Ceny ropy naftowej rosną za sprawą konfliktu w Zatoce Perskiej, co – jeśli nawet powtórzyć szydercze porównanie Rosji do wielkiej stacji benzynowej – oznacza, że znajdzie ona środki na dalsze prowadzenie wojny w Ukrainie oraz, co dla nas jeszcze groźniejsze, zbrojenia przeciw innym państwom, potencjalnym ofiarom przyszłej agresji. Donald Trump sprawia wrażenie, że zmierza do podzielenia stref wpływów z Władimirem Putinem.
To pierwszy od półwiecza amerykański prezydent tak ustępliwy wobec Moskwy – ale wtedy Gerald Ford czynił koncesje na rzecz Leonida Breżniewa w imię wspólnego utrzymania pokoju. Teraz mocarstwa mogą dogadać się tak, że każde będzie w swojej domenie prowadzić wojny, którym drugie nie przeszkodzi. Ameryka w Iranie, wkrótce zapewne w Wenezueli, skąd już uprowadziła dyktatora Nicolasa Maduro i być może na Kubie. Rosja zaś nie poprzestanie na Ukrainie, a to już czarny scenariusz.
Kiedy Putin nazwał upadek Związku Radzieckiego największą katastofą geopolityczną, nie pozostawało to jeszcze równoznaczne z tendencją do odbudowy dawnej imperialnej potęgi Kremla. Teraz widać, że nie tylko do tego zmierza – ale w znacznej mierze już mu się to udaje, gdy wykorzystuje najmniej obliczalne przywództwo w historii Ameryki.
Co republikański wyborca wie o zagranicy
Dla Trumpa priorytetem pozostaje, co nie powinno szokować, Izrael a nie Ukraina, bo sojusznik wypróbowany ale i zdany na amerykańską pomoc, a zarazem zdolny ją wymusić, znaczy więcej, niż strategiczny sąsiad krajów wschodniej flanki NATO z Polską na czele. Dla przeciętnego wyborcy Republikanów są to obszary podobne tym, które na średniowiecznych mapach oznaczano: ubi leones. Czyli tam, gdzie mieszkają lwy.
Zwolennik Trumpa, co ma na jego partię zagłosować w tegorocznych wyborach do Kongresu, za granicą był raptem dwa razy w życiu: w Kanadzie i Meksyku. Nauka geografii w amerykańskich szkołach kładzie nacisk na znajomość stanów USA, a nie państw Europy, a już na pewno nie jej wschodniej części.
Priorytety Trumpa kształtuje mentalność jego zaplecza, co obrazują słowa jego zastępcy D. H. Vance’a o prześladowaniu przez ekipę Donalda Tuska wolnych mediów w Polsce (chodziło mu o oczyszczenie TVP z bakcyla “kurszczyzny”, przy czym – co najbardziej tragikomiczne – nie da się wykluczyć, że wiceprezydent wierzył w to, co mówi i że oddaje to stan jego wiedzy o współczesnym świecie). Chociaż nie da się wykluczyć, że Trump zarówno z Rosjanami jak Izraelczykami liczy się tak bardzo, bo wie, jak dalece mogą mu zaszkodzić. Latał przecież do Moskwy w interesach i dla rozrywki jeszcze jako finansista, media zaś spekulują również o możliwych dalszych reperkusjach afery Harveya Weinsteina dla samego Trumpa.
Nie postpolityka, lecz geopolityka
Nie ma co filozofować o postpolityce, a ściślej, warto, ale lepiej odłożyć to na inną okazję, gdy w grę wchodzi raczej geopolityka – jedna z nauk najmłodszych i najpiękniejszych ale też najbardziej złowrogo rzutujących na losy społeczeństw. Na wielu tradycyjnie od stuleci wolnych uniwersytetach zachodnich sekowano geopolitykę po II wojnie światowej, identyfikując ją mylnie – podobnie jak filozofię Friedricha Nietzschego – z myślą nazistowską.
W istocie geopolityka prowadzić może albo do konkluzji o nadrzędności “ładu światowego” jak w wypadku Henry’ego Kissingera, ale też praw człowieka i obywatela, jak uczył nas z kolei Zbigniew Brzeziński. Obaj już nie żyją, żaden z nich nie pisał swoich prac z perspektywy katedry na uczelni, pozostawali praktykami, każdego z nich możemy docenić za ich polityczne dokonania w roli prezydenckich doradców czy ministrów.
Paradoksalnie to Kissinger, słusznie nagrodzony jako ojciec układów paryskich (1973 r.) wraz z wietnamskim komunistą Le Duc Tho pokojowym Noblem za zakończenie brudnej wojny interwencyjnej w Indochinach, ponosi odpowiedzialność za obalenie legalnie wybranego prezydenta Chile Salvadora Allende (w tym samym 1973!) i ustanowienie tam krwawej dyktatury gen. Augusto Pinocheta, do którego w osiem lat później w stanie wojennym porównywano innego generała Wojciecha Jaruzelskiego – niespodziewanie zgodnie w prasie zachodniej i w wykonywanych nocą pomimo godziny milicyjnej napisach na murach polskich miast.
U schyłku życia Kissinger zapałał ogromną sympatią dla Putina, na którą zapewne nie pozostawały bez wpływu ogromne honoraria komentatorskie z rosyjskich mediów państwowych. Z kolei Brzezińskiego Noblem nie uhonorowano, chociaż to on jako twórca amerykańskiej polityki zagranicznej za prezydentury Jimmy’ego Cartera doprowadził do zawarcia trwałego po trzydziestu latach wrogości porozumienia Izraela z Egiptem w Camp David w 1978 r. sygnowanego przez Menachema Begina i Anwara Sadata. Zarazem podniósł przestrzeganie praw człowieka, do których respektowania kraje socjalizmu realnego zobowiązały się, żeby dostać dostęp do zachodnich kredytów w sygnowanej m.in. przez Geralda Forda i Leonida Breżniewa Deklaracji Helsińskiej Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (1975 r.) – do rangi priorytetu i jednej z doktryn dyplomacji USA (ten pomysł naszego rodaka korespondował z żarliwym humanizmem i religijnością Cartera), co wzmocniło Komitet Obrony Robotników u nas i Kartę 77 w Czechosłowacji a z czasem utorowało drogę Konfederacji Polski Niepodległej i przede wszystkim dziesięciomilionowemu ruchowi społecznemu Solidarności w Polsce.
Od 1989, kiedy ta Solidarność wygrała z komunistami wybory 4 czerwca, poprzez zburzenie muru berlińskiego jesienią tego samego roku i aksamitne rewolucje w innych krajach bloku radzieckiego, a na koniec tę w Rumunii, która też obaliła dyktaturę, chociaż już nie okazała się bezkrwawa – wydawać się mogło, że zwycięża koncepcja Brzezińskiego. Trafność jego oceny świata potwierdziło w 1991 roku poskromienie irackiego agresora na Kuwejt Saddama Husajna w wyniku pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, ale przede wszystkim stłumienie neostalinowskiego puczu moskiewskiego i rozpad Związku Radzieckiego, który Ronald Reagan nazwał imperium zła. W 1999 r. przyjmował nas do NATO amerykański prezydent Bill Clinton, który trzydzieści lat wcześniej jako stypendysta, zachęcony do tego przez swojego wykładowcę a naszego rodaka, byłego akowca Zbigniewa Pełczyńskiego, w wakacje specjalnie z Oxfordu pojechał, by zobaczyć umocnienia na granicy obu państw niemieckich, ale za sprawą podsuwanych przez mentora lektur i pisanych dla niego prac, doszedł do przekonania, że żelazna kurtyna nie potrwa wiecznie.
Pod wpływem serii optymistycznych wydarzeń zwłaszcza z finiszu lat 80. Francis Fukuyama ogłosił “koniec historii” równoznaczny z globalnym zwycięstwem demokracji. Chociaż już wtedy wymykały się z tego obrazu Chiny, gdzie studencki protest na Placu Tiananmen czołgi rozjechały tego samego dnia, kiedy Polacy demokrację przy urnach wybrali.
Nie ze strony Państwa Środka spotkał jednak Stany Zjednoczone atak z 11 września 2001: dokonali go fundamentaliści muzułmańscy, co z kolei stanowiło ziszczenie się pesymistycznych prognoz Samuela Huntingtona, przewidujących wojnę cywilizacji zamiast triumfu demokratycznej wspólnoty, zakładanego przez Fukuyamę. Odkąd po zamachu runęły dwie wieże World Trade Center, to globalna wizja Kissingera zdaje się skuteczniej opisywać rzeczywistość, niż koncepcja Brzezińskiego. Rosja Putina, również prowadząca walkę z islamistami w Czeczenii, stała się dla demokratycznego świata taktycznym sojusznikiem w globalnej wojnie z terroryzmem, przymykano więc oko na jej ekspansjonistyczne podejście do państw, powstałych po rozpadzie Związku Radzieckiego, zwłaszcza politykę wobec Gruzji i Ukrainy.
Nie przyniosły wielkiego skutku kolejne “kolorowe rewolucje” w dawnych radzieckich republikach. Podobnie jak “arabska wiosna”, w wyniku której demokrację bliską zachodniej ustanowiono wyłącznie w Tunezji. Nawet w Egipcie po euforii na placu Tahrir wybory wygrali islamiści, których powstrzymał dopiero wsparty przez Zachód zamach stanu marszałka Abd al-Fattaha as-Sisiego, sankcjonujący kolejną dyktaturę jako mniejsze zło. Rządzi on nadal twardą ręką.
Z kolei sytuacyjny sojusznik Putin odbudował kremlowski imperializm i po latach “resetu” zaatakował 24 lutego 2022 r. Ukrainę w formie wojny pełnoskalowej. Nawet demokratyczna administracja Joe’go Bidena uległa wtedy iluzji, że Kijów wkrótce padnie, czego efektem stała się słynna propozycja ewakuacji stamtąd prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Zareagował pamiętną odpowiedzią “potrzebuję amunicji, a nie podwózki”, przypominającą postawę Powstańców Warszawskich z 1944 roku wobec aliantów zachodnich: “oklasków nam nie trzeba, żądamy amunicji”, utrwaloną w wierszu Zbigniewa Jasińskiego.
Liderzy twardzi i bezwzględni, czyli podobieństwa ponad podziałami
Dziennikarz “Financial Times” Gideon Rachman w swojej książce “Czas autorytaryzmu” zwraca uwagę na globalną tendencję do zwycięstw przywódców dążących do limitowania demokracji w krajach o różnej tradycji i statusie. Zalicza do tych liderów zarówno Trumpa jak Putina oraz rządzącego Chinami Xi Jinpinga i indyjskiego premiera Narendrę Modiego, a więc sterników mocarstw, jak Viktora Orbana na Węgrzech i Jarosława Kaczyńskiego w Polsce. Spośród wymienionych obecnie tylko prezes PiS władzy nie sprawuje (książka powstała parę lat temu), ale logika sondaży wskazuje – jeśli użyjemy eufemizmu – że może do niej wrócić. Orientacja jego formacji na Amerykę Trumpa nawet kosztem wzmocnienia bezpieczeństwa kraju, jak pokazało zawetowanie przez pisowskiego prezydenta Karola Nawrockiego ustawy, wprowadzającej SAFE, unijny instrument na rzecz przemysłu obronnego, jak również niedawne fetowanie Orbana przez Nawrockiego – czynią zestawienie Rachmana całkiem zasadnym. Nawet jeśli pisowskiego mistrza ma w nim z czasem zastąpić uczeń, aczkolwiek Nawrocki – co zaskakuje – wobec Kaczyńskiego objawia mniej samodzielności niż jego poprzednik na urzędzie Andrzej Duda, chociaż to jego przezywano notariuszem czy nawet długopisem prezesa PiS.
Oznacza to nieuniknioną perspektywę ustępliwości wobec USA w wypadku przechwycenia przez PiS po wyborach z 2027 r. całej władzy w Polsce. Wiadomo, że już za poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości pomimo trzymania się patriotycznej retoryki minister obrony Mariusz Błaszczak bronił decyzji, że nie zestrzelono dwóch kołujących nad polską Białowieżą helikopterów białoruskich. Nie wskazuje to na twardą postawę wobec Putina i jego sojuszników. Premier Donald Tusk przynajmniej zabiega o objęcie nas francuskim parasolem atomowym, czemu służyć ma zawarty w ub. r. układ z prezydentem Emmanuelem Macronem. Natomiast PiS wszelkie próby budowania europejskiej wspólnoty obronnej wobec obojętności Ameryki na zagrożenie ze Wschodu traktuje jak herezję i wyraziście się od nich odżegnuje.
Jerzy Giedroyc przez dekady wspierający z emigracji wszelkie próby pokojowego wyzwalania się od dominacji ZSRR, przestrzegał również przed uzależnieniem Polski od Stanów Zjednoczonych. Jak pisał bowiem redaktor paryskiej “Kultury”: “Nie wpadając w megalomanię narodową musimy prowadzić samodzielną politykę, a nie być klientem Stanów Zjednoczonych czy jakiegokolwiek innego mocarstwa. Naszym głównym celem powinno być znormalizowanie stosunków polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich przy jednoczesnym bronieniu niepodległości Ukrainy (..). Powinniśmy sobie uświadomić, że im mocniejsza będzie nasza pozycja na wschodzie tym bardziej będziemy się liczyć w Europie Zachodniej” [1]. Zachowuje aktualność ta wizja, chociaż “Przesłanie” opublikowano w 1994 roku.
Główny problem teraz stanowi jednak nie tyle groźba zwasalizowania Polski przez USA – nawet jeśli zachowania ambasadora Toma Rose’a wskazują na protekcjonalne postępowanie wobec “najlepszego sojusznika Stanów Zjednoczonych” – co wzrastający brak zainteresowania obroną nas przed zagrożeniami ze Wschodu przez najsilniejsze państwo Sojuszu Atlantyckiego. Zaangażowani daleko od naszych rubieży Amerykanie NATO nie rozwiązują, ale widać ich oportunizm wobec Rosji i obojętność wobec losów “flanki wschodniej”.
Trzy wysokie fale imperializmu Kremla
Rosja do niedawna nazywana papierowym tygrysem, stacją benzynową o czym była już mowa, porównywana też pod względem produktu krajowego brutto z niewielką obszarowo chociaż silną pracowitością mieszkańców Holandią – znów stała się globalną potęgą, w znacznej mierze za sprawą amerykańskich zaniechań. Besztanie Zełenskiego przez Trumpa w trakcie spotkania przed rokiem w Białym Domu i późniejsze rozwijanie czerwonego dywanu przez Putinem w alaskańskim Anchorage i wreszcie dekorowanie zdjęciami z tego kompromitującego spotkania ścian prezydenckiej siedziby – stało się symbolem niekorzystnego dla państw naszego regionu zwrotu w polityce amerykańskiej. Potwierdziły go tegoroczne już wydarzenia. Uprowadzenie z Wenezueli tamtejszego dyktatora Nicolasa Maduro oraz atak na Iran połączony z uśmierceniem eksportera terroryzmu międzynarodowego Alego Chameneiego znajdują wprawdzie uzasadnienia polityczne i moralne, ale w oczywisty sposób odwracają uwagę od wojny w Ukrainie i groźby dalszego pochodu Putina na zachód. Limitują też zaangażowanie w ochronę wschodniej flanki NATO, nawet jeśli liczba żołnierzy amerykańskich w Polsce (10 tys.) się nie zmniejszyła. Na tym odwróceniu priorytetów w porównaniu z prezydenturą Demokraty Joe’go Bidena korzysta Rosja. Odbudowała swoją potęgę i zyskuje na wzroście cen surowców energetycznych. Putin nie tylko we własnym przekonaniu odwraca geopolityczną katastrofę, jaką stanowił dla niego rozpad ZSRR. Pomimo uszczuplenia terytorium i luki technologiczno-cywilizacyjnej Rosja staje się na powrót supermocarstwem, które innym zagraża.
Pierwszy szczyt globalnej moskiewskiej potęgi przypadł na czasy rządów Josifa Stalina i Nikity Chruszczowa. W 1945 r. przy stole konferencji jałtańskiej ZSRR gwarantuje sobie – za sprawą ustępliwości prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta – kontrolę nad niemal połową Europy. Radzieccy zwycięzcy II wojny światowej stają się na tyle popularni, że w demokratycznej Francji i Włoszech jedna trzecia wyborców głosuje na partie komunistyczne. Zbrojnie natomiast zwyciężają w 1949 r. komuniści w Chinach. ZSRR uzyskuje dostęp do broni atomowej i wodorowej. Wystrzelenie w Kosmos pierwszego sztucznego satelity Ziemi (1957 r.) powoduje w USA tzw. szok posputnikowy. Pogłębia go jeszcze lot Jurija Gagarina (1961 r.), co stanowi dowód, że w kosmicznym wyścigu ZSRR pomimo niewspółmiernie niższego poziomu życia codziennego wyprzedził Amerykanów. W 1959 r. położona u wybrzeży Stanów Zjednoczonych Kuba staje się radzieckim niezatapialnym lotniskowcem. Nad Uralem zestrzelony zostaje w kolejnym roku amerykański samolot zwiadowczy U-2, który miał być niewidzialny. Kres bezwzględnej ofensywie globalnej Kremla kładzie rozłam ideologiczny: Chiny Mao Zedonga idą własną drogą, a w 1959 r. ZSRR wstrzymuje dostawy wojskowe dla Pekinu. Konfrontacja z Amerykanami na krawędzi wojny na Morzu Karaibskim pokazuje, że USA reagują na sowiecką ekspansję.
Kolejne globalne maksimum radzieckich możliwości militarnych i politycznych w świecie nastąpi za rządów Leonida Breżniewa. W ramach doktryny o ograniczonej suwerenności państw socjalistycznych noszącej jego nazwisko wprowadza on wojska do Czechosłowacji (1968 r.). Ameryka, zaangażowana w brudną wojnę w Wietnamie nie potrafi nawet symbolicznie sprzeciwić się stłumieniu Praskiej Wiosny przez radzieckie tanki.
ZSRR odnosi sukcesy w Trzecim Świecie, po ucieczce Amerykanów z Wietnamu zostaje tam ustanowiona dyktatura komunistyczna, podobnie dzieje się w stanowiącej wcześniej domenę USA Nikaragui oraz w dawnej portugalskiej kolonii Angoli. Wprawdzie republikański prezydent Richard Nixon wraz z sekretarzem stanu Henry Kissingerem budują globalny sojusz z Chinami, co oznacza oskrzydlenie Rosji – ale skuteczne przeciwdziałanie rozszerzaniu radzieckiej strefy wpływów podejmie dopiero Demokrata Carter, pod wpływem szoku, jaki stanowi inwazja ZSRR na Afganistan w ostatnich dniach 1979 r. Część państw Zachodu podejmuje bojkot olimpiady w Moskwie w roku następnym. Ameryka wspiera walczących zbrojnie afgańskich mudżahedinów oraz pokojowy ruch Solidarności w Polsce.
Republikański prezydent Ronald Reagan rozkręcił wyścig zbrojeń, którego nie wytrzymało imperium radzieckie. Odbiło się to na stanie całej gospodarki i technologii cywilnych. Próba reform zainicjowana przez Michaiła Gorbaczowa (głasnost czyli jawność i pierestrojka czyli przebudowa) doprowadziła do postępującego rozpadu najpierw “wspólnoty socjalistycznej”, a z czasem i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ten ostatni został formalnie rozwiązany w grudniu 1991 roku.
Następca Gorbaczowa, Borys Jelcyn stał się w sferze finansów klientem Zachodu, zwłaszcza Amerykanów, którzy utopili ogromne środki w uśmierzaniu zwłaszcza letniej zapaści z 1998 r. przez ekonomistów określonej po prostu jako “kryzys rosyjski”. Za sprawą pomocy z USA Jelcyn rządził tak długo, jak chciał.
Do odbudowy imperium przystąpił jego z kolei sukcesor, Władimir Putin. Od półtora roku nowa amerykańska administracja wyraźnie mu to zadanie ułatwia.
Podejście Putina do “bliskiej zagranicy” od początku różniło się od tego, które cechowało Jelcyna. Zaczęło się od miękkiej jeszcze ingerencji Kremla w wybory w Ukrainie (2004 r.), kiedy zwyciężyła jednak prozachodnia “pomarańczowa rewolucja”, a sfałszowane uprzednio głosowanie prezydenckie trzeba było powtórzyć. Wygrał to uczciwe Wiktor Juszczenko kosztem Wiktora Janukowycza.
Za to Gruzję w 2008 r. Putin zaatakował już zbrojnie, wojna trwała przez pięć dni, inwazję Kremla powstrzymało wsparcie jakiego udzielili Tbilisi zachodnioeuropejscy politycy, zwłaszcza prezydenci Francji Nicolas Sarkozy i Polski Lech Kaczyński. Teraz Gruzja pokojową drogą powróciła niestety do stadium… prokremlowskiej dyktatury.
Euromajdan na Ukrainie 2013/14 przyniósł wprawdzie wypędzenie Janukowycza, który przedtem kosztem demokratów zdążył powrócić do władzy – ale zarazem Rosja posługując się “zielonymi ludzikami” czyli uzbrojonymi bojówkarzami nie będącymi formalnie jej armią zaanektowała Krym i zaczęła lokalną jeszcze wojnę w Donbasie. Zachód nie znalazł sposobu na przeciwdziałanie, nawet wówczas, gdy separatyści z Zagłębia Donieckiego strącili holenderski samolot pasażerski. Pobłażliwość doprowadziła do inwazji z 24 lutego 2022 r. i rozpoczęcia wojny pełnoskalowej z Ukrainą.
Nie tylko o tę ostatnią chodzi w strategii kremlowskiej ekspansji, o czym Polacy przekonali się parokrotnie: w listopadzie 2022 r, kiedy to rakieta wystrzelona ze wschodu zabiła dwóch naszych cywilnych obywateli w Przewodowie na Lubelszczyźnie. Dziennikarz Associated Press i niedawny boheter wojny w Afganistanie, gdzie służył w Marines, James LaPorta, który pierwszy podał wiadomość o tym ataku, stracił z tego powodu pracę, co jasno dokumentuje intencje Amerykanów, chociaż wtedy rządził jeszcze Biden.
We wrześniu 2025 r. w trakcie tzw. nocy dronów z dziewiątego na dziesiątego, wleciało do nas kilkadziesiąt bezzałogowych statków powietrznych ze wschodu. Strącali je holenderscy lotnicy pilotujący amerykańskie samoloty F-35. System obrony powietrznej NATO nie okazał się wprawdzie fikcją, ale nie zadziałał jak należy, bo bezzałogowce nie powinny dolecieć tak daleko ani wyrządzić szkód, jakich przysporzyły.
Doktryna Trumpa przewiduje neutralizację Rosji w globalnym sporze z Chinami, a może nawet uczynienie z Kremla amerykańskiego sojusznika, co zakrawa już na naiwność. Nie ma co się łudzić: dla metali ziem rzadkich i ropy naftowej prezydent USA gotów jest poświęcić nie tylko wschodnią flankę natowską ale całą Europę.
W tej sytuacji realnych i obliczalnych sojuszników szukać musimy na naszym kontynencie. Inaczej nowa Jałta, której obawialiśmy się serio, kiedy zaczynały się polskie przemiany, a nawet powrót doktryny Breżniewa w odniesieniu do “bliskiej zagranicy”, bo przecież realnego socjalizmu już nie ma, mogą stać się faktem.
Sensownym wariantem pozostaje stopniowe przekształcanie Unii Europejskiej zapewne z przyległościami spoza niej (Wielka Brytania po Brexicie, Norwegia i Turcja) we wspólnotę obronną, wzmocnioną dodatkowo umowami dwustronnymi jak nasza z Francją o parasolu atomowym. To dokładnie ta strategia, przeciwko której tak mocno oponują teraz PiS i Nawrocki. Pozostaje mieć nadzieję, że chociaż się mylą – przydadzą się Polsce choćby do lobbowania u Amerykanów na rzecz tego, co jeszcze da się od nich w sferze dyplomacji i obronności uzyskać. Zgoda głównych obozów politycznych u nas w tych właśnie kwestiach okazała się fikcją pielęgnowaną przez celebryckich publicystów ale odrzuconą przez polityków. Tyle, że działania tych ostatnich – to wariant optymistyczny – mogą się z korzyścią dla kraju uzupełniać jak miało to miejsce w latach 1918-20, kiedy to nasi liderzy nie zawarli żadnego formalnego porozumienia ale ich wysiłki okazały się komplementarne. Tylko tyle i aż tyle, chciałoby się podsumować.
[1] Jerzy Giedroyc. Przesłanie [w:] Autobiografia na cztery ręce. Opracował Krzysztof Pomian. Czytelnik, Warszawa 1994, s. 228