czyli stare i nowe w polityce polskiej
Główne partie są wprawdzie w stanie eliminować konkurentów, nawet jeśli są oni formalnie ich koalicjantami – jak świadczą działania KO wobec Trzeciej Drogi a potem pozostałych resztówek obozu Szymona Hołowni – a także utrudniać powołanie nowych inicjatyw, choćby poprzez nieformalne na nie embargo w zaprzyjaźnionych mediach głównego nurtu, ale same pozostają niezdolne nawet do w miarę elastycznego reagowania na zmieniającą się rzeczywistość. Dowiodły tego zachowania zarówno Koalicji Obywatelskiej jak Prawa Sprawiedliwości po ujawnieniu kryzysu w kwestii obecności u nas wojsk amerykańskich. A nie jest to przecież sprawa dla Polski drugorzędna.
Bezradność i deficyt informacyjny jaki objawiły zarówno główna partia rządząca, jak najmocniejsza siła opozycji, w momencie gdy dowiedzieliśmy się, że chwieje się zgodnie przez nie uznawany za filar naszego bezpieczeństwa sojusz z USA oparty również na stacjonowaniu tu 10 tys amerykańskich żołnierzy – pokazują oddalenie tak decydentów jak ich głównych krytyków od realnej polityki czy dyplomacji. Wiedzy o nich, zwłaszcza takiej aktualizowanej na bieżąco, nie zastąpią slogany o tym, że pozostajemy najlepszym sojusznikiem Ameryki. Bo też z całym szacunkiem dla polskiej opinii publicznej, do której podobnie pogodne przekazy od lat są adresowane – nie ona rozstrzyga o obecności armii amerykańskiej na ziemi polskiej, tylko decydenci w Białym Domu. Nawet deklaracja prezydenta USA o wysłaniu do Polski 5 tys nowych żołnierzy nie eliminuje trwale zagrożenia. Z czasem niekoniecznie nawet sam Donald Trump, bardziej jego doradcy, mogą zechcieć ograniczyć liczbę stacjonujących w odległej Polsce żołnierzy w imię poprawy relacji z Władimirem Putinem lub zwyczajnych i banalnych oszczędności budżetowych czy z chęci przypodobania się izolacjonistycznie nastawionym wyborcom: Amerykę jeszcze tej jesieni czeka przecież głosowanie powszechne.
Sondaże nie kłamią, ludzie chcą zmiany
Z kolei do wyborów parlamentarnych w Polsce pozostaje mniej niż półtora roku. Ich perspektywa powinna polityków dopingować do lepszej pracy zaś wyborcom dawać przeświadczenie, że z jej efektów skutecznie ludzi polityki rozliczą. To jednak wariant idealny, do którego daleko.
Z badań opinii wynika, że co trzeci z nas (SW Research z listopada ub. r.) z sympatią powitałby powołanie już na najbliższe wybory nowej partii politycznej i gotów byłby ją poprzeć.
Wyczuwa te oczekiwanie jedne z bardziej zgranych polityków, niedawny premier Mateusz Morawiecki. Jeszcze nawet formalnie partii nie powołał, a już 6 proc Polaków (CBOS z kwietnia br.) zamierza na nią zagłosować.
Wynika to nie z geniuszu Morawieckiego przecież lecz z ubóstwa innych ofert. Zwłaszcza pośrodku sceny politycznej, a inicjatywa byłego premiera zapowiada się przecież mniej skrajnie niż sam PiS, którego kandydatem na premiera, nawet jeśli ostatecznie nim nie zostanie, jest Przemysław Czarnek o przekonaniach, co mają ułatwiać kaptowanie zwolenników obu Konfederacji: Sławomira Mentzena i Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Wyborców warto szukać pośrodku
Wolna przestrzeń otwiera się pośrodku sceny, skoro obie partie pozostałe po formacji Szymona Hołowni: resztówka Polski 2050 oraz nowe Centrum nie przekraczają progu pięcioprocentowego warunkującego obecność w przyszłym Sejmie zaś chlubiącemu się 130-letnią tradycją Polskiemu Stronnictwu Ludowemu udaje się tę barierę sforsować tylko w nielicznych badaniach opinii publicznej. Kłopoty z progiem ma także Lewica, bo “efekt Włodzimierza Czarzastego” (w listopadzie przewodniczący został marszałkiem Sejmu) zdaje się wyczerpywać. Zabudowanie zwalnianego przez “partie schodzące” miejsca okaże się jednak utrudnione, skoro wszystkie obecne w tym Sejmie partie zazdrośnie blokują w zarodku każdą konkurencję. Nawet rysująca się dopiero w sferze projektów inicjatywa Morawieckiego jest zgodnie wykpiwana przez prominentnych polityków Koalicji Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości.
Nie o nią jednak chodzi, tylko o rzeczywiste reprezentacje społeczne.
Kiedy trwały protesty rolników (najpierw za PiS przeciw dyskryminującej hodowców i za nic mającej mir domowy “piątce Jarosława Kaczyńskiego”, potem przeciw napływowi zboża z Ukrainy nie spełniającego standardów fitosanitarnych) – media głównego nurtu na gorąco je relacjonowały, bo nie dało się ich ukryć, ale pomijały pomysły i konstruktywne postulaty tych środowisk. W efekcie mieszkańcy wsi, przedtem głosujący na PSL czy PiS, pozostają w przeświadczeniu, że partie te należycie nie reprezentują ich interesu, ale zarazem nie są w stanie zbudować własnej reprezentacji.
Wbrew ograniczeniom systemu
Nie powiodło się to również przedsiębiorcom, sprzeciwiającym się dotkliwościom KSeF i domagającym powołania, na wzór Polski przedwojennej, Powszechnego Samorządu Gospodarczego, który stałby się stałym partnerem dla władzy, twardo z nią negocjującym, jak związki zawodowe w wypadku salariatu. Z kolei wykreowana przez wywodzących się z samorządu terytorialnego senatorów Nowa Polska wydaje się pomysłem raczej na miarę udziału w przyszłym bloku demokratycznym w wyborach do “izby refleksji” niż mogącym pokusić się samodzielnie o sukces w walce o sejmowe mandaty. Nie da się ukryć, że istniejący system finansowania partii politycznych, oparty na państwowych dotacjach i subwencjach, konserwuje istniejący układ sił. Nawet jeśli jego beneficjenci z perspektywy zwyczajnego obywatela spierają się o kwestie drugorzędne lub dotyczące niewielkiej grupy zainteresowanych (jak ostatnio “uważnienie” małżeństw LGBT) a wobec powszechnych bolączek, od drożyzny w sklepach po chwiejność filarów bezpieczeństwa kraju, okazują się bezradni. Dominatorzy sceny publicznej zachowują się jak pies ogrodnika, co jak wiemy, sam nie zje, a drugiemu nie da.
Jednak przykład Węgier i Słowenii, gdzie odpowiednio Peter Magyar i Robert Golob nie tylko ożywili niewielkie, drugorzędne i wcześniej nieruchawe partie, ale w ich barwach wygrali wybory, żeby zmieniać kraj – pokazuje jak wiele może pomimo systemowych ograniczeń uzyskać nowa oferta, niosąca za sobą walor jakości i inności, ponad systemowymi ograniczeniami.