Każdy średnio inteligentny licealista wie, że w walce na szable Andrzeja Kmicica pokonał – w trzech tomach “Potopu” Henryka Sienkiewicza – jeden tylko człowiek: Michał Wołodyjowski w trakcie pojedynku w Wodoktach, spowodowanego wcześniejszym porwaniem przez pierwszego z nich Aleksandry Billewiczówny. Nie trzeba też być tuzem intelektu, by pamiętać, kto postać Kmicica odtwarzał w ekranizacji w reżyserii Jerzego Hoffmana, co przed ponad półwieczem otarła się o Oscara. Wszystko to jednak – jak się okazuje – nic nie znaczy dla urzędników obecnego ministerstwa kultury, którzy podstępem i zza węgła, a nie w otwartej walce, wykluczyli autora tamtej niezapomnianej kreacji Daniela Olbrychskiego z jury gdyńskiego festiwalu filmów polskich.
Ze sprzeciwem wobec udziału Olbrychskiego w tym gremium – gdy jego kandydaturę zgłosił szef stowarzyszenia filmowców Grzegorz Łoszewski, zresztą ceniony scenarzysta (m.in. “Komornika” Feliksa Falka i “Bez wstydu” Filipa Marczewskiego) oraz dawny działacz młodej opozycji antykomunistycznej – wystąpił niejaki Maciej Dydo, urzędnik obecnego ministerstwa kultury.
Może ministra Wróblewska była wstydem, ale mówić o tym nie wolno
Potem jego przełożeni mieli tłumaczyć, że urzędas Dydo wyrażał swoją prywatną opinię. O żadnym charyzmatycznym celebrycie Dydzie jeszcze nie słyszała wprawdzie szeroka opinia publiczna, ale być może wszyscy pozostajemy źle poinformowani. Jego czas nadejdzie? Oby nie, to najprostsza reakcja. Jednak kwestia, dlaczego prywatna opinia nieznanego resortowego biurokraty zablokowała udział najbardziej znanego polskiego aktora w jury najbardziej prestiżowego festiwalu filmów w Polsce – nie jest jedyną, którą w tej sprawie ciężko zrozumieć.
Za to proste jak konstrukcja cepa okazało się uzasadnienie, dlaczego resort, bądź jego pracownik Dydo samowolnie, nie chcieli Olbrychskiego w gdyńskim jury. Otóż dużo wcześniej wielki aktor wyraził się nader krytycznie o minister kultury – nawet nie obecnej Marcie Cienkowskiej, lecz poprzedniej Hannie Wróblewskiej. Daniel Olbrychski powiedział o niej, że stanowi wstyd dla kultury polskiej i obecnej koalicji rządzącej. Dokładnie to samo myśleli o Wróblewskiej inni przedstawiciele kulturalnej elity, nie inaczej też oceniają teraz jej następczynię Cienkowską.
A może Daniela Olbrychskiego da się zastąpić Tomaszem Lisem?
Do niełaski to wystarczy. Co nam Kmicic, skoro rządzimy prawie 40-milionowym krajem. Teraz my… Zwłaszcza, że elity i tak na nas zagłosują, za kontrofertę mając śmieszny i straszny zarazem PiS.
Przecież krytycznie wypowiadającego się o i tak nikłych kompetencjach Wróblewskiej do zarządzania kulturą aktora Olbrychskiego w jury zastąpić może na przykład Barbara Kurdej-Szatan, zasłużona dla aparatu obecnej władzy, bo kiedy jeszcze rządziła poprzednia ekipa – bluzgała ile wlezie na strażników granicy za to, że wykonują swoje obowiązki, nie wpuszczając nielegalnych imigrantów, nasyłanych do nas przez białoruskiego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę. Może zgodzi się też w skład tego gremium wejść Tomasz Lis, skoro ma dużo czasu, bo nikt go nie chce, odkąd we wszystkich mediach się na nim poznano. A znając jego pazerność i próżność, wątpliwości nie mamy, że zaproszenie przyjmie.
Dyrektor Dydo jak Kuklinowski
Chorążego orszańskiego Andrzeja Kmicica zna każde dziecko, najbardziej za sprawą ekranizacji Hoffmana, bo przez trzy tomy dzieła Sienkiewicza przebrnąć niełatwo, a za rządów innej “ministry”, tej od edukacji Barbary Nowackiej, “Potop” zaleca się w szkole tylko we fragmentach, więc nawet na polonistki – siłaczki nie ma już co liczyć.
Dzieło Sienkiewicza jak cała jego Trylogia ku pokrzepieniu serc napisane – pozostaje żywe głównie dzięki Hoffmanowi, w dzieciństwie zesłańcowi na Syberii w stalinowskich czasach i Olbrychskiemu jako odtwórcy roli Kmicica. Ten ostatni, jak wiemy, poradził sobie z dręczącym go Kuklinowskim. Osobnikiem, którego współczesnym karykaturalnym wcieleniem okazuje się ministerialny biurokrata Dydo.
Z ilu książek się składa Trylogia Sienkiewicza
Efekty rządów Dydów i ich zapiekłości mogą się jednak okazać żałosne. Już to przerabialiśmy zresztą, kiedy urzędników od kultury i edukacji tytułowało się jeszcze towarzyszami.
U schyłku PRL młody wykładowca z polonistyki opowiadał mi, jak podczas egzaminów wstępnych zadał pytanie pomocnicze wyjątkowo chaotycznie paplającej kandydatce. Po to, żeby jakiś porządek do jej wypowiedzi wprowadzić:
– Proszę pani, ustalmy najpierw, z ilu części składa się Trylogia Sienkiewicza?
Odpowiedź padła natychmiast:
– No z dwóch… “Krzyżaków” i “Ogniem i mieczem”.
W czasach obowiązywania minimalizmu już, a nie marksizmu-leninizmu jako doktryny, zgłosić więc wypada postulat realny i niezbyt wygórowany. Niech o losach osób takich jak Olbrychski, Hoffman, czy choćby Michał Żebrowski jako odtwórca roli Jana Skrzetuskiego (do niego też się zaraz przyczepią, że zagrał u Rosjan hetmana w “Roku 1612”?)- decydują tacy urzędnicy, którzy jeśli nawet zdania Trylogii nie przeczytali, wiedzą przynajmniej, z ilu książek się ona składa.
Dydo, choć dyrektor, z pewnością się do nich nie zalicza.