…i tak powinno już zostać
Leszek Kraskowski, dziennikarz śledczy wyszedł za kaucją z aresztu tymczasowego. To dobra i nowa wiadomość. Złą pozostaje ta, że nie powinien się tam znaleźć.
Ceną wolności Kraskowskiego okazało się poręczenie majątkowe w wysokości 25 tys zł. Mniejsza o to, kto za jego wolność zapłacił: nawet z tego powodu szef Telewizji Republika Tomasz Sakiewicz nie zyska naszego poklasku, skoro domyślać się można, że nie z miłości do swobód obywatelskich pieniądze wyasygnował, lecz dla reklamy.
Uderza nas za to inne porównanie: za niewiele wyższą, bo 40-tysięczną kaucją wyszedł z aresztu zabójca drogowy, który swoim samochodem śmiertelnie potrącił znanego z tropienia afer posła Łukasza Litewkę, demaskującego m.in. nadużycia w schroniskach dla zwierząt.
Porażające okazuje się zestawienie tych kwot. Skoro Kraskowskiemu zarzuca się przestępstwa bardziej wirtualne niż realne: nielegalne posiadanie broni (w istocie nie zarejestrował posiadanego już wcześniej “gazowca”, mógł zapomnieć, szkodliwość społeczna znikoma, bo kogo naprawdę obchodzi czy redaktor ma “kwit na klamkę” czy nie) oraz groźby karalne wobec lokalnego komendanta policji, przy czym ten ostatni to kawał chłopa, zaś Kraskowski, jeśli rzecz ująć eufemistycznie, raczej… King Kongiem nie jest.
Więzień polityczny po 37 latach demokracji
Prawo zaś karze za groźbę wyłącznie wtedy, kiedy okazuje się ona możliwa do spełnienia. W tym wypadku wariant, że redaktor wyrządzi postawnemu i wyszkolonemu komendantowi rzeczywistą krzywdę, zaliczyć da się do sfery political fiction.
Polityka rządzi tą smutną sprawą od początku. Do obecnej sprawy Kraskowskiego dołączono akta innej, wznowionej. Żona Violetta obwinia go o przemoc w rodzinie. Traf chce, że przy okazji w publicznych wystąpieniach staje w obronie polityków przez męża atakowanych. Nie przydaje jej to wiarygodności. Chciałoby się, żeby w Polsce – w imię dobrze pojętej obrony godności ludzkiej i prawa do nietykalności – wobec domniemanych sprawców przemocy rodzinnej orzekano od razu trzymiesięczny areszt tymczasowy. Wszyscy wiemy jednak, że wcale tak nie jest. Nadgorliwość w tej kwestii akurat wobec dziennikarza śledczego potwierdza złe intencje wymiaru sprawiedliwości.
Obecna ekipa władzę sprawuje nie z Bożej Łaski, lecz z naszego wyboru, masowego jak nigdy wcześniej od 1919 r. : obecność przy urnach 74 proc Polaków 15 października 2023 r. nie tylko cieszy, ale i zobowiązuje. To nie jest tak, że władza sprawiającego kłopoty redaktora w swej dobrotliwości i majestacie zza krat na wolność za kaucją wypuściła, a my mamy być jej wdzięczni. Podobną logiką kierowali się komuniści, ogłaszając bezwarunkową amnestię dla politycznych w 1986 r. (nawet poręczeń majątkowych płacić nie kazali, wtedy ich zresztą w kodeksach nie było), co nie zmieniło faktu, że w trzy lata później władzę stracili.
Maili nie wysyłał, ale i tak sobie posiedział
Rządzący obecnie, z demokratycznego wyboru, jeśli nie chcą zostać od władzy odgonieni, muszą zrozumieć, że państwo ma chronić ogół obywateli a nie prywatne i kontrowersyjne interesy (afera Polnordu) wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej Romana Giertycha. Opinia publiczna powszechnie łączy jego nazwisko z represjami wobec Kraskowskiego. To wystarczający powód, żeby jego z kolei rolę w tej sprawie skutecznie prześwietlić.
Dawny zastępca Jarosława Kaczyńskiego w rządzie i adwokat rodziny Tusków mec. Roman Giertych przedstawiał się jako ofiara państwa za pisowskich rządów. Nawet jeśli się nią okaże rzeczywiście – w co mocno wątpię – to w demokracji sprawiedliwość nie sprowadza się do zasady, że teraz niedawni pokrzywdzeni zaczną osoby niewygodne dla nich z kolei za kraty posyłać. Państwo nie jest bowiem prywatną własnością Giertycha ani jego kolejnych szefów: Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Państwo to my, warto z dumą powtórzyć. Czego dowodzi również skuteczny sprzeciw znacznej części środowiska dziennikarskiego wobec przetrzymywania jednego z nas za kratami bez nie tylko dowodów, ale nawet uprawdopodobnionych choćby dla pozoru zarzutów.
Z informacji – pozyskiwanych od prokuratorów nieoficjalnie – wynika, że Kraskowski wcale nie okazał się nadawcą maili z groźbami, stanowiących oficjalną podstawę jego zatrzymania. Sprawa tych przekazów stanowi więc dowód nie przeciw dziennikarzowi śledczemu, żeby dalej za kratami przebywał, lecz na rzecz tego, by trafili tam ci, co go do aresztu posłali.