Wspomnienie o Jacku Madanym (1964-2013)
Takich jak on dziś nazywamy sygnalistami, ale ze względu na czas historyczny, w jakim rzecz się rozegrała, określenie bohater okazuje się bardziej stosowne, Odsługując w PRL służbę wojskową w centrum komputerowym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Jacek Madany przestrzegł na łamach wydawanego poza zasięgiem cenzury pisma Konfederacji Polski Niepodległej “Orzeł Biały” przed wykorzystaniem przez ten resort do inwigilacji obywateli rozpoczynającego się wtedy właśnie powszechnego spisu ludności.
Ujawniając, że połowę starannie rekrutowanych spisowych rachmistrzów stanowią specjalnie dobierani pod kątem względnej bystrości i w miarę poprawnych manier funkcjonariusze komunistycznej służby bezpieczeństwa – Jacek Madany ze swoim ówczesnym statusem żołnierza ryzykował pięć lat więzienia. Przełożeni go jednak nie dopadli, bo tożsamość autora stanowiła jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic KPN, Jego danych nie poznali nawet Leszek Moczulski, Krzysztof Król ani redaktorka “Orła” też późniejsza posłanka Katarzyna Pietrzyk.
Co nie zmienia faktu, że nowa Polska, już ta po przełomie ustrojowym, nie doceniła Jacka Madanego. Jedynym jego uhonorowaniem okazało się hasło w pieczołowicie wydanym przez Instytut Badań Literackich słowniku pseudonimów “Kto był kim w drugim obiegu”. Ucieszył się z miejsca tam szczerze, bo oboje rodzice należeli do rozwiązanego przez władze w latach 80. Związku Literatów Polskich, więc uznał to za kontynuację tradycji.
Jednak nowa Polska nie pomogła mu, kiedy ciężko zachorował, splajtowała jego firma turystyczna i nie było z czego składek ZUS opłacić. Pamiętali o nim za to koledzy z Liceum Batorego, odwiedzaliśmy go na zmianę: Anna Kowalska, Beata Rutkowska i ja. Już od trzynastu lat nie ma z nami Jacka Madanego i bardzo nam go brakuje.
Jego los – jeśli jego historię od końca zacząć – stanowi też kolejny argument za powołaniem Powszechnego Samorządu Gospodarczego, który skutecznie reprezentowałby polskich przedsiębiorców i dbałby o nich nie tylko w chwilach powodzenia. Zwłaszcza, że Jacek Madany jako właściciel Entre Tour – mieszczącego się w hali pod Mostem Poniatowskiego – miał serce i portfel otwarte dla innych, Kiedy organizował zielone szkoły dla dzieci majętnych warszawskich prawników czy lekarzy, do każdej grupy na własny już koszt dołączał wychowanków domów dziecka, za całą gratyfikację mając dobre słowo ich pań dyrektorek i uśmiech samych beneficjentów jego szczodrości .
Nie opuściła go też w nowej Polsce odwaga. Kiedy w 2. poł lat 90. rozeszła się pogłoska o pladze jadowitych kleszczy w polskich lasach – oprócz biologa, który orzekł, że to nieprawda, Jacek Madany okazał się moim drugim rozmówcą w materiale dla Wiadomości TVP, I jedynym z branży turystycznej, który stanął przed kamerą i pod nazwiskiem oznajmił, co natychmiast nadałem o 19,30, że cała akcja wywoływania paniki stanowi nieuczciwą formę konkurencji ze strony niemieckich biur podróży, podstępem starającym się przestawić swoich klientów po ich uprzednium nastraszeniu, na inne niż Polska “destynacje” jak się w slangu turystycznego biznesu mówi.
Żył w rytmie country
Nawet w Liceum Batorego, gdzie oryginałów nie brakowało, podobnie jak w innych dobrych szkołach warszawskich jak Czacki czy Dąbrowski – Jacek Madany wyróżniał się niepowtarzalnym stylem. Chodził w kowbojskim kapeluszu, podobnej kamizelce i wysokich butach, jakby dopiero co zszedł z planu westernu. Klasycznego, jak “Rio Bravo” czy “El Dorado” a nie ponurego jak dekadencki już “Joe Kidd” z Clintem Eastwoodem.
Pozostawał fanem muzyki country, której gwiazdą w polskim wydaniu była jego starsza siostra. Przede wszystkim jednak – poczucie humoru zachowywał w każdej sytuacji. Specyficzne, inteligenckie, jak na syna docenta – monografisty literatury narodów Jugosławii (Edward Madany był autorem wystawianego w witrynach księgarń “Partyzanckiego raju”) oraz tłumaczki z bułgarskiego przystało. Pamiętam, jak kiedyś Alicja Wancerz bardziej niż tylko jako nasza polonistka znana z roli redaktorki podziemnej “Karty” – poprosiła nas obu kolejno o odczytanie wypracowań. Ale kiedy przeczytałem swoje, Jacek tylko teatralnie rozłożył ręce.
– Przy Jankielu? – spytał rzeczowo. I polonistka dała mu spokój.
Jego żarty komentowały jednak nie tylko sprawność mojego pióra, ale co zrozumiałe jeszcze chętniej moją zupełną indolencję w dziedzinie nauk ścisłych. Kiedy mnie z kolei matematyk wziął do tablicy, zaś ja, ponieważ rodzice dopiero co zafundowali mi korepetycje, zamiast oddać odpowiedź walkowerem, jak się przedtem zdarzało, zacząłem ku zdumieniu koleżanek (przeważających, bo klasa humanistyczna) i kolegów szkicować na tablicy żądany przebieg zmienności funkcji lub coś co próbowało za tenże uchodzić – w ciszy, co jak makiem zasiał nastała, dało się słyszeć tylko trzask kredy i nagle głos Jacka:
– Łukasz, może się do Gottwalda przeniesiesz?
To bowiem noszące imię czechosłowackiego powojennego komunisty liceum skupiało wówczas jako rodzaj laboratorium największe matematyczne talenty.
Poborowy, który z ustrojem wygrał
Poza poczuciem humoru Jacka Madanego cechował też specyficzny upór i zdolność wyzyskania pozytywów każdej, nawet niekorzystnej sytuacji. Do centrum komputerowego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych trafił, ponieważ skacowany pułkownik z komisji uzupełnień, rozdzielając przydziały poborowym, fałszywie skojarzył szkołę informacji turystycznej przy Krasnołęckiej, którą po maturze ukończył nie przyjęty na uniwersytecką romanistykę Jacek – z informatyką. W ten sposób Madany znalazł się na całe dwa lata w “barakach PESEL”, jak w skrócie na nie mówiono w związku z wprowadzanym właśnie systemem ewidencji ludności, przy Szczęśliwickiej.
Czasu w nowym miejscu nie marnował, skoro znalazł tam sobie żonę. A w rozmowach ze znajomymi zawsze z naciskiem podkreślał, że małżonka jest tylko pracownicą, a nie funkcjonariuszką MSW.
Żaden numer KPN-owskiego “Orła Białego” nie rozchodził się równie błyskawicznie, jak ten z artykułem Jacka. Sam spisał wiadomości, które pragnął opinii publicznej przekazać, bo po rodzicach literatach odziedziczył lekkie pióro. I podpisał się pseudonimem Maciej Paraluch, kojarzącym się z prozą Franza Kafki [1]. Informował, że w trakcie kursów dla rachmistrzów spisowych wszystkich, co zadawali podchwytliwe pytania, wykluczono zarówno z dalszego szkolenia, jak ze spisu. Ostrzegał, że przepatrywanie kątów przez funkcjonariuszy po aktorsku grających rachmistrzowskie role ma na celu zdobycie przez resort danych o lokalach wykorzystywanych przez opozycję jako miejsca spotkań, druku czy kolportażu, ale też dotyczących dolarowego – wtedy nadzwyczaj intratnego – wynajmu mieszkań cudzoziemcom. Po publikacji artykułu, czytelnego ostrzeżenia dla Polaków, nikt już jednak o podobnym wykorzystaniu przez resortowe władze spisu powszechnego nawet słowa nie słyszał.. Alarm okazał się w pełni skuteczny. To był największy sukces w barwnym, ciekawym i zawsze godnym życiu Jacka…Dobrego i twórczego człowieka, polskiego inteligenta, zdolnego wybrnąć z honorem z nawet krańcowo trudnej sytuacji.
[1] Maciej Paraluch [Jacek Madany]. Kulisy spisu powszechnego. “Orzeł Biały” nr 9 z 1988
