Bohater narodowy a urzędnik państwowy

0
9

Kto nie szanuje idoli własnego elektoratu, ten wybory przegra, oby nie przekonali się o tym boleśnie obecnie rządzący.

Osobny problem stanowi fakt, że urzędnik Maciej Dydo ośmiesza państwo polskie, sprzeciwiając się udziałowi Daniela Olbrychskiego w jury festiwalu filmowego w Gdyni za to, że aktor przedtem skrytykował ministrę, nawet nie obecną Martę Cienkowską, lecz poprzednią Hannę Wróblewską, o której powiedział zresztą wyłącznie to, co wszyscy widzieli i wiedzieli: że jest ona wstydem dla kultury i koalicji.

Gdyby Daniel Olbrychski zawsze był grzeczny i uprzejmy, nie dostałby nawet swojej pierwszej wielkiej roli: Rafała Olbromskiego w “Popiołach”, ekranizacji powieści Stefana Żeromskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy. Urzędnicy obecnej ekipy wydają się o tym zapominać, a ich przełożeni niepotrzebnie zwlekają z rozpędzeniem ich na cztery wiatry.

Jak opowiada sam Daniel Olbrychski, mistrz wskazał do tej niezwykłej roli studenta pierwszego roku, nawet nie elitarnej “filmówki” w Łodzi, lecz skromniejszej i raczej rzemieślniczej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, w okolicznościach, których banalnymi nazwać się nie da. Andrzej Wajda “przyszedł do szkoły późną jesienią lub zimą 1964 roku. Szukał obsady do “Popiołów”; wiem, że najpierw obydwie główne role, Rafała i Cedrę, mieli zagrać aktorzy dojrzali, bodajże [Roman] Wilhelmi i [Zbigniew] Cynkutis, ale w końcu uznał, że w “Popiołach” powinni zagrać bardzo młodzi aktorzy. Z tego, co wiem, powiedziała o mnie Wajdzie Walentyna Hoffmanowa. (..) Zajęcia z panią Zofią Małynicz. Mówiliśmy wiersze, Wajda przypatrywał się każdemu z nas po kolei, najpierw dziewczynom, potem chłopcom. We mnie też się wpatrywał. Poczułem się nieswojo. Onieśmielenie pokryłem bezczelnością. Zacząłem przypatrywać się Wajdzie – chłodnym, cwaniackim, łobuzerskim spojrzeniem. I Andrzej spuścił w końcu wzrok. Później powiedział Andrzejowi Żuławskiemu, swojemu asystentowi:

– Słuchaj, on ma taką siłę bezczelności we wzroku, że po prostu się speszyłem. Taki mi jest potrzebny. Albinos, cholera, może go przemalować… Mówi trochę z warszawska, przez nos, trzeba pomyśleć o lekcjach głosu” [1].

Wygrał plebiscyt, gorzej było z zawistnikami

Po “Popiołach” przyszło “Wszystko na sprzedaż”, gdzie Olbrychski znów u Wajdy zagrał w znacznej mierze, podobnie jak inni artyści, samego siebie. I kreacja Azji w “Panu Wołodyjowskim” Jerzego Hoffmana, co Trylogię Henryka Sienkiewicza przenosił na ekran kolejno, ale od końca, bo w czasach istnienia w składzie ZSRR Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej oczywiste okazywały się trudności z “Ogniem i mieczem”, nie mające związku z kinem ani literaturą. Za to emocje zbiorowe na skalę wcześniej w filmie polskim nie notowane pobudził “Potop”, wzięty na warsztat przez Hoffmana już w latach 70.

Jak zauważa krytyk filmowy Jacek Szczerba: “Po ogłoszeniu obsady wybuchła wielka awantura o to, że dawny Azja Tuhajbejowicz gra Kmicica” [2].  Na co reżyser odpowiada jednoznacznie: “Zapomniano, że zimą 1969 roku w plebiscycie ogłoszonym przez “Magazyn Filmowy” Daniela uznano za najlepszego Kmicica. Awanturę wywołały dwie osoby – Zbigniew Sołuba, naczelny “Expressu Wieczornego”, oraz Stanisław Grzelecki z Życia Warszawy (..). Nadeszła lawina listów, a to od Koła Gospodyń Wiejskich, a to anonimów: że Daniel jest niezdolny, brzydki, garbaty (..) Daniel się załamał. Jednocześnie był to dla niego bodziec, żeby pokazać tym kretynom, że nie mają racji” [3].  

Zawziął się i dokonywał cudów

Zawziął się wtedy Daniel Olbrychski naprawdę. Wyszło to na jaw w trakcie zdjęć, kręconych na wówczas radzieckiej Białorusi, gdzie “Daniel musiał udowodnić wszystkim, że najlepiej biega, najlepiej fechtuje, najlepiej pije wódkę. W pełnej zbroi konno wjechał w odnogę Dniepru. Koń wpadł w dziurę i zapadli się w głębinę. Straciliśmy ich z oczu. Daniel wyciągnął konia, ale temu zalało uszy, (.. )stracił orientację. Na szczęście Danielowi starczyło sił, żeby uratować i konia, i siebie (..). Daniel prawie wszystko robił bez kaskadera” [4].

“Potop” tylko w kraju zobaczyło 27,6 milionów widzów. Olbrychski stał się niezapomnianym odtwórcą roli chorążego orszańskiego Andrzeja Kmicica, uznanego najpierw za zdrajcę a potem za bohatera podczas XVII-wiecznej wojny ze Szwecją i okupacji przez nią Polski. Na ekranie wielkiej konkurencji nie miał: Oleńkę odtwarzała bowiem Małgorzata Braunek, której większy talent trudno przypisać (również w “Lalce” pozostała w cieniu Jerzego Kamasa jako Izabela, całkiem odwrotnie niż w powieści Bolesława Prusa). Księcia Bogusława Radziwiłła zagrał Leszek Teleszyński, później socjalistyczny playboy w ciemnych okularach jako redaktor Maj tropiący po całym świecie neonazistów, w powszechnie wyśmiewanym serialu “Życie na gorąco”, w stanie wojennym jeden z aktorów wyklaskiwanych przez publiczność teatrów warszawskich (sam byłem świadkiem takiej kociej muzyki w Kameralnym przy Foksal na przedstawieniu “Chamsin” według Marka Hłaski). Zapomniano za to nazwiska wcześniejszych hejterów argumentujących, że Olbrychski nie jest godzien Kmicica zagrać – podobnie jak obecnie zasiadać w jury gdyńskiego festiwalu. Ci co tak teraz utrzymują, też zapewne swoich imion w pamięci zbiorowej nie zapiszą. 

Reakcje na “Potop” okazały się entuzjastyczne. Tak w kraju, jak za granicą. Po zakończeniu pięciogodzinnego pokazu obu części w hali dźwięku w wytwórni w Łodzi, gdzie widzowie tłoczyli się w wielkim ścisku, w ciszy rozległ się nagle głos innego reżysera Wojciecha Hasa, choć w tej branży rzadko chwali się konkurentów: “To jest amerykańskie kino”.

Do Ameryki “Potop” Hoffmana z Olbrychskim w roli Kmicica również rychło trafił. Jak wspomina jego reżyser, wielki pianista Artur “Rubinstein był zupełnie zwariowany na punkcie Sienkiewicza. Odwołał koncert w Nowym Jorku, żeby być na projekcji “Potopu”. Oczywiście podały to z hukiem wszystkie media. Projekcję przeniesiono do dużej sali, a i tak ludzie siedzieli na schodach, stali pod ścianami. Byli ciekawi, co to za film, dla którego Rubinstein zrezygnował z koncertu. Rubinstein wyprowadził mnie na scenę i przedstawił. Był tak zdenerwowany, że zaczął mówić po polsku. Jego żona krzyczy z sali: “Idioto! Oni ciebie nie rozumieją!”. A Rubinstein a to: “To niech się nauczą!”. Wszystko to leci na żywo w telewizji. Rubinstein zrobił mi reklamę, której nie można mieć za żadne pieniądze” [5]. 

“Potop” pomimo nominacji do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego za rok 1974 statuetki tej wprawdzie nie zdobył przegrywając z “Amarcordem” Federico Felliniego, ale dla publiczności w kraju nie miało to wielkiego znaczenia. Dokonała się mistrzowska aktualizacja narodowego eposu, a w postaci chorążego orszańskiego uwidoczniły sprzeczności tamtych czasów. Na zakończenie pierwszej części Kmicic pyta: – Chryste, co mam czynić, abym zaś nie oszalał?

Takiego bohatera potrzebowali wtedy Polacy. Prawdziwszego od czołgistów i milicyjnych detektywów z seriali. Bliższego niż zarysowani grubą kreską troglodyci z amerykańskich produkcji wysokobudżetowych.   

Do filmowych przewag Olbrychskiego w roli Kmicica szybko dołączyła się legenda miejska czy ludowa. Z podziwem i satysfakcją powtarzano opowieść o tym, jak w knajpie SPATiF-u aktora zaczepił pijany syn ówczesnego komunistycznego premiera rajdowiec Andrzej Jaroszewicz. A Olbrychski, ze sprawnością Kmicica, natychmiast wyrzucił powszechnie znienawidzonego “Piotrowicza” za drzwi. Ugruntowało to jego sławę. 

Podobnie jak fakt, że nie sprzedał się komunie, nieugięty aż upadła. A w obronie demokracji występował również w kilkadziesiąt lat później za rządów Prawa i Sprawiedliwości. 

Daniel Olbrychski nie tylko zagrał Józefa Piłsudskiego w “Bitwie Warszawskiej” ale przed piętnastu laty publicznie oznajmił, że Marszałek zagłosowałby na Platformę – obecną Koalicję Obywatelską. Widzimy jak ta ostatnia mu się za to odpłaca. Aż wstyd. – To jest naplucie mi w twarz – podsumował sam aktor.

W tej sytuacji widać, że urzędnicy demokratycznej – a jakże – Koalicji 15 Października – podcinają gałąź, na której siedzą. Przecież jeszcze niedawno kpiło się powszechnie z pisowskiego wicepremiera i szefa resortu kultury Piotra Glińskiego, który chociaż niewątpliwie inteligentny pozował na barbarzyńcę i gdy cieszyliśmy się z Literackiej Nagrody Nobla dla Olgi Tokarczuk, on oznajmiał, że żadnej jej książki nie doczytał do końca. Teraz podobnie barbariańską rolę przejmuje biurokracja koalicjantów spod znaku 15 października. Do niedawna szczycących się najlepiej wykształconym i otwartym na świat elektoratem.      

Z lekarzami nikt nie wygrał, z legendą jeszcze trudniej

Jeszcze żaden rząd nie wygrał z lekarzami – oznajmił niedawno, całkiem zasadnie, chociaż wzbudziło to spore zgorszenie, prezes ich izby zawodowej Łukasz Jankowski w reakcji na próby zrzucenia odpowiedzialności za afery w służbie zdrowia, wywołane przez nominatów partii politycznych, na środowisko medyczne [6]. Ludzie i tak wiedzą, co o tym myśleć. Zaś o samym Olbrychskim wiemy, że odwinąć się potrafi, nie tylko dlatego, że trenował boks na poziomie zawodniczym: przed ponad ćwierćwieczem dawną szablą Kmicica porąbał ekspozycję “Naziści” w Zachęcie, pseudoartystyczne udziwnienie prezentujące zdjęcia aktorów w hitlerowskich mundurach jako osobną sztukę, co mistrz uznał za próbę naruszenia jego wizerunku. 

Zaś atak urzędnika Macieja Dydo, chciałoby się dodać, niech imię jego będzie na zawsze przeklęte, zinterpretować można jako próbę odwrócenia afery, dotyczącej obecnej szefowej resortu, chociaż urzędas atakując Olbrychskiego, ujął się za poprzednią – Hanną Wróblewską. Teraźniejsza “ministra” Marta Cienkowska (znajomi ludzie kultury pokpiwają że nomen omen, jakby zapominając, że z cudzych nazwisk nieładnie się śmiać) zanim tę posadę objęła – zarobiła ze swoją firmą 1,6 mln złotych (dokładnie tyle samo co doktor Dawid Kacprzyk z koalicyjnej młodzieżówki za fikcyjne dyżury szpitalne) za tworzenie korzystnego obrazu zarządu zieleni miejskiej [7]. 

Firma krzak zarabia na zieleni miejskiej, przecież to godne pióra Stanisława Ignacego Witkiewicza czy Sławomira Mrożka. I jeszcze jej szefowa na “ministrę” kultury awansuje. 

Z kolei nie warto tracić czasu na deszyfrację osobowości dyrektora z ministerstwa kultury, niejakiego Macieja Dydo, skoro doraźnie pasuje do niego diagnoza zawarta w poemacie Janusza Szpotańskiego sprzed ponad półwiecza, którego bohater Towarzysz Szmaciak też reprezentował obóz demokracji, tyle, że ludowej.  

Nie potrzeba sondaży, chociaż z czasem i one się pojawią – żeby ocenić, kto w tym sporze ma rację.

Daniel Olbrychski po raz kolejny okazał się wielkim artystą. Zaś urzędnicy z resortu kultury – komediantami tylko.

[1] Bartosz Michalak. Wajda. Kronika wypadków filmowych. MG, Warszawa 2016, s. 77 

[2] Jerzy Hoffman. Po mnie choćby “Potop”. Rozmawia Jacek Szczerba. Agora, Warszawa 2015, s. 234

[3] ibidem

[4] ibidem, s. 242-243

[5] ibidem, s. 249

[6] por. Alina Gałka. “Żaden rząd nie wygrał z lekarzami”… Rynek Zdrowia z 8 lipca 2026

[7] por. Kacper Komaiszko. CBA bada kontrakty Marty Cienkowskiej. Chodzi o współpracę z warszawskim urzędem rp.pl z 15 lipca 2026 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here