Egzekucja dla przestrogi

0
65

Nie pozwólmy sobie obrzydzić polityki – chciałoby się powiedzieć. Przecież już Arystoteles określał ją jako działanie dla dobra wspólnego.  Do mędrców sprzed 25. wieków nie warto się odwoływać zbyt często, ale na pewno wtedy, gdy zgiełk w życiu publicznym stwarza kakofonię i utrudnia zrozumienie sytuacji.  

Sposób potraktowania Szymona Hołowni przez media głównego nurtu wspierające Donalda Tuska to zemsta za to, że doprowadził jako marszałek Sejmu do zaprzysiężenia kontrowersyjnego ale wybranego demokratycznie prezydenta Karola Nawrockiego, wbrew scenariuszom awantury, suflowanym m.in. przez Romana Giertycha, niegdyś wicepremiera w pisowskim rządzie Jarosława Kaczyńskiego, teraz adwokata rodziny Tusków i złego ducha Koalicji Obywatelskiej. Założyciel Polski 2050 ma zostać również skarcony dla przykładu i postrachu: żeby nikt już nie odważył się budować w Polsce trzeciej siły pomiędzy KO a PiS. Co nie zmienia faktu, że Hołownia ideałem nie jest, a w kryzysie, z jakim się zmaga jego partia, limit błędów dawno wyczerpał. Daje jednak do myślenia wzmożenie ataków, kiedy oddał już fotel marszałka Sejmu. 

Zawiera się w tym paradoks i to podwójny. Po pierwsze: gdyby Szymon Hołownia i prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego  Władysław Kosiniak-Kamysz nie zawiązali koalicji Trzecia Droga, która w wyborach 15 października 2023 r. przy rekordowej frekwencji przy urnach (74 proc!) zyskałaby poparcie 14 proc Polaków –  premierem pozostałby na kolejne cztery lata Mateusz Morawiecki, a nie objąłby tej funkcji Donald Tusk. Kierowana przez tego ostatniego Koalicja Obywatelska uzyskała bowiem słabszy wynik niż Prawo i Sprawiedliwość. Tyle, że PiS nie miało z kim rządzić. 

I tu znajdujemy drugą, wybiegającą w przyszłość część paradoksu, bardziej istotną, bo wdzięczność w polityce pozostaje słabą kategorią, trudno się więc spodziewać, że Tusk zachowa się przyzwoicie wobec Hołowni, skoro ten mu powrót do władzy zapewnił. Natomiast trudniej wytłumaczyć tendencję, zgodnie z którą dążąca do wyzerowania koalicjanta KO znajduje się w pół drogi do powtórzenia pisowskiego błędu z 2023 r. Wtedy nie będzie miała z kim rządzić. 

Wiele sondaży już zapowiada podobny finał: KO zyskuje w 2027 r. najlepszy wynik, ale kluby koalicjantów z Lewicy i PSL, jeśli w ogóle dotychczasowi sojusznicy wywalczą sobie w kolejnym Sejmie reprezentację –  nie dadzą partii Tuska większości. Rządzić wtedy będzie PiS z obydwoma Konfederacjami: Sławomira Mentzena i Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Wbrew obecnemu zarzekaniu się Kaczyńskiego, że podobnego sojuszu nie nawiąże. Pamiętamy jednak, jak prezes PiS odnosił się do koalicji z Samoobroną Andrzeja Leppera jako “skrajnie mało prawdopodobnej”. Zanim ją zawarł, bo tak podpowiadała arytmetyka. Wiemy, jak kocha władzę Kaczyński.

To samo jednak da się powiedzieć o Tusku, tym dziwniejsze może się więc wydać, że ogranicza sobie przyszłą możliwość koalicyjnego rządzenia, skutecznie jak na razie zerując jednego z aktualnych partnerów.  Bo w spontaniczność ataków mediów głównego nurtu na Hołownię mało kto wierzy. Jeśli nawet, suwerennym już wyborem Tuska pozostaje, że w trakcie połowicznego rozpadu Polski 2050 (której klub zmalał do połowy, a posłowie co odeszli utworzyli konkurencyjny: Centrum) nie rzucił sojusznikowi w kłopotach żadnego koła ratunkowego. Chociaż wcześniej, zaraz po ponownym objęciu władzy, tylko po to, by zadowolić grupy nacisku w macierzystej Koalicji Obywatelskiej – masowo tworzył w rządzie stanowiska pełnomocników. Do spraw przeróżnych, w praktyce fikcyjne, ale do osób je sprawujących mówi się przecież: “panie ministrze” albo modnie chociaż chropawo: “pani ministro” Teraz premier w ogóle z podobnej możliwości nie skorzystał. chociaż wielu konfliktom mogła zapobiec.

Nie idźcie tą drogą, jak mawiał Aleksander Kwaśniewski

Zapiekłość w niszczeniu Hołowni – pomijam błędy, jakie dla ułatwienia tego procederu ewidentnie popełnił sam marszałek (choćby bezskuteczne ubieganie się o funkcję wysokiego komisarza ds uchodźców w Organizacji Narodów Zjednoczonych) – przypisać można nie tylko odwetowi za to, że bez kuglowania odebrał od Nawrockiego przysięgę prezydencką, ale również zamiarowi skutecznego zrażenia kandydatów do odegrania roli podobnej, jaką przyjął na siebie w 2023 r. Nie jako pretendent do stanowiska marszałka Sejmu, tylko budowniczy trzeciej siły w polskiej polityce.

Z badań opinii publicznej wynika, że pomimo fiaska Trzeciej Drogi w dalszej perspektywie – aż 32 proc z nas z nadzieją powitałoby pojawienie się nowej partii politycznej już na wybory 2027 r [1]. Nie wiemy jeszcze, kto ją powoła. Ani czy w ogóle to nastąpi. Jednak publiczna egzekucja tego, co ostatnio tej drogi (Trzeciej, wedle nazwy) próbował – stanowić ma dla potencjalnych następców odstraszający przykład. 

Szymonowi Hołowni zarzuca się, że spotkał się z Kaczyńskim u Adama Bielana. W dodatku – że zdarzyło się to pod osłoną nocy. A w jakiej porze dnia Tusk uzgadniał z ówczesnymi sojusznikami odwołanie rządu Jana Olszewskiego? Nie przypadkiem film o tych zdarzeniach, zresztą propagandowy autorstwa Jacka Kurskiego nosił tytuł “Nocna zmiana”. Jeśli zaś o okoliczności rozmowy w apartamencie Bielana chodzi – warto przypomnieć, że Kaczyński pozostaje prezesem partii, mającej w Sejmie najliczniejszą reprezentację, zaś Hołownia był wtedy marszałkiem, więc odbywanie podobnych spotkań zaliczyć należy do jego obowiązków. 

Z tym wszystkim da się jeszcze dyskutować. Wyrazem zapiekłego resentymentu pozostają natomiast enuncjacje jednego z dzienników, dotyczące stanu zdrowia czy ściślej depresji byłego marszałka. A także okładka innego pisma, dla odmiany tygodnika, piętnująca jego żonę Urszulę (zresztą w  towarzystwie prezydentowej Marty Nawrockiej) za to, że latając wcześniej na MiG-ach – na emeryturę przeszła w młodym wieku. Oczywiście opinia publiczna ma prawo wiedzieć wiele o osobach publicznych, ale w kwestii Hołowni wzmożenie tego zainteresowania akurat po tym, jak marszałkiem Sejmu być przestał – nie sugeruje zacnych intencji tak dociekliwych redaktorów, zwłaszcza, gdy ich media za przesadnie dociekliwe nie uchodzą.                  

Dlaczego nikt się nie wystraszy

Znając polskich polityków, nie wierzę jednak, by potencjalni następcy Hołowni w roli lidera  trzeciej siły, niemal na pewno pod inną niż rozwiązana Trzecia Droga nazwą – dali się zastraszyć i ze swoich zamiarów zrezygnowali. Nawet jeśli za pewnik uznać, że będą mieć przeciw sobie zarówno główne media jak Tuska: nie twierdzę wcale, że ten ostatni wpływa na te pierwsze. Wiadomo natomiast, że władzę kochają nie tylko Tusk i Kaczyński. I nawet z odległej perspektywy, na półtora roku przed wyborami, działa ona jak narkotyk. Jeśli zaś obecni beneficjenci straszą następców, to tym lepiej. W czas wojny za wschodnią granicą nie chcemy przecież tchórzliwych polityków. Kto się nie ulęknie teraz ani nie zrazi, może będzie przyszłej władzy koalicjantem. Ale wtedy niech się pilnuje, jeśli zważyć na los Leppera kiedyś, Jarosława Gowina nieco później (jego nieformalna egzekucja dokonała się za pisowskich rządów, co wskazuje, że nie w Tusku problem, tylko w układzie, który się samorzutnie broni), Hołowni teraz. Bo zręczności w stylu Giertycha jednak nie polecam, gdyby stał się wzorcem dla młodych polityków, mielibyśmy się czego obawiać, skoro o strachu mowa.      

Kibicując następcom Hołowni a ściślej kandydatom do odegrania podobnej roli, co naturalne, zważywszy, że skoro o stanach psychicznych była już mowa, warto przypomnieć, że dwubiegunowość nie tylko szkodzi życiu publicznemu, ale przez psychiatrów uznawana jest za jednostkę chorobową – warto zarazem się przyjrzeć, czy poza determinacją i odwagą, chociaż to dobre cechy, mają nam coś jeszcze do zaoferowania. I czy ich podejście do obietnic, jakie złożą, wskazuje na to, że będą je w stanie wypełnić lepiej, niż były już marszałek Sejmu.    

Szymon Hołownia wielu obietnic nie dotrzymał, także jeśli chodzi o Sejm otwarty, bo wprawdzie liczba wycieczek odwiedzających parlament stała się tam za jego rządów rekordowa, co cieszy, bo trudno o lepsze niż taka wizyta propagowanie demokracji, ale zarazem wprowadzono również dla dziennikarzy drobiazgowo upokarzające kontrole na bramkach, ze ściąganiem pasków od spodni włącznie, pomimo braku zagrożeń je uzasadniających. To oczywiście szczegół, ale dokuczliwy, zwłaszcza, że w podobny sposób przeczołguje się akurat dziennikarzy niezależnych, a nie ekipy stacji TVN, chociaż to tym, co o kampanii prezydenckiej z 2020 r. która wprowadziła Hołownię do politycznej ekstraklasy, rzetelnie informowali – zawdzięczał późniejszy marszałek swoją pozycję. A nie pracowali dla mediów głównego nurtu. Dawni wyborcy jako świadkowie gorszących swarów w Polsce 2050 przekonali się też o miarodajności jego dawnych zapowiedzi poprawy stylu jeśli nie wprost odnowy życia publicznego. Uznanie jednak, że Hołownia sam sobie winien, bo niesłowny, oznacza, że przystajemy na brutalizację polskiej polityki. Przed podobną obojętnością lepiej przestrzec. Nie Hołowni warto bronić, lecz zasad.

Nie samą walką żyje człowiek

Na pewno każdy, kto jakiekolwiek wyzwanie wobec aktualnego establishmentu sformułuje – a nawet z rachunku na podstawie sondaży dokonywanego, wynika, że takie siły i osoby się pojawią, bo widać dla nich wolne miejsce zwłaszcza pośrodku obecnej sceny – wykazać się będzie musiał znaczną odpornością. Jeśli jednak na samej walce się skupi, zapewne przegra. 

Obecnie mają już na kogo głosować zwolennicy poglądu, że Polska okupowana jest faktycznie przez obce siły, skoro im ofertę przedstawia ze swoją Koroną Braun. Kto z kolei pozostaje przekonany, że w Polsce żyć normalnie mogą tylko bogaci i wybrani – liczy zapewne na Razem Adriana Zandberga. Na wiele emocji, związanych z przekazami stacji 24-godzinnych i nie dłużej niż ten czas trwających regularnie odpowiadają KO i PiS. Z kolei dla zrażonych ich dominacją swoją opowieść snuje Konfederacja, która ponieważ jeszcze nie rządziła, chociaż bardzo chce – nie wdaje się w szczegóły, jak obiecane silne państwo zapewnić przy niskich podatkach, na których własną narrację buduje.

Warunkiem  stworzenia czegoś nowego wydaje się raczej umiejętność kaptowania, przekonywania do spraw, których przez kilkadziesiąt lat demokracji nie udało się skutecznie przeprowadzić. 

Jeśli wziąć pod uwagę liczbę środowisk pozbawionych teraz własnej reprezentacji w polityce, od przedsiębiorców domagających się powszechnego samorządu gospodarczego co obroni tych, co tworzą wzrost gospodarczy i miejsca pracy, przed samowolą polityków, poprzez rosnącą w siłę i znaczenie klasę kreatywną rozumianą jako grupa, której aktywności nie zagraża sztuczna inteligencja, bo jej zastąpić nie jest w stanie, aż po młodzież, której nie odpowiada feudalny model kariery w obcych przeważnie “korpo” – przestrzeni do zdobycia i zabudowania nie brakuje. 

Wybór z obecnej karty dań wydaje się nużyć Polaków, co nie znaczy, że kto się do niej dopisze, zyska od razu możliwość uzyskania złotej akcji i przebudowania życia publicznego. Dotychczasowe doświadczenia – w tym przypadek samego Hołowni – raczej do przesadnego zaufania nie skłaniają. 

Masowy udział Polaków w wyborach z 15 października 2023 r. pokazał jednak, że warto się starać. To perspektywa polityka. A wyborcy? Proste porównanie Węgier, gdzie Viktor Orban wygrał po raz kolejny z Polską, w której Kaczyński po dwóch kadencjach realną władzę stracił, pokazuje, że nie jest tak, by po tej dacie, którą słusznie się chlubimy (frekwencja najlepsza od 1919 r. dowodzi braku obojętności na sprawy publiczne, przez lata wmawianej Polakom) – zupełnie nic się w kraju nie zmieniło.  

Nawet jeśli minął czas przełomów, ale kto dokładnie pamięta czas 1988-1991, ten wie, że i wtedy odzyskiwanie tego, co nasze, następowało nie jednym zrywem – z całym szacunkiem dla jednoznacznego werdyktu obywateli przy urnach 4 czerwca 1989 r. – raczej bez euforii i radosnych tłumów na ulicach. Kiedy zaś poszliśmy, wcale nie tak tłumnie, skoro frekwencja wyniosła raptem 43 proc, na pierwsze po ponad sześćdziesięciu latach całkiem wolne wybory w 1991 r.   (po 1928 r. wyniki głosowań fałszowała najpierw sanacja, później komuniści) – powszechne stały się narzekania, że w Sejmie znalazło się zbyt wiele partii. Teraz zapewne wystarczyłoby nam do poczucia satysfakcji, żeby znaleźć tę jedną, za którą nie trzeba się będzie wstydzić. Nawet jeśli uznać to za przejaw minimalizmu, to już powód wystarczający, żeby pójść na wybory.

Zaś rzeczą polityków pozostaje, by karta wyborcza nie przypominała tej od dań z marnej restauracji. I takiego właśnie minimum na pewno mamy prawo od nich oczekiwać i wymagać.  Jeśli nawet tego nie dopełnią, potwierdzą zasmucającą diagnozę niedawno zmarłego politologa Wojciecha Błasiaka, zresztą posła Konfederacji Polski Niepodległej  w pierwszej pełnej kadencji wolnego Sejmu (1993-7), że gdyby posłów wyłaniano poprzez losowanie, byliby zapewne nie gorsi od tych, jakich u nas się wybiera. 

[1] sondaż SW Research z 25-26 listopada 2026       

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here