Po aferze Dawida Kacprzyka, “umocowanego politycznie” lekarza jeszcze bez specjalizacji ale już z milionami na koncie, nawet sam tytuł tego skromnego szkicu wydać się może sarkastyczny a nie opisowy. Po 37 latach nie ulega bowiem wątpliwości, że politycy wychowani już w demokracji i w pełni korzystający z jej dobrodziejstw – prezentują się pod względem moralnym bez porównania gorzej, niż ci, którzy o nią walczyli: pokolenie Lecha Wałęsy, Zbigniewa Bujaka i Władysława Frasyniuka a także nieco starsze, pamiętające wojnę roczniki, jak twórcy statutu NSZZ “Solidarność” mec. Jan Olszewski i Wiesław Chrzanowski, wszyscy również po zmianie ustroju aktywni w polityce.
Nie tyle porównanie okazuje się jednoznaczne, co – jeśli chcemy zachować powagę, przyznajmy, że… nie ma porównania. Francuzi znają doskonałą ta to formułkę: “comparaison n’est pas raison”, porównanie nie ma racji bytu.
Francuzi mają też swoją ENA, Ecole Nationale d’Administration, kuźnię profesjonalnych kadr demokracji. A ściślej: mieli ją, dopóki nie zaczął jej w ramach nieco populistycznej walki z elitaryzmem ulepszać i naprawiać obecny prezydent Emmanuel Macron. Wcześniej jednak powołana jeszcze z inicjatywy gen. Charlesa de Gaulle’a ENA wychowała całe pokolenia francuskich polityków, wśród których również prawdziwych mężów stanu jak Valery Giscard d”Estaing czy Jacques Chirac nie brakowało.
Tłuste koty zamiast służby cywilnej
Na jej wzór powołano w Polsce po przełomie ustrojowym Krajową Szkołę Administracji Publicznej zwaną nawet “polską ENA”. Kształcić miała ale i trwale formować kadry służby cywilnej – apolitycznej i niepodatnej na pokusy. Z czasem nadano jej imię Lecha Kaczyńskiego. I zarazem pozbawiono wszelkiego znaczenia. W trakcie dwóch kolejnych kadencji sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość (2015-19 oraz 2019-23) nikt już nawet nie udawał, że nawiązuje do francuskich wzorów. Nie szukano apartyjnych ani niezależnych fachowców, wystarczały zasoby partyjnych młodzieżówek. To jednak nie pokoleniowa wcale kwestia. Sięgano bowiem dużo częściej i masowo po wysłużonych działaczy czasem jeszcze rodem z Porozumienia Centrum, poprzedniej nieudanej partii Jarosława Kaczyńskiego, dla których akurat zabrakło “biorących” – jak mówią w swoim szpetnym slangu politycy – miejsc na listach wyborczych. I w ten sposób, bynajmniej nie fachowcami, dogęszczano naprędce administrację państwową.
Nominalnie antykomunistyczne PiS zapewniło też drugą młodość u władzy dawnemu prokuratorowi stanu wojennego Stanisławowi Piotrowiczowi ( stał się twarzą tego, co nazwano pisowską reformą wymiaru sprawiedliwości). Zaś gwiazdą mediów nadskakujących PiS został były sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Marek Król, jako ich dyżurny komentator.
Mieli się więc na kim wzorować młodzi i to bynajmniej nie gniewni, lecz wyłącznie na własnych karierach skupieni: jak Jacek Ozdoba (znany z konferencji prasowej w trakcie której natrząsanie się mediów z “tłustych kotów” w zawłaszczonych przez PiS spółkach Skarbu Państwa uznał za… dyskryminację osób otyłych) czy Dariusz Matecki. A wreszcie co młodsi dysponenci Funduszu Sprawiedliwości, co miał służyć ofiarom przestępstw, a posłużył swoim…
Ciocie Małgosie i prawo Kopernika-Greshama
To do nich, po kolejnej zmianie władzy, równać zaczął doktor bez specjalizacji choć i tak tytułowany anestezjologiem Dawid Kacprzyk, zarabiający również za dyżury, których w rzeczywistości nie pełnił, 1.6 mln zł rocznie w Szpitalu Południowym w Warszawie. A zarazem – co kluczowe – przez trzy lata szef młodzieżówki Koalicji Obywatelskiej, partii rządzącej krajem, Warszawą i Ursynowem. I radny Ursusa z tej samej formacji.
Jego koledzy z młodzieżówki Nowa Generacja poufale nazywali “ciocią Małgosią” marszałkinię Senatu Kidawę- Błońską. Familiarność ta nie wzruszy zapewne pacjentów Szpitala Południowego zmuszonych ustępować miejsca w kolejce na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym prominentom rządzącej partii. A także innym znajomym i faworytom zawiadującego SOR doktora Kacprzyka.
Z przyczyn zależnych bardziej od politycznych selekcjonerów niż jakości adeptów młodzieżówek od lat działa w polskiej polityce prawo Kopernika-Greshama, znane z ekonomii. Jak wiemy, moneta gorsza nieuchronnie wypiera lepszą. Odpowiedzialnych za to trudniej szukać wśród młodych roczników, raczej w gronie “cioć Małgoś”.
Pamiętam sprzed paru lat pogodną w zamierzeniu konferencję KO pod gołym niebem przy wejściu na teren Sejmu, z widokiem dla operatorów telewizyjnych na jego kopułę w tle, pomyślaną jako miła prezentacja partyjnej młodzieży. Debiutująca wtedy działaczka tak się przejęła, że stoi o boku samej Kidawy-Błońskiej, że po paru zdaniach wyuczonych widać na pamięć umilkła nagle i już ani słowa więcej nie umiała z siebie wykrztusić. Kidawa-Błońska pocieszała niefortunną spikerkę, że każdemu może się zdarzyć. Nazwiska adeptki polityki co ten falstart zanotowała nie zapamiętałem, pamiętam za to, co pomyślałem wtedy: czy pretendująca do skutecznej obrony demokracji w Polsce partia nie ma w szeregach swojej młodzieżówki choćby jednej osoby, zdolnej parę zdań z głowy wypowiedzieć bez ich uprzedniego przygotowania i pamięciowego wyuczenia… W szkole, jak wiadomo, kujonów nikt nie lubi i niemal każdy cieszy się, gdy przy odpowiedzi taki się zatnie. Ale nie znosi się też w społeczności uczniowskiej takich, co kantują innych, jak dawny szef Nowej Generacji dr Kacprzyk.
Tylko dlaczego pacjenci polskich szpitali mają ponosić karę za to, że rządzący, niestety wzorem poprzedników, nie potrafią sobie wyhodować następców uczciwszych ani godniejszych niż wspomniany lekarz bez specjalizacji ze Szpitala Południowego…