Pożegnanie Wiesława Myśliwskiego (1932-2026)
Pisał w sposób zrozumiały dla zwykłego człowieka – charakteryzowała go w dniu jego odejścia kulturoznawczyni Zofia Leszczyńska. Zaś Remigiusz Mróz, autor popularnych thrillerów i najwyżej dziś opłacany polski literat (1,7 mln zł rocznie z honorariów) uznał go wręcz za największego polskiego pisarza. Wiesław Myśliwski przeżył 94 lata.
W socjalizmie jego “Kamień na kamieniu” oficjalna krytyka uznała za arcydzieło, za wiekopomną epopeję chłopską, co tylko tej ważnej i wciągającej dla czytelnika powieści zaszkodziło. W kapitalizmie “Traktat o łuskaniu fasoli” uhonorowano przyznawaną przez jury “Gazety Wyborczej” Nagrodą Nike, co z kolei milionów, jakie zarabia Mróz autorowi nie przyniosło, nawet laur zaś książce w promocji nie pomógł, bo to rzecz trudna i nie dla masowego odbiorcy, chociaż jeśli o język chodzi, wypada przyznać rację Leszczyńskiej.
Jego pisarstwo jest rozmową. Obowiązkową jak w “Traktacie o łuskaniu fasoli” – podobno od dawna obyczaj nakazuje, by ją podtrzymywać przy tej czynności, inaczej nic dobrego z niej nie wyniknie, nawet jeśli plantator i kupujący nie znają się i widzą po raz pierwszy. Czy narrator Myśliwskiego nie wpuszcza nas w maliny, trudno ocenić, bo wymaga to rozległej wiedzy etnograficznej. Sam pisarz wystawia nas na próbę, bo przecież z pozoru nic się tam przez kilkaset stron nie zdarzy. Nawet jeśli pojawiająca się w retrospekcjach wojna raz prezentowana jest standardowo – jak w obrazie pacyfikacji wsi – kiedy indziej już niebanalnie, gdy ocalony z tej pożogi dzieciak przygarnięty zostanie nie tyle przez partyzantów, co ich sanitariuszkę, która każe mu spać obok siebie, bo ma już dosyć odwiedzających ją każdej nocy leśnych bojowników, a odmówić im nie ma sumienia, bo przecież mogą zginąć za dnia – więc podsypiający obok sierota zdejmie z niej kłopot. Zaraz jednak usłyszymy powojenną już opowieść o kapeluszu, która przez swoje skupienie na szczegółach co na rozwoju akcji nie zaważą, wystawia nas na próbę. Zmierzamy jednak wbrew pozorom wspólnie z bohaterami do rozwikłania jakiejś tajemnicy, co rzeczywiście nastąpi, dzięki rozmowie właśnie.
Gada bez końca bohater “Kamienia na kamieniu”. Do siebie, bo do kogo innego, skoro brat wprawdzie z nim mieszka, ale po tym jak wyjechał po wojnie do miasta robić karierę, wrócił na ojcowiznę nienormalny, a ściślej przywieźli go służbowym autem towarzysze z komitetu czy resortu. Skąd naprawdę i co tam przeszedł, nigdy się nie dowiemy, bo niby od kogo. Dawna dziewczyna, co miała małą maturę, zaraz po wojnie znaczącą więcej niż teraz ta pełna, jak zastrzega narrator, odeszła i zostawiła Szymka, bo nie umiał jej uczuć okazać. Ani nawet dać do zrozumienia, że woli ich przyszłe wspólne dziecko od przerwania przez nią ciąży. Dlatego został na gospodarstwie, z obowiązkiem opieki nad bratem i zajmuje się byle czym, najczęściej rozpamiętywaniem. Co z tego, że na odpuście odkupi figurkę Matki Boskiej, którą kiedyś stłukł nieumyślnie, chociaż matka z pielgrzymki ją przywiozła, jeszcze za panieńskich czasów. Może od tego zaczęły się wszystkie trapiące ich nieszczęścia. Ale przecież skoro i tak nikt go nie odwiedza, nie ma się nawet komu odkupioną figurką pochwalić. A ściślej: odkupienia, jeśli do gry słów się odwołać, nie będzie i zdajemy sobie z tego doskonale sprawę. Coś poszło nie tak, ale nie dowiemy się kiedy.
Nie tylko nurt chłopski
Pisarze nurtu chłopskiego, jak Tadeusz Nowak (“Dwunastu”), Julian Kawalec (“Tańczący jastrząb”) czy najlepszy z nich Edward Redliński autor znakomitej czy wręcz kultowej “Konopielki”, a wreszcie “Dolorado” i “Szczuropolaków” obrazujących losy ludowych bohaterów za Oceanem i brawurowo sfilmowanych przez równie wybitnego Janusza Zaorskiego (“Szczęśliwego Nowego Jorku”) – zajmowali się społecznym awansem. Wszystko jedno czy z małorolnego rolnika na dyrektora jak w “Tańczącym jastrzębiu” czy wyłącznie z Kartofla na Potejto jak w “Szczuropolakach” po których publikacji radzono zresztą Redlińskiemu, by się więcej nie pokazywał na Greenpoincie. Okrucieństwo jego obserwacji w wersji filmowej Zaorskiego osłabione zostało nieco przez wirtuozerskie aktorstwo Bogusława Lindy, zmuszające nas, by przynajmniej jednego z bohaterów polubić.
W “Kamieniu na kamieniu” bohater nie awansuje. Zostaje czy powraca tam gdzie był, kiedyś pierwszy na wiejskich zabawach, co jednak szczęścia nie daje.
Sens prozy Myśliwskiego doskonale oddał Ryszard Ber w kameralnym filmie “Droga”, przenoszącym na ekran jeden tylko wątek z “Kamienia na kamieniu” (później ten sam reżyser sfilmował całość, a w obu wypadkach w roli Szymona wystąpił Jerzy Radziwiłłowicz). I wzbogacającym pierwowzór o wątek walki cywilizacji. Jej symbolem okazuje się nowa szosa, której nie da się przemierzyć furmanką, bo samochody tak miastowych jak miejscowych bogaczy zbyt szybko nią pędzą. Chyba, że ten jeden, co zawsze był niepokorny, wjechać pomiędzy nie konnym zaprzęgiem jednak spróbuje…
Wbrew literaturoznawcom i budowanym przez nich klasyfikacjom urodzony na Ziemi Sandomierskiej Wiesław Myśliwski wcale nie z chłopskiej rodziny się wywodził. Jego ojciec walczył jako oficer przeciw bolszewikom, potem pracował jako urzędnik. Autor “Traktatu o łuskaniu fasoli”, nawet jeśli uznamy, że nie tworzył arcydzieł ale po prostu dobre i znaczące powieści – wymykał się większości schematów.
Więcej niż kronikarz
Wtłoczyć go chciano w gorset kronikarza przemian społecznych, dokonujących się po II wojnie światowej w Polsce. “Pałac” rozgrywający się w czasie zbliżania się frontu traktuje tak naprawdę o psychice bohatera, który wszedłszy do opustoszałej po ucieczce dziedzica rezydencji sam się nim poczuł: po latach odtworzył ten wątek, chociaż osadził go w realiach o sto lat wcześniejszych Radek Rak (“Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”).
Ekranizacja “Pałacu” w wykonaniu Tadeusza Junaka tak silnie jednak uwypuklała wątki społeczne, że podczas kolaudacji sam wielki Andrzej Wajda zarzucił reżyserowi uleganie stereotypom właściwym kinematografii marksistowskiej. Co działo się jeszcze w czasach oficjalnego panowania marksizmu-leninizmu w Polsce. Ale nie jest winą autora książkowego pierwowzoru. Podobnie jak fakt obwołania “Kamienia na kamieniu” arcydziełem przez recenzentów z prasy oficjalnej, co okazało się dla pisarza zabiegiem niefortunnym, skoro w tym samym czasie – a był to znany z George’a Orwella rok 1984 – Marek Nowakowski za publikowanie w drugim obiegu (m.in. “Raportu o stanie wojennym”) otrzymał trzymiesięczną sankcję prokuratorską, czyli jeśli po ludzku rzecz ująć, taki właśnie czas spędzić musiał w areszcie za to, że jego utwory ukazywały się w wydawnictwach podziemnych. Myśliwski publikował oficjalnie. Nie każdy jednak nadaje się na bohatera, o czym zresztą przekonuje nas jego proza. Jako student polonistyki bezsprzecznie pokpiwałem z jego szerokiej frazy czy nawet objętości jego powieści. Z czasem, co oczywiste, oceny złagodniały. Nie okazały się zresztą sprzeczne ze słynną formułą Marshalla McLuhana, że środek przekazu sam jest komunikatem. Myśliwski, czy dla wygody czy z dystansu wobec polityki, pozbawił swoje pisarstwo magii zakazanego owocu, towarzyszącej wertowaniu gęsto zadrukowanych stron drugiego obiegu, przy których lekturze można było wzrok zepsuć. Wtedy ceniliśmy wyżej Tadeusza Konwickiego za “Rzekę podziemną” czy Kazimierza Orłosia za kolejne wydane w podziemiu opowiadania. Ale nawet wtedy nikt z nas, antykomunistycznie nastawionych studentów polonistyki, nie twierdził, że Myśliwski pisze źle. Co najwyżej, że rozwlekle. I nie zadaje sobie wielkiego trudu, by nas swoimi tematami porwać.
Jednak dwie Nagrody Nike przyznane mu już w wolnej Polsce (za “Widnokrąg” i “Traktat…”) dowiodły, że uznanie z lat 80. dla jego prozy nie wynikało wyłącznie z mizerii, cechujących ówczesne publikacje oficjalne. Dziś, gdy emocje opadły, obiektywny obserwator uzna podobną sugestię za obraźliwą. I jeśli nawet “Pałac” stał się książką na wpół historyczną, bo coraz mniej żyje Polaków, co pamiętają przejście frontu w 1945, zaś “Kamień na kamieniu” zwyczajnie się zestarzał, co zdarza się również wielu ambitnym powieściom – miejsce na półce współczesnego inteligenta, czy go do klasy średniej zaliczyć, czy do sfery budżetowej, obroni zapewne przynajmniej “Traktat o łuskaniu fasoli” (którego tytuł stanowi przewrotną aluzję do sceny z salonu w “Dziadach” Adama Mickiewicza, gdzie jak pamiętamy ideowa młodzież pokpiwa z “wierszy o łuskaniu grochu”). Uwalnia też autora od zarzutu przypodobania się komukolwiek, skoro wydany w 2006 r. i w rok później Nike nagrodzony powieściowy traktat nie opowiada wcale o dopłatach bezpośrednich dla rolników ani o młodych ze wsi zwanych “słoikami” migrujących do korporacji w wielkich miastach (los ich świetnie i bez koniunktury zresztą oddaje Krzysztof Beśka we “Wrzawie” i “Bumerangu”) – lecz o tradycji, sensie życia i wspólnocie.
Z wzbudzającym szacunek uporem trzymał się Wiesław Myśliwski zasady, że literat nie musi zastępować socjologa. A każdy los ludzki pozostaje niepowtarzalny.
