimną krwią i zdolnością współdziałania wykazaliśmy się w trakcie pojawienia się u nas wysokiej fali ukraińskich uchodźców wojennych. Po raz kolejny i to w obu wypadkach, sami obywatele lepiej zdali egzamin w sytuacji nadzwyczajnej niż ich państwo. Politykom pozostało raczej to najprostsze zadanie: żeby zwykłym ludziom w ich staraniach nie przeszkadzać. Wbrew rozlicznym a chybionym sondażom kapitał społeczny okazał się w Polsce znaczny: realnie mierzy go nie poparcie dla osiedlowych ścieżek rowerowych ani hulajnóg elektrycznych lecz gotowość pomocy innym. Nią się właśnie wykazaliśmy.
Rosja próbuje poprzez wojnę hybrydową zniechęcić wolny świat do dalszej pomocy Ukrainie. Liczy na efekt zmęczenia, zrozumiały w piątym roku konfliktu. Wszystko wskazuje na to, że Polska nie stanie się słabym ogniwem tej międzynarodowej wspólnoty, zawiązanej naprędce po 24 lutego 2022 r. w obronie napadniętych, Nie z nami takie numery, chciałoby się powtórzyć znaną kwestię.