Mateusz Morawiecki to polityk wystarczająco inteligentny, żeby wiedział, że zaproponowanie przez niego Marka Jurka na premiera rządu technicznego ośmiesza tylko kandydata. A jednak to robi. Podobnie Jurek dysponuje odpowiednim potencjałem, żeby uznać, że w tej grze odgrywa tylko rolę pacynki czy kukiełki. A jednak brną w to obaj.
Przyczyn, jak się wydaje, szukać trzeba w potocznym, a nie fachowym pojmowaniu polityki, działającej jak narkotyk i tłumiącej w uprawiających ją ludziach poczucie wstydu i własnej śmieszności.
Pamiętamy, jak “za pierwszego Tuska” Jarosław Kaczyński zgłaszał konstruktywne votum nieufności wobec polityka, którego przez lata nazywał po imieniu Donaldem – a skoro musiał to być wniosek konstruktywny, więc i pojawił się “premier z tabletu”, a ściślej kandydat na to stanowisko, przemawiający ze pośrednictwem wspomnianego urządzenia w Sejmie. Rolę tę wziął na siebie prof. Piotr Gliński, ceniony socjolog, a także dżudoka. Gdy Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście władzę w kraju objęło – Kaczyński wcześniejszą śmieszność wynagrodził kandydatowi stanowiskiem wicepremiera. Realnego już, a nie tabletowego. Transakcja została doprowadzona do końca.
Jednak Marek Jurek, w odróżnieniu od Glińskiego, szanse, żeby choćby wicepremierem zostać, ma minimalne. Nie jest przecież człowiekiem kompromisu lecz fundamentalistą. Pamiętamy, jak złożył funkcję marszałka Sejmu, domagając się kategorycznego zakazu aborcji niezależnie od okoliczności, przed którym wzdragał się sam Kaczyński.
Marek Jurek, od Tuska młodszy o trzy lata, a od Kaczyńskiego aż o jedenaście – na skromną miarę ma już zapewnione miejsce w najnowszej historii Polski. Kolejno był członkiem kierownictwa pierwszego Niezależnego Zrzeszenia Studentów, posłem wybranym historycznego dnia 4 czerwca 1989 r. i potem jeszcze przez parę kadencji z przerwami z ramienia Wyborczej Akcji Katolickiej (eufemizm, oznaczający listę niepopularnego Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego) oraz Prawa i Sprawiedliwości, w międzyczasie przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji ze wskazania prezydenta Lecha Wałęsy, wreszcie eurodeputowanym znów z PiS. Wydaje się, że z podobnym biogramem, mógłby poczuć się spełniony. Niełatwo pewnie tym, co pozostają poza polityką, zrozumieć racje, jakie kandydatem na premiera powodują.
Zdolności polityczne Jurka, jakie w trakcie kariery objawił, pozwalają na realną, a nie wirtualną (patrz “premier z tabletu”) ocenę sytuacji. Pomimo to dawny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz były poseł i eurodeputowany – potwierdza gotowość formowania rządu już w tej kadencji, jak chce Morawiecki. Bez większości i rzeczywistych szans na nią. Żądza władzy, jak widać, nie tylko działa jak narkotyk, ale podobnie okazuje się szkodliwa.