Mundial i peryferie

0
11

Piłkarskie Mistrzostwa Świata wbrew obawom podobnie jak cztery lata temu w Katarze obroniły swój status wielkiego widowiska i święta sportu. Wcale nie zdominował ich Donald Trump ani kontrowersyjny prezes FIFA Gianni Infantino. Zwyciężył piękny futbol, reprezentowany nie tylko przez zwycięskich Hiszpanów, ale i pokonanych w finale Argentyńczyków. Także przez uboższe od nich Maroko, które po raz kolejny znalazło się w czołówce. Sport zwyciężył także za sprawą nieznanych wcześniej zawodników z Wysp Zielonego Przylądka, co parę razy zagrozili najlepszym. Z naszego punktu widzenia odnotować trzeba jeden tylko feler: zabrakło Polaków, chociaż jeszcze w Katarze cztery lata wcześniej okazaliśmy się piętnastą drużyną świata.

Teraz entuzjastom polskiego futbolu pozostaje emocjonowanie się rundami wstępnymi europejskich klubowych pucharów, co stanowi doświadczenie podobnie traumatyczne, jak nieobecność drużyny narodowej na Mundialu za Oceanem po przegranych barażach ze Szwecją, z którą przed Katarem na tym samym szczeblu wygraliśmy. W najbardziej prestiżowej Lidze Mistrzów jeszcze latem okazało się, że wstępna runda wystarczy, by reszta rozgrywek toczyła się już bez klubów z Polski.

Mistrz kraju Lech Poznań, którego najlepszy zawodnik Mikael Ishak zarabia ok. 300 tys zł miesięcznie – a większość Polaków przystałoby bez gadania na podobne uposażenie w skali roku – pomimo wyjazdowej zaliczki trzech bramek, osiągniętej na wyjeździe, przegrał u siebie z duńskim Arhus i sromotnie odpadł po rzutach karnych. Przy czym od półwiecza, kiedy to genialny Alan Simonsen zdobywał tytuł najlepszego piłkarza Europy, ale za zasługi w barwach niemieckiej Borussi z Moenchengladbach – powszechnie wiadomo, że najlepsi duńscy piłkarze grają za granicą, a nie u siebie w krajowej lidze. Dania to teraz żaden potentat w tej dyscyplinie sportu. Podobnie jak my na Mundial się nie zakwalifikowała.

Najbardziej zdumiewający w tym wypadku okazuje się komentarz piątkowej “Gazety Wyborczej” żeby bossowie poznańskiego Lecha niczym się nie przejmowali i dalej konsekwentnie budowali drużynę. Wydaje się, że właśnie pojawia się wyśmienita okazja, żeby ją wreszcie rozpędzić, z powodu rażącej dysproporcji między zarobkami kopaczy a osiąganymi przez nich wynikami sportowymi. Dziwne, że kiedy drużyna narodowa pod wodzą selekcjonera Czesława Michniewicza przed czterema laty wywalczyła w Katarze piętnaste miejsce w świecie, to “Gazeta Wyborcza” wobec trenera i piłkarzy podobnie wyrozumiała nie była: utyskiwała wraz z innymi mediami głównego nurtu na styl gry, chociaż futbol to nie łyżwiarstwo figurowe ani nawet skoki narciarskie, w których oprócz długości liczy się również odrębnie punktowana estetyka. Nagonka mediów doprowadziła do zwolnienia Michniewicza zamiast przyznania mu premii, polskiego trenera zastąpił kolejny szaman z Portugalii, co sprowadził nas z 15 na mniej więcej pięćdziesiąte miejsce w świecie: tak można punktować, skoro w USA, Kanadzie i Meksyku zagrało 48 drużyn, wśród których nas zabrakło. Bo reprezentujący wykpiwaną przez media “polską myśl szkoleniową” Jan Urban po tym, jak związkowi bossowie z PZPN zmuszeni byli pozbyć się portugalskiego gościa, nie zdążył zawinionych przez niego zaległości nadrobić.

Na tle wyniku Lecha Poznań, co roztrwonił przewagę z pierwszego meczu i naraził własnych kibiców na wstyd z powodu braku woli walki u ich ulubieńców – zupełnie przyzwoicie prezentuje się rezultat Górnika Zabrze, drugiego klubu, reprezentującego nas w Lidze Mistrzów. Górnicy, kiedyś jedyni w historii polskiej piłki nożnej finaliści klubowych rozgrywek, bo w 1970 r. w Pucharze Zdobywców Pucharów z Włodzimierzem Lubańskim w składzie ulegli wyłącznie Manchesterowi City eliminując po drodze m.in. włoską Romę – teraz odpadli też w fazie wstępnej ale zaledwie jedną bramką z tureckim Fenerbahce. Też żadnym potentatem klubowego futbolu.

Zostają nam jeszcze w Lidze Konferencji częstochowski Raków i katowicki GKS oraz w Lidze Europy białostocka Jagiellonia. Ale to już peryferie futbolu, podobnie jak grupa B Ligi Narodów w której reprezentacja narodowa rywalizować będzie m.in z Bośnią i Hercegowiną po spadku z wyższego szczebla tych samych rozgrywek. Chcieliście to macie, powiedzieć można teraz wytrawnym komentatorom, narzekających cztery lata temu na piętnaste miejsce w świecie piłkarzy Michniewicza. W futbolu, podobnie jak w biznesie czy polityce, kto nie umie cieszyć się sukcesami i docenić ich autorów, ten z czasem przegrywa. Działacze z PZPN i przyklaskujący im medialni eksperci muszą to wreszcie zrozumieć, albo polska piłka nożna pozostanie trwale na peryferiach. Chociaż przykłady Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego pokazują dobitnie, że nie oduczyliśmy się w nią grać.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here