Duch Spinozy

0
1710

O najnowszym tomie wierszy Cezarego Macieja Dąbrowskiego

Poezja powinna nie tylko działać na emocje, ale być mądra. Nigdy przemądrzała – z sukcesem pokazuje nam Cezary Dąbrowski w kolejnym, ważnym nie tylko dla niego samego tomie wierszy “Spinoza i inne duchy”.  

Autor, jeśli o poetyckim warsztacie mowa, umie wszystko, ze swobodą, jeśli trzeba, rymuje “cywilizacji – libacji” wcale nie po to, by nas tym rozbawić, tylko skłonić do zastanowienia. 

Benedykt czy jeśli ktoś woli Baruch Spinoza żył jak wiadomo w XVII wieku, ale z tomu, gdzie nazwisko filozofa stanowi część tytułu wiele dowiadujemy się o naszym, XXI… Jak choćby z wiersza “Opera posthuma”:

“Już MY cię wyszkolimy, byś chodził jak na smyczy

dla dobra korporacji. Bo tylko TO się liczy.

Trybiku oliwiony uściskiem ręki szefa. Nie pytaj filozofów,

bo innej opcji nie ma. Nie patrz na łąkę, sarnę śmigłą,

oddychającą życiem, nie pytaj gwiazd o drogę. Sokrates?

Nie pomoże, gdy MY cię wykopiemy na bruk” [1].   

Z “Etyki” Benedykta Sponozy pochodzi motto tomiku – ściślej jedno z dwóch, drugie z Cypriana Kamila Norwida, co też oczywiste, gdy już te wiersze przeczytamy. “Wszystko, co wzniosłe jest równie trudne, co rzadkie” – prawił myśliciel z Niderlandów, autora “Vademecum” na razie zostawmy. 

Tom o filozofie i innych duchach okazuje się dokładnie taki, jak tytułowy jego bohater zapowiadał: wzniosły i trudny. A bezsporna oryginalność frazy autora wyczerpuje znaczenie trzeciego z tych kluczowych słów. Nawet jeśli tom okazuje się, wbrew mottu, aż gęsty od wszelakich znaczeń. Na grę słów można sobie pozwolić. Tyle, że autor na niej nie poprzestaje. Zaprasza nas do innej rozgrywki: intelektualnej. I licytuje wysoko.

Czy mądrość należy tylko do przeszłości

Czym Spinoza fascynuje Cezarego Macieja Dąbrowskiego, dowiadujemy się z przypisów do wierszy, stanowiących – rzadki to fenomen – integralną część tej poezji. Jak w wypadku “Czy Stensen przestraszył Spinozę”: “Wedle Spinozy śmierć Chrystusa na krzyżu była rzeczywista, ale samo zmartwychwstanie metaforyczne” [2].          

Spinoza pozostaje również pewnym znakiem kulturowym. W czasach, kiedy inteligencja polska słuchała na adapterach winylowych płyt Kabaretu Starszych Panów – w odróżnieniu od bardziej populistycznego Kabareciku Olgi Lipińskiej, co bawił także społecznych pobratymców zobrazowanego tam Pana Tureckiego – przeznaczonego dla wtajemniczonych, nazwisko filozofa uosabiało tam mądrość. Starszych Panów (byli nimi Jeremi Przybora oraz Jerzy Wasowski) w tym ich piosenki “Mambo Spinoza” (z 1961 r.)  słuchano u mnie w domu, u Dąbrowskiego z pewnością też, reprezentowali poczucie humoru pokolenia naszych rodziców, bez trudu więc zacytuję z pamięci: “Spinoza nie nazwa to rośliny / Spinoza to nie z importu lek / Spinoza nie imię to dziewczyny / To był filozof wzięty / nieprzeciętny łeb”.

Takie było nasze pierwsze zetknięcie z portugalskim nazwiskiem osiadłego w XVII-wiecznej Holandii filozofa. Dopiero potem, by dowiedzieć się więcej, sięgaliśmy po Władysława Tatarkiewicza, którego trzytomowa obecność na półce podobnie jak płyty Starszych Panów stanowiła wtedy atrybut inteligenckości domu – albo do 12-tomowej Encyklopedii Powszechnej PWN, gdzie hasło “Spinoza” napisał sam mistrz Leszek Kołakowski. Dąbrowski wie, do czego się odwołuje.           

Niby samemu Dąbrowskiemu bliższy pozostaje Zbigniew Herbert ze względu na – tak rzecz ujmijmy – pewną zasadniczość, ale mistrzów znajduje nasz poeta podobnych, co Czesław Miłosz i jak sam noblista stara się dług wobec nich zaciągnięty jak najlepiej spłacić. Mistyk Emanuel Swedenborg czy metafizyczny poeta i natchniony malarz William Blake to przecież bohaterowie “Ziemi Ulro”, niedoścignionej ale też najtrudniejszej książki Miłosza. Herbert jako myśliciel pozostał na poziomie zachwytu, znanym z “Barbarzyńcy w ogrodzie” i moralistycznych poszukiwań Pana Cogito, jego zwycięski rywal do Nobla zajął się nie tylko tymi, co wielką kulturę tworzyli, ale usadowionymi jakby piętro wyżej w tej hierarchii duchów mistrzami, co potrafili zdefiniować jej kryzys.  

Czesław Miłosz z mistrzami gawędził, wprawdzie nie w eseistycznej “Ziemi Ulro” czy “Ogrodzie nauk”, gdzie celebrował rolę egzegety, ale w poezji już jak najbardziej. Cezary Maciej Dąbrowski podobnej rozmowy próbuje, nie bez powodzenia. W wierszu dedykowanym Zbigniewowi Zapasiewiczowi (tak właśnie, a nie pamięci zmarłego w 2009 r. aktora – bo przecież już w tytule tomiku mamy duchy) znajdujemy “Mistrza i Małgorzatę” według Michaiła Bułhakowa w reżyserii Macieja Wojtyszki, w którym to spektaklu Zapasiewicz brawurowo odegrał Piłata, obecny w nim okazuje się Pan Cogito Zbigniewa Herberta, ale i Jakub Boehme z cudownie lapidarnym przypisem autorskim: “(1575 – 1624) – niemiecki filozof samouk ze Zgorzelca. Z zawodu szewc. Doznawszy objawienia, poświęcił się teozofii” [3]. Jeszcze jakieś pytania?

Zapewne od czasów liderów Nowej Fali Stanisława Barańczaka  i Adama Zagajewskiego nikt w poezji polskiej nie potrafił kolejnych poziomów nadbudowywać z podbną finezją a przy tymi i tak, by powstające konstrukcje się nie zawalały. Co nie oznacza oczywiście, że Dąbrowski staje się od razu im (a ściślej ich duchom, ale to jego domena, nie moja) równy, czy nawet że  okazuje poetą lepszym od nieco od niego starszego niż on sam Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, zasłużenie uhonorowanego Nagrodą Nike. Nie o hierarchię tu chodzi, tylko o literacki rozmach. Z Barańczakiem łączy bohatera naszej recenzji kult angielskich poetów metafizycznych, ale i swego rodzaju sakralizacja współczesności (zgodnie z formatem Mircei Eliadego, wedle którego każdy mit wymaga powtórzenia czy ponownego odegrania, bo w ten sposób się potwierdza i odradza [4]), u autora “Atlantydy” zaznaczająca się od “Tryptyku z betonu, zmęczenia i śniegu”, w twórczość zaś Dąbrowskiego jak się wydaje trwale wpisana. U niego stanowi wyraz niezgody na brutalność świata, jak w poprzednim tomie “Niewczas” i wierszu o symptomatycznym tytule “to-nie-my”:

“(..).Pamiętam czasy,

kiedy dzieciom zakrywano oczy,

aby nie oglądały przemocy

aby koszmar nie dopadł je w nocy

Dziś, oswojone z koszmarem, nie chcą spać

grają do rana w masakrować  wszystko. 

Co technologia stworzyła?

Pogorzelisko…” [5].   

To ostatnie jako pejzaż dominujący z kolei przywodzi na myśl prozę braci Borysa i Arkadija Strugackich, formujących w naszej wczesnej młodości wyobraźnię roczników urodzonych w 1968 r. (jak poeta Dąbrowski) czy trzy lata wcześniej, jak autor tej skromnej recenzji. Cenzura radziecka przepuszczała a wydawcy z Polski promowali ich ponure dystopie, bo  ulegali fascynacji przedstawionymi przez rosyjskich geniuszy możliwościami technologii właśnie, nie spostrzegając, że prezentowane są jako złowrogie. Były to przecież czasy, kiedy to wzorowy młody człowiek przechodzić miał z wiekiem od kupowania w kiosku Ruchu “Małego Modelarza” do abonowania “Horyzontów Techniki”.  Z dumą też wtedy podkreślano, że system edukacji w PRL produkuje rokrocznie więcej inżynierów niż filozofów, całkiem odwrotnie niż za sanacji. Poeta Cezary Maciej Dąbrowski, absolwent Akademii Muzycznej, przeciw tym, co politechniki ukończyli nic nie ma, jeśli działaniom jakichś inżynierów się sprzeciwia, to tym od dusz tylko.  

Prawo moralne chwiejne, a satelity nad nami

Z filozofów niezmiernie i niezmiennie ważny okazuje się dla poety Dąbrowskiego duński prekursor egzystencjalizmu w jego chrześcijańskiej wersji Soren Kierkegaard. Jego z kolei późny wnuk w sensie intelektualnej genealogii, znamienity hiszpański prozaik Miguel de Unamuno, którego “Pokój wśród wojny”, choć  współczesny dziełom Stanisława Wyspiańskiego, doskonale dziś przemawia do nas aktualnie w kontekście wojny na Wschodzie – specjalnie nauczył się trudnego dla południowca języka duńskiego, by mistrza czytać w oryginale, więc Dąbrowski i tak żadnym hołdem dla autora “Albo-albo” go nie przebije. 

Istotny dla niego, chociaż nawet nie wymieniony z nazwiska w wierszu dla tomu kluczowym – wtajemniczeni i tak wiedzą, o kogo chodzi – staje się dawny mistrz z Królewca Immanuel Kant:

“Prawo moralne chwiejne 

a satelity nad nami 

Karmią nas tym, co przyziemne

a duszy się nie da ocalić

  W Królewcu argument siły

Europa szaleństwem pojona

Gdzie brak jest czystego rozumu

tam ziemia we krwi unurzana

  A miłość – fundament ludzkości

już dawno strącono ze ściany

Zostały dwa ślady przecięte

i gwoździe i trzy czarne rany” [6]

Wiersz “Imperatyw trywialny ad acta” opatrzony mottem “unurzany we krwi jest świat” (z adnotacją: “William Shakespeare, Makbet”) i datowany 15 grudnia 2024 r. cytuję w całości. Z aż trzech względów. Po pierwsze i oczywiste – bo krótki. Po drugie – nie tylko z tego względu zmieścić się powinien w każdej, nawet objętościowo skromnej, ale reprezentatywnej antologii współczesnej polskiej poezji, również obliczonej na potrzeby czytelnika zagranicznego lub polonijnego – bo jest perfekcyjny i znaczeniowo ważki. Po trzecie zaś – pozostaje dla autora typowy. 

Kiedy Królewiec nazywają Kaliningradem

O wtajemniczeniu była już mowa. U Dąbrowskiego znajdujemy kolejne jego kręgi. 

Wyobraźmy sobie bowiem czytelnika na tyle chłonnego i wrażliwego, że po poezję sięga – ale nie mającego za sobą kursu filozofii (we Francji wykładanej w liceach, czego efekty prześledzić da się na corocznych listach noblistów nie tylko humanistycznych, w Polsce pojawia się ona dopiero na poziomie akademickim i to nie na pierwszym roku studiów). Nie skojarzy – pomimo wielu dla nas oczywistych podpowiedzi – Kanta z Królewcem. Pomimo to pozostaję w przekonaniu, a co ważniejsze sam poeta Dąbrowski je podziela, skoro tak napisał, że czas przez tego prostodusznego, choć poszukującego czytelnika wierszowi poświęcony, wcale straconym się nie okaże. W pamięci i emocji pozostanie pewna diagnoza współczesności, zrozumienie ostatniej strofy, która już do Chrystusa się odnosi nie Kanta, wykształcenia formalnego nie wymaga. Podobnie tożsamość historycznego i uosabiającego wzlot swobodnej myśli ludzkiej Królewca z Kaliningradem, ponuro postaciującym siłę i zagrożenie. Erudycji tu nie potrzeba, wystarczy obeznanie z codziennymi przekazami informacyjnymi. I inteligencja własna, a nie sztuczna: o tym ostatnim dylemacie będzie jeszcze mowa.      

Nie ma co pastwić się nad hipotetycznym czytelnikiem, co dobrodziejstwa wykładu z filozofii nie dostąpił, chociaż poprzedni ustrój deklarował bezpłatny dostęp do edukacji, a i w nowym politycy – chociaż tak skąpi przy ustalaniu nauczycielskich i profesorskich pensji – obiecywali  wszystkim wyborcom dobrą szkołę dla ich dzieci. Przy czym zastrzec jednak wypada, że wobec erudycji Dąbrowskiego wszyscy poniekąd jesteśmy profanami. Sam, naprowadzając Państwa na filozoficzne (Kierkegaard), literackie (Herbert) czy malarskie (Blake) asocjacje tej poezji zdaję sobie sprawę, że część symboliki “Spinozy i innych duchów”, zwłaszcza z muzyką związanej, okazuje się dla mnie niedostępna, co oczywiste w wypadku wierszy autorstwa multiinstrumentalisty i absolwenta Akademii Muzycznej przy warszawskim Okólniku.     

Za to znany wszystkim, nawet profanom czy powiedzmy neutralnie debiutantom w zgłębianiu poetyckiego słowa, okazuje się inny bohater wierszy Dąbrowskiego, Czesław Niemen, charyzmatyczna postać z kręgu pop-kultury. Nauczający, że ludzi dobrej woli jest więcej, okazuje się kluczowym ich bohaterem, podobnie jak wspomniany już Zapasiewicz. Obaj uosabiają współczesną mądrość, empatię i perfekcję. Uzupełniają stawkę filozofów od Sokratesa i Platona po ustawionych na uzasadnionej wzajemnej kontrze: Georga Wilhelma Hegla i Artura Schopenhauera. Czynią przy tym trudny i wymagający przekaz bardziej zrozumiałym, bo naprowadzenie na cokolwiek znanego rodzi satysfakcję i zachęca, by samemu szukać dalej.

Przed niemal półwieczem klasyk Bohdan Zadura, z pokolenia Nowej Fali, ale tworzący po swojemu, pisał nawiązujące do poetyki Jarosława Iwaszkiewicza rymowane wiersze o upadku szacha Iranu Rezy Pahlawiego czy w metrum bliskim temu co znane z Tadeusza Różewicza oddawał dramat zmarnowania przez Kazimierza Deynę rzutu karnego na pamiętnym piłkarskim Mundialu w Argentynie (1978 r.) [7]. Nie twierdzę, że Dąbrowski się na Zadurze wzoruje, ani nawet, że go zna (skoro pisze nie gorzej, to nie musi) – ale logika ich stylizacji okazuje się zbieżna.  

Z odrobinę wcześniejszego tomu Dąbrowskiego “Mity” najlepiej zapamiętaliśmy słowa wieńczące (ten staropolski przymiotnik świetnie tu pasuje) wiersz “Sokrates ze Lwowa”: “Gdybyś był uciekał, to byś uczniów nie miał” [8]. Opisują los tytułowego mędrca greckiego, podobnie jak każdego z zamordowanych przez Niemców w 1941 roku lwowskich profesorów, o których opowiada nam autor wewnętrzny. Gwoli wyjaśnienia na użytek sztucznej inteligencji, zapewne i tę skromną recenzję kodyfikującej, bo przedstawiciele tej prawdziwej wiedzą, o co chodzi: to facet, który, zanim tak został trwale nazwany przez Stanisława Barańczaka  w jego klasycznej już książce o Herbercie (“Uciekinier z utopii”) tytułowany bywał przez szkolne polonistki szpetnie podmiotem lirycznym. Kogo nawet to do poezji nie zraziło, tego ucieszy kolejny zbiór wierszy Cezarego Macieja Dąbrowskiego. Potwierdzający, że poezja przeznaczona nie jest wyłącznie do użytku krytyków literackich (to również mój zawód wyuczony, więc kpię tutaj i z samego siebie), ale dla zwykłych, tyle, że inteligentnych ludzi, gotowych zmierzyć się z jej wyzwaniem.      .  

Jej także przypisać da się cząstkę zasługi, że nie mieszkamy wciąż w PRL, a do wyjazdu na Zachód nie potrzebujemy karty przekroczenia granicy (młodsi od nas nie wiedzą, co to takiego, bo z kart znają te kredytowe i stałego klienta), a na wciąż istniejącej stacji Berlin Friedrichstrasse nie wita nas już nocne wycie setek psów enerdowskich pograniczników,. Co najwyżej ryki pijanych turystów lub imigrantów na socjalu lekkomyślnie tam zaproszonych (“herzlich willkommen”) przez Angelę Merkel, jedyną w gronie liderów zjednoczonego już państwa wywodzącą się ze wspomnianej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, co do której młodzi też nie wiedzą nawet, że istniała i nic na tym nie tracą.  Jeśli nie oglądają telewizji, lecz śledzą wyłącznie influancerskie komunikatory internetowe, nie naprowadzimy ich na odpowiedź stwierdzeniem, że NRD była ojczyzną tych, co teraz głosują na Alternatywę dla Niemiec (AfD). Przeżyją i bez znajomości podobnych analogii. Gorzej, jeśli będą zmuszeni stawić czoła ich skutkom.  

Zamieszczona w PNP 24.PL recenzja jednego z poprzednich tomów poezji Dąbrowskiego, wymienionych już tu “Mitów”, chociaż jej bohater nie jest celebrytą jak Jakub Żulczyk, znalazła swego czasu 13 tys. czytelników, co podważa obiegową opinię, że mało kogo dziś poezja interesuje [9]]. Podobna ich liczba – jeszcze za pisowskich rządów w kraju – otworzyła inny mój materiał o strajku nauczycieli. Z tak wysokiej “klikalności” uchodzących potocznie za trudne tematów wynika niezbicie, że inteligencja – ta prawdziwa i poniekąd w obu tego słowa znaczeniach, cechy umysłu i grupy społecznej – nie ma ochoty ustępować miejsca tej sztucznej. 

Zapewne nie tylko zręczny autor Cezary M. Dąbrowski nie miałby nic przeciwko temu, żeby tak jak kiedyś czytanie poezji pozostawało wyróżnikiem człowieka ogładzonego czy kulturalnego, tak by stało się obecnie miernikiem zdolności do stawienia czoła (tego ostatniego słowa używam nie przypadkiem) sztucznej inteligencji. Ze znakomitej prozy Stanisława Lema zapamiętaliśmy epizod z wierszem naprędce ułożonym przez robota. Pamiętamy też, jak ten produkt wyglądał (“Apentuła niewdziosek te będy gruwaśne…” itd, a raczej lepiej nie, bo dalej słownik dalekowschodniego kompa Lenovo nie zdzierży). Nie przypominał sonetów Szekspira ani nawet tych krymskich Mickiewicza. A poza tym była to przecież tylko fikcja, chociaż –  jak wiemy – naukowa. I wiele dekad temu, nawet jeśli w swoim najlepszym, docenionym w świecie wydaniu. Przez ten czas nadzwyczaj wiele mieliśmy okazji, by przekonać się, jak bardzo człowiek się od robota różni.  

[1] Cezary Maciej Dąbrowski. Spinoza i inne duchy Norbertinum, Lublin 2025, s. 14  

[2] ibidem, s. 18

[3] ibidem, s. 12

[4] por. Mircea Eliade. Sacrum, mit, historia. przeł. Anna Tatarkiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, passim 

[5] Cezary Maciej Dąbrowski. Niewczas. Norbertinum, Lublin 2025, s. 12

[6] Cezary Maciej Dąbrowski. Spinoza… op. cit, s. 39

[7] por. Bohdan Zadura. Zejście na ląd. Czytelnik, Warszawa 1983; zob. też: Bohdan Zadura. Starzy znajomi. Czytelnik 1986

[8] Cezary Maciej Dąbrowski. Mity. Wydawnictwo LTW, Łomianki 2024, s. 41

[9] Słuch absolutny. PNP 24.PL z 24 października 2024

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 101

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here