Milowy krok, ale wciąż za mało

0
4

Barbara Bartel, psycholog z Lekarskiej Przychodni Profesorsko-Ordynatorskiej Waliców 20 w Warszawie, b. wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie Łukasza Perzyny

– Decyzją władz rok szkolny, który właśnie się zaczął, okaże się pierwszym bez smartfonów, komórek i i-phone’ów w szkołach. Czy z korzyścią dla psychiki młodych ludzi?

– Niewątpliwie to dla nich korzystne, że nie dekoncentrują się, ani nie rozpraszają. Nie odrywają się od tego, co naprawdę dzieje się wokół nich, na rzecz wirtualnej tylko rzeczywistości. Ograniczenie dotyczące nowoczesnych komunikatorów w szkole na pewno pozwoli dzieciom zająć się tematem lekcji czyli przyswajać wiedzę tam im przekazywaną ale również ułatwia wzajemne zrozumienie z nauczycielami. I nawiązywanie przyjaźni z rówieśnikami, z których przecież szkoła zawsze słynęła, przykładem stały się odnajdywane po latach właśnie w sieci wspólnoty tych, co kiedyś do jednej klasy chodzili, stało się to popularne w okresie upowszechnienia internetu. Zmiana zachęca tak do nauki jak nawiązywania kontaktów. Stanowi przeciwwagę dla sytuacji, w której dwaj rówieśnicy siedzą w jednej ławce, ale nie dostrzegają siebie nawzajem, nauczycielki też nie widzą, obaj wpatrzeni są w ekrany, ale rozmawiają nie ze sobą wcale, tylko na przykład ze sztuczną inteligencją. Z czasem zagrozić to może inteligencji… już tej bez przymiotników.

– Ale jeden zakaz nie wystarczy, żeby kwestię zagrożeń dla psychiki młodych uznać za zwycięsko rozstrzygniętą?

– To ważny krok, milowy i we właściwym kierunku. Jednak wciąż jeszcze nie wystarczający dla uzdrowienia sytuacji. System edukacji wymaga dużych zmian.

– Widzi Pani w tym rolę do odegrania dla psychologów?

– Oczywiście, że tak, ale tych z prawdziwego zdarzenia, z dyplomami i praktyką w zawodzie. A nie po trzytygodniowych kursach. Wciąż dowiadujemy się, że w polskich szkołach brakuje psychologów. Nie zastąpią ich jednak terapeuci praktycznie samozwańczy, po warsztatach trzytygodniowych. Z prostego powodu: bardziej zaszkodzą, niż pomogą…

– Przypomina mi się taki żart angielski. Samolot wpada w turbulencje. A z kabiny wychodzi pilot, widać, że właśnie włączył automatycznego, a sam przechadza się między fotelami pasażerów z rozpostartą broszurą pt. “Nauka pilotażu. 10 łatwych lekcji”. Kartkuje ją i wyraźnie czegoś szuka. Odłóżmy żarty na bok, jak rozumiem chodzi o to, że psycholog, podobnie jak pilot, oczywiście ten od samolotów, nie wycieczek, to nie jest zawód otwarty, jak choćby dziennikarstwo, tylko wymagający predyspozycji ale i konkretnych kwalifikacji?

– Opowiadał mi Pan kiedyś o dziewczynie, co skończyła geologię i do programu telewizyjnego przyszła robić prognozę pogody, ale Pan ją zabrał na zdjęcia i sprawdziła się jako reporterka polityczna. Tyle, że ona nagrywała posłów i ministrów, a gdyby coś zrobiła źle, Pan miałby nad nią kontrolę i nie dopuścił materiału do emisji, a wypowiedzi sam by Pan zmontował, bez krzywdy dla kogokolwiek. Natomiast jeśli ktoś zamierza pracować z dziećmi w szkole, nie wystarczy, że ukończył matematykę, odbył te trzymiesięczne warsztaty i bardzo chce to robić, a uważa, że podoła. Nie tędy droga. Trzeba znać system nerwowy człowieka, jego reakcje, nawet wpływ odżywiania się na zachowanie, nikt tego w 21 dni nie przyswoi. Potrzeba specjalistów, którzy dysponują wiedzą, ale i empatią, co gwarantuje, że dzieci nie skrzywdzą zamiast im pomóc. Czasem nawet w mediach słyszy się i widzi rzeczy wzbudzające u specjalisty uzasadniony niepokój, a firmowane przez osoby przedstawiane jako terapeuci. W radiu mowa o konflikcie małej dziewczynki z którymś z rodziców. I terapeutka zwraca się do dziecka, bez poznania sprawy: “Szybko przeproś”. W ten sposób nie wolno postępować z wrażliwą psychiką młodego człowieka. Pracowałam kiedyś dla “Muzyki nocą”, pamiętam z jak wielką starannością, pieczołowicie żeśmy się tam do rozmów o ludzkich problemach zawsze przygotowali. Niebezpieczni okazują się terapeuci bez przygotowania, co zamiast z dziećmi czy młodzieżą rozmawiać, swoje role tylko odklepują. Zawsze trzeba dostrzec konkretną sytuację i człowieka.

– Wie Pani, mnie się przypomina naczelnik z powieści dla młodzieży Igora Newerlego “Chłopiec z Salskich stepów”, który jak do niego przyprowadzają nastoletniego bezdomnego włóczęgę, złapanego na stacji, bo coś przeskrobał, z pamięci recytuje temu dzieciakowi 23 szablony jak się inni zatrzymani tłumaczą w podobnych sytuacjach i pyta, który z nich ma wpisać do kwestionariusza?

– Zachowań żywych ludzi nie wolno w szablony wtłaczać, w moim zawodzie podejście indywidualne pozostaje oczywiste, a przynajmniej tak powinno być.

– Ktoś stoi na straży standardów?

– Dostrzegam z tym kłopot. Aktywna byłam w Polskim Towarzystwie Psychologicznym, wypisałam się, kiedy wykorzystano mój materiał bez mojej wiedzy. Nie spełnia wszystkich oczekiwań Polskie Towarzystwo Higieny Psychicznej. W Polsce od trzydziestu lat dyskutuje się o ustawie, która sensownie określałaby dostęp do zawodu, mając na uwadze dobro naszych pacjentów jako cel nadrzędny.

– W sieci też różni znachorzy się pojawiają?

– Znam przypadek, że młody człowiek spiera się z matką i w trakcie wzajemnych utyskiwań nagle podaje jej smartfona: weź sobie obejrzyj. I włącza program takiego guru, który jest dla niego autorytetem, chociaż tylko za pośrednictwem you tube’a. Jednak to on tym autorytetem pozostaje, nie rodzice. Oczywiście nie jest to winą młodego człowieka. Rodzice nie zadbali o to, żeby z nim regularnie rozmawiać, a nie tylko kłócić się, że śmieci znowu nie wyniósł. Jeżeli oczekiwania wobec dziecka, przecież chcianego i kochanego, któremu życzy się dobrze, sprowadzają się do tego, żeby z klasy do klasy przechodziło i raz dziennie o tym wyniesieniu śmieci pamiętało, trudno się dziwić, że brakuje głębszej więzi.

– Skutki mogą okazać się opłakane?

– W scenariuszu niekorzystnym, ale jeszcze nie najgorszym, młody człowiek kończy wreszcie studia, jak rodzice tego po nim oczekiwali, jednak brakuje wokół niego osób naprawdę bliskich, bo kontaktów tak naprawdę nie potrafi nawiązywać. Nie nauczono go empatii. Pozostaje więc samotny, nawet bez przyjaciół, bliższych znajomych. Wariant groźniejszy polega na tym, że dużo wcześniej, czasem zanim dzieciak, któremu w domu z pozoru niczego nie brakuje, pójdzie jak trzeba na te studia – rodzice z przerażeniem stwierdzą, że mają w domu narkomana. I to w zaawansowanym stadium, bo długo problemu nie dostrzegali.

– Szkoła też nie pomaga jak należy?

– Szpitale psychiatryczne są przepełnione, ich oddziały dla młodzieży, właśnie dlatego, że szkoła nie wychowuje. Podaje wiedzę testową, która prawdziwej edukacji nie zastąpi. Czasem w dziecku, kiedy czuje się nie rozumiane w domu ani w szkole, narasta agresja. I znajduje nieoczekiwane ujście. Nastolatek z normalnego domu, nie z żadnej patologii, podejdzie nagle do starszej pani. I bez żadnego powodu tę babcię opluje. Albo jakby dla zabawy na chodnik przewróci.

– Nas jeszcze w szkole uczono, podobnie jak w domach, że staruszki się przeprowadza przez ulicę, byle po pasach i na zielonym świetle?

– Nie ma się z czego śmiać, chociaż oczywistą ironię w tym pytaniu wyczuwam, bo na tym też wychowawcza rola szkoły polegała, na wdrażaniu właściwych zachowań, czynieniu ich nawykowymi. Gdy ta rola zanika, zaczyna być groźnie. I trzeba ją przywrócić zarówno dla dobra młodych ludzi, jak bezpieczeństwa nas samych na ulicach miast czy w przejściach pomiędzy blokami.

– Ważna była też kiedyś instytucja podwórka, czyż nie tak?

– Oczywiście, dla dzieci była to kolejna wspólnota, obok tej szkolnej. Dzieci dozorcy i adwokata bawiły się na podwórku razem, wiele się dowiadywały o sobie nawzajem, raczej nikt nie czuł się samotny. A teraz dom to czasem apartamentowiec ogrodzony, z ochroniarzem albo kodem dostępu. A jeśli blok, to z domofonem. I matka, która sarka: z tym kolegą to się nie baw, bo jego mama podobno pije. Bez sprawdzenia, czy to prawda. Zostaje ekran smartfona, gra komputerowa, zwykle nawet nie fabularna tylko prosta strzelanka – i coraz głębsza samotność.

– Jak jej zaradzić?

– Rozmawiać jak najwięcej, w rodzinie, z przyjaciółmi. Nie omijać problemów, gdy się pojawiają. A kiedy dostrzegamy, że sobie z czymś nie radzimy – bezzwłocznie zgłosić się po pomoc do specjalisty. Jednak takiego prawdziwego, bo tylko on nam czy naszym bliskim pomoże, a nie adept zawodu po trzytygodniowych warsztatach. Żyjemy w świecie nas otaczającym, a nie na bezludnej wyspie. Dlatego ten świat i nasze w nim miejsce warto starać się zrozumieć jak najlepiej. Poznawać to wszystko również poprzez relacje z innymi.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here