Do czego zmierza Trump

0
48

Zamiarem prezydenta Stanów Zjednoczonych nie jest ustanowienie nowego ładu światowego. Inaczej by się do tego zabierał. Raczej wygranie listopadowych wyborów parlamentarnych w USA i zachowanie obecnej, nikłej większości w Kongresie, bez której w dotychczasowym stylu Donalda Trumpa nie da się rządzić.

Oba cele niedawnych ataków: najpierw Wenezuela, a teraz Iran wybrane zostały optymalnie, z roztropnością zupełnie obcą samemu Trumpowi. Zapewne przypisać ją można sekretarzowi stanu (amerykańskiemu odpowiednikowi ministra spraw zagranicznych) Marcowi Rubio, przez wielu typowanemu na następnego prezydenta. Na pewno suflowanie decyzji podobnego formatu przekracza możliwości kreacyjne nominalnego zastępcy Trumpa, D. H. Vance’a. Warto przypomnieć, że w trakcie operacji porwania z Wenezueli w celu postawienia przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości tamtejszego prezydenta Nicolasa Maduro, amerykańscy komandosi z elitarnej jednostki Delta wybili kubańskich ochroniarzy dyktatora. A Rubio kilka razy z rzędu wybierany był wcześniej do Senatu z Florydy, głównie dzięki głosom antykomunistycznych emigrantów z Kuby i ich potomków. 

Na razie jednak Trump nie namaścił jeszcze Rubia na następcę (daje raczej do zrozumienia, że waha się między nim a Vance’m), a bliższe od wyborów prezydenckich w 2028 r, w których sam wystartować nie może, bo ogranicza go limit dwóch kadencji, pozostają tegoroczne listopadowe parlamentarne.

Republikanie mają teraz w Izbie Reprezentantów 220 mandatów (już 218 daje większość) a w Senacie 53 – dwa powyżej większości, przy czym w listopadzie wybrana zostanie jedna trzecia składu tej drugiej izby. Zachowania przewagi Donald Trump  potrzebuje, jeśli zamierza dalej rządzić w dotychczasowy sposób. Nie będzie to możliwe, jeśli Demokraci odbiją Kongres. Wtedy mogą choćby poprzez cięcia budżetowe faktycznie sparaliżować funkcjonowanie administracji. Jak czynili to już Republikanie za demokratycznej prezydentury Billa Clintona. To z powodu blokady finansów Białego Domu pojawiła się tam wtedy pracująca bezpłatnie stażystka Monica Lewinsky.

Jak dalece zachwiało to reputacją Clintona, wszyscy pamiętamy. Nie udaremniło jednak wielu jego zamierzeń, w tym wpuszczenia nas do NATO.

Teraz cel pierwszego ataku Trump wybrał w ten sposób, by swoją z kolei reputację poprawić. Wenezuela to przecież sojusznik Kuby, a Maduro handlował narkotykami na skalę międzynarodową. Przeciętny Amerykanin nie znosi zarówno komunistów jak dilerów dragów. Chociaż “operacja chirurgiczna” przeprowadzona została z godną tej nazwy precyzją i bez strat własnych – jej cel sondażowy nie został osiągnięty.

Po wywiezieniu Madura z Wenezueli przez komandosów Delty, w badaniu USA Today – akcję Trumpa poparło 48 proc Amerykanów, pozostali byli jej przeciwni. Republikański prezydent nie zdobył więc w powszechnej ocenie poparcia większości, co źle wróży obronie innej, już nie sondażowej przewagi w Kongresie. 

W tej sytuacji wyznaczenie kolejnego celu ataku okazało się niezbędne. Stał się nim Iran ajatollahów, bo zapewne żadna inna dyktatura nie ma równie złej prasy w świecie. A ściślej: nawet jeśli dynastia Kimów w komunistycznej Korei Północnej oceniana jest przez globalną opinię jeszcze gorzej, to dysponuje ona bronią atomową realnie, a nie wirtualnie czyli w raportach wrogich wywiadów jak Iran. Atak na KRL-D wiązałby się więc ze wzmożonym ryzykiem, którego USA nie ponosi przy stopniowym zbrojnym demontowaniu państwa ajatollahów. Wzięcie na cel Kuby, nawet w wiele lat po śmierci Fidela Castro, spotkałoby się z gwałtownym sprzeciwem dużej części światowej lewicy. Natomiast  w obronie zarządzanego przez ajatollahów Iranu, co już widać, stają szczerze tylko inni fundamentaliści, zwykle zresztą przez ten kraj wcześniej sponsorowani. Nawet jeśli Władimir Putin czy Xi Jinping publicznie oburzają się z powodu zgładzenia przez Izraelczyków i Amerykanów dyktatora Alego Chameneiego, jego śmierć jest na rękę rządzącym w Moskwie i Pekinie, bo w nieunikniony sposób osłabi odpowiednio Czeczenów i Ujgurów, korzystających z teherańskiego poparcia. Ta wojna jest na rękę Putinowi, bo podbija ceny ropy, którą Rosja sprzedaje Trzeciemu Światu wobec embarga ze strony Zachodu. Również Chiny na tym kolejnym gorącym konflikcie bez ich własnego udziału z pewnością nie stracą. Niezależnie od tego, czy wystarczy im przyszłe odzyskanie Tajwanu, czy faktycznym ich celem pozostaje globalna dominacja.

Odbiorcę tej skromnej analizy zdziwi zapewne, że dotychczas brak w niej wzmianki o Polsce czy dotychczas skupiającej na sobie uwagę świata za sprawą oporu przeciw kremlowskiej inwazji Ukrainie. Próżno ich jednak szukać również w bieżących “headline’ach” i “forszpanach” światowych stacji telewizyjnych czy wśród sygnowanych jako pilne depesz renomowanych agencji. 

Płonący Iran oraz piekło, jakie w odwecie za amerykański i izraelski atak ajatollahowie zgotowali arabskim sojusznikom USA znad Zatoki Perskiej, drony i rakiety dolatujące aż do chrześcijańskiego i właśnie rotacyjnie  sprawującego przewodnictwo Unii Europejskiej Cypru bez reszty skupiają na sobie uwagę mediów i emocje światowej opinii publicznej. Pozwalają skutecznie zapomnieć nie tylko o niedawnych wydarzeniach na ulicach Minneapolis, na czym szczególnie zależy Trumpowi, ale również o innych rakietach i dronach, spadających na Kijów i pozostałe miasta Ukrainy. Zaś o perspektywie w oczywisty sposób najważniejszej dla nas – bezpieczeństwa “wschodniej flanki NATO”, do której przynależymy, aż żal w tym kontekście wspominać. 

Być może stan ten się pogłębi i do zejścia naszej części Europy z czołówek medialnych przekazów zmuszeni będziemy się przyzwyczaić. Co stanowi wyzwanie dla politycznych liderów. Zjawisko to zmniejsza zarazem ryzyko ustanowienia złego – przede wszystkim dla Polski jako jednego z potencjalnych celów kolejnej napaści Władimira Putina – pokoju w Ukrainie, pozwalającego Kremlowi na zachowanie zdobyczy i szykowanie się do uzyskania następnych. 

Podbudowany bowiem wyeliminowaniem Alego Chameneiego i skarceniem innych ajatollahów Trump nie będzie potrzebował na listopadowe wybory innego sukcesu – tak wątpliwego jak uśmierzenie wojny w kraju, którego na mapie nie potrafi wskazać jego przeciętny zwolennik. A już sojusznicy USA na pewno entuzjastów hasła, by Amerykę znów uczynić znowu wielką (MAGA) nie obchodzą zupełnie.           

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 5

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here