O powieści Adama Federa
Sam tytuł książki reportera i celebryty Adama Federa – “Prezes Polski” wskazuje dobitnie, że nie chodzi w niej tylko o folklor warsawianistyczny ani nawiązanie do tradycji Stefana Wiecheckiego “Wiecha”, jak utrzymują zacni, ale powierzchowni recenzenci tego niezwykłego czytadła. Jeśli z czymś już łotrzykowską powieść wieloletniego dziennikarza telewizyjnego znanego z poczucia humoru da się porównać – to raczej ze “Złym” Leopolda Tyrmanda. A to zestawienie, samo w sobie, stanowi nielichy komplement. I to całkiem zasłużony.
Tyrmand w “Złym”, wydanym oficjalnie na fali literackiej również odnowy po śmierci Józefa Stalina – pokazał nie tylko niesforną magię dźwigającej się z ruin tuż po wojnie Warszawy, ale też jak socjalistyczne państwo nie radzi sobie z plagą chuligaństwa, ani też próbującej wbudować je w swój z kolei system przestępczości zorganizowanej. Ta ostatnia stanowić miała przecież relikt poprzedniego ustroju, zanikający w socjalizmie, czemu dobitnie – i to w realu, a nie opowieści Tyrmanda – zaprzeczył przypadek Jerzego Paramonowa, zabójcy pochodzenia całkiem proletariackiego, który najpierw dla zdobycia pistoletu tetetki zaatakował łomem milicjanta Stanisława Lesińskiego. Zaś po zamordowaniu innego funkcjonariusza MO Zdzisława Łęckiego nie miał już nic do stracenia, więc z bronią w ręku grabił socjalistyczną własność i kpił sobie z aparatu państwa. Zanim w wieku 24 lat skonał na szubienicy, organizował huczne bankiety w knajpach, stając się bohaterem ludowym w morzu tak ruin jak powszechnej niesprawiedliwości.
Szembek rządzi, a Prezes wraz z nim
Podobnym guru okazuje się na co najmniej dzielnicową a konkretnie grochowską skalę król bazaru przy Placu Szembeka – tytułowy Prezes, funkcjonujący już w realiach demokracji i gospodarki rynkowej. I w nowej Polsce wieloetnicznej, skoro w walce o panowanie nad targowiskami warszawskimi Prezes i jego gang przeciwko Ukraińcom i Wietnamczykom zmobilizują skutecznie Gruzinów, Cyganów (jeśli ktoś woli poprawnie politycznie: Romów) oraz “Armenów” jak ludowi bohaterowie niepoprawnie nazywają Ormian, zresztą dokładnie tak samo jak czyniła to jedna z prezenterek TVP za pisowskich tam czasów, bo Feder nie tylko zachowuje słuch absolutny, ale i pamięć, zwł. do wpadek wrogów demokracji ma świetną.
Oczywiste nawiązanie do “Złego” Leopolda Tyrmanda, aż dziw, że recenzentom nie dało ono do myślenia, stanowi otwierająca powieść lista postaci z krótkim ich opisem. “Prezes. Nieformalny prezes bazaru przy Placu Szembeka w Warszawie. Przywódca i obrońca mieszkańców Grochowa. W pracy lubi sięgać po metalową pałkę, bo jak się nie da po dobroci, to trzeba troszeczkę inaczej”” [1]. Tyle autor. Oddajmy więc głos jego narratorowi, gdy nie chodzi już o didaskalia, bo powieść się już zaczyna i właśnie w pierwszym jej epizodzie robi się gorąco: “No to wchodzą po schodach na czwarte piętro, bez windy, mamy dopiero siódmą rano na zegarach, a już się umęczyli jak zwierzęta w lesie, że z nosów im woda kapie, charczą, warczą, prychają.
Wreszcie prezes dzwonek wciska:
– Kto tam – pyta typ jakiś zaspany, zaziewany.
– Listonosz, rentę przyniosłem – odpowiada Prezes.
Cygan aż nie wierzy w to, co słyszy, nie wierzy, że taki numer przejdzie, a tu taka miła niespodzianka, bo kolo za zasuwkę łapie i drzwi im uchyla do swojej słodkiej, bezbronnej krainy. I już Prezes kopa z podeszwy ładuje i wpadają do mieszkania, jakby drapieżniki wpuścić między drób, moi mili, taki się raban zrobił. (..) Ale Cygan go nawet nie słucha, tylko stoi, patrzy na klienta, głową kręci i nie może uwierzyć, że przeszedł ten numer z listonoszem. No to Prezes od razu mu wyjaśnia, że on w ogóle się temu nie dziwi – co więcej – dokładnie tego się spodziewał, bo jeśli taki typ podprowadził handlarce kasetkę z bilonem na bazarze i myślał, że nie spadnie na niego zasłużona kara, no to musi być taką raczej amebą umysłową, która w ogóle nie posiada życia intelektualnego, nie mówiąc już nawet o osobistej kulturze oraz obyciu w świecie” [2].
Zwłaszcza ostatnie słowa tej perory kojarzą się niczym “oczywista oczywistość” i to “bez żadnego trybu” oraz bez zbędnej pomocy red. Justyny Dobrosz-Oracz, mocnej w deszyfracji kamuflaży poprzedniej władzy – z narracją właściwą nie tyle zorganizowanym grupom przestępczym, co raczej partii politycznej, która się właśnie niedawno podzieliła, z jej sławetnym “gorszym sortem”, “kanaliami” jak tamtejszy z kolei Prezes tytułuje oponentów, czy wręcz “elementem animalnym”. Nawet jeśli ta ostatnia przemocy nie używała na co dzień, gdy pozostawała u władzy, lecz odwołanie się do niej ograniczała do szykanowania uczestników protestów ulicznych czy sporadycznego nachodzenia mieszkań niezależnych dziennikarzy, gdzie jednak funkcjonariusze – jak sam miałem okazję się przekonać – nie podszywali się pod listonoszy, lecz do drzwi walili z powołaniem się na donosy zdominowanej przez relikty dawnego reżimu spółdzielni mieszkaniowej. Jak więc widzimy, w książce Federa każdy znajdzie coś dla siebie, całkiem jak w “Złym” Tyrmanda przed dokładnie 70 laty.
Tamta powieść ludowa czy brukowa ze swoją mnogością znaczeń zapowiadała demokratyczną falę Polskiego Października. “Prezes Polski” Federa powstał na fali masowego obywatelskiego sprzeciwu, co 15 października (to widać dla autokratów niebezpieczna pora) ale 2023 r. zaowocował rekordową frekwencją ( a ściślej: najwyższą od 1919 r.). I spektakularnym odsunięciem prezesa wszystkich prezesów do władzy.
Nie my mamy obsesję, tylko oni lepkie ręce
I nic więcej, chciałoby się dodać w stylu rapujących po dragach rozpuszczanych w alkoholu z przemytu, w dodatku upalną porą, bo akcja wcale nie w październiku się dzieje – grochowskich żołnierzy Prezesa, znów tego wielką literą pisanego, na co sobie zasłużył, skoro z tytułu opowieści wynika, że jednak rządzi Polską a nie tylko jednym bazarem.
Tamten kolejny październik naszej demokracji minął, a powieść Federa recenzujemy bogatsi o doświadczenia trzech kolejnych lat: ujawnianych interesów Włodzimierza Czarzastego i Romana Giertycha z szemranymi Rosjankami , a ostatnio ekscesów łapiducha bez specjalizacji Dawida Kacprzyka wcześniej przez trzy lata szefa partyjnej młodzieżówki Koalicji Obywatelskiej pod patronatem “cioci Małgosi” czyli senackiej marszałkini Kidawy-Błońskiej, przy czym jego rajdy Porsche Panemera kosztowały podatnika 1,6 mln zł rocznie wypłacane za dyżury, których nie pełnił. I wreszcie takiej samej chociaż nie tej samej kwoty 1,6 mln zł jaką na promocji stołecznej zieleni miejskiej zarobiła firma późniejszej “ministry” kultury Marty Cienkowskiej, w układzie warszawskim z głównym gospodarzem stolicy Rafałem Trzaskowskim. Zaś potwierdza tylko skojarzenie znanego z powieści świata bazarowego z realnym życiem publicznym niedawne ułaskawienie przez prezydenta Karola Nawrockiego lidera kiboli Legii Piotra Staruchowicza, nie tylko znanego z rozlicznych burd, ale wcześniej zatrzymywanego za narkotyki. “Gniazdowy” (czyli prowadzący doping) legijnych kiboli, co zyskał sobie jeżdżącą zwykle na pstrym koniu prezydencką łaskę, “Staruch” wydaje się wyjęty z kart powieści Federa.
Strach się bać
– mówi się w takich wypadkach nie tylko na Grochowie. Skoro obecnie rządzący, podobnie jak ich poprzednicy, raczej aniołami nie są i nie stronią od odruchów sympatii wobec marginesu społecznego a w życiorysie mają nierzadko udział w “ustawkach” tak barwnie również przez Federa opisywanych – każda co lepsza powieść łotrzykowska naprowadzi nas nieuchronnie drogą usprawiedliwionych skojarzeń na ich rzeczywiste praktyki. Opowieści budującej na ten temat napisać się nie da. Jest jak jest a będzie jeszcze gorzej – chciałoby się dopowiedzieć w duchu filozofii bazarowych bywalców z tej niezwykłej, spisanej przez dziennikarza telewizyjnego historii. Nagle tak barwnie i paradoksalnie się aktualizującej w realnym i niby poważnym świecie, chociaż zapowiada się na farsę czy groteskę.
Najważniejszym pytaniem jakie nasuwa się przy lekturze “Prezesa Polski” wydaje się wcale nie to, dlaczego tytułowy bohater ze swoimi totumfackimi stosują nagminnie przekręty ale i przemocowe metody – ale dlaczego zyskują sobie poklask lokalnej społeczności a ich sława promieniuje daleko poza Pragę, tę warszawską naturalnie a nie czeską. Nie tylko za sprawą socjotechniki przecież, chociaż się do niej odwołują, ostentacyjnie – niezależnie od tego, ile przykazań uprzednio łamią – obnosząc się zarazem ze świętymi obrazami i tradycyjnymi wartościami, a nawet wyśpiewując pobożne pieśni i uczestnicząc w procesji. Chociaż w tle da się znaleźć informację, że niesiony w tej ostatniej talerz z wizerunkiem samego Jana Pawła II da się do tego celu użyć, ponieważ nie zdołano go uprzednio na bazarze sprzedać.
Widać coś nie działa w tej naszej demokracji i wolnym rynku, skoro ich adepci, zwykli obywatele, zawierzają takim rzecznikom i obrońcom. Bo może inni choć uczciwsi nie stwarzają nawet wrażenia, że o interes zwykłego człowieka skłonni są zadbać.
Kluczowa dla zrozumienia realiów, jakie tym światem rządzą, okazuje się scena interwencji stróżów porządku na Placu Szembeka. Po wejściu na bazar jeden z mundurowych, zanim do działań przystąpi, stwierdzi nagle brak przytroczonego zwykle do pasa służbowego walkie-talkie. Prezes dobrotliwie uspokaja obrońcę ładu, że zna adres jego matki, też zamieszkałej na Grochowie i tam utracony przez funkcjonariuszy sprzęt jeszcze tego samego dnia zostanie dostarczony i zwrócony. Po tej rozmowie inni już do zanadto gorliwych działań wcale się nie kwapią, co zapewne zrozumiałe.
Ani mściciela ani detektywa
Porównanie ze “Złym” Tyrmanda okazuje się użyteczne. W tamtej powieści z lat 50. znajdowaliśmy jednak bohatera pozytywnego i tytułowego zarazem, stającego się postrachem stołecznej chuliganerii, ludowego mściciela wyręczającego Milicję Obywatelską. Ujmującego się za terroryzowanymi mieszkańcami i wspieranego przez ludzi dobrej woli od kierowcy autobusu po buchaltera. Teksty Stefana Wiecheckiego “Wiecha”, z którymi dziełko Federa tak chętnie zastawiają recenzenci, roją się od bohaterów ciepłych i sympatycznych. Za to w “Prezesie Polski” postaci na wskroś pozytywnych brakuje.
Takie czasy, rzec można. Co nie znaczy, że nie możemy kibicować bohaterom, gdy zręcznie odwracają sojusze. Całkiem jak nasi politycy w telewizorze w ostatnich akordach przed sejmowymi wakacjami.
Brakuje może w opowieści Federa tylko jednego: postaci skupionego i zimnokrwistego okularnika, zdolnego przekonać chociaż część straganiarzy na Szembeku, że to, co przez laty robił Prezes – on sam dokończy lepiej i bez zbędnej ostentacji. Nie wymagajmy jednak zbyt wiele, wszak to powieść popularna a nie zdolna przyszłość przewidywać w najlepszym wydaniu literatura piękna.
“Prezes Polski” to jednak nie tylko literatura wagonowa. Ale taka, co stawia pytanie, dokąd pociąg nas zawiezie.
Mieliśmy już wprawdzie nieźle napisaną i zekranizowaną “Wojnę polsko-ruską pod flagą biało czerwoną” Doroty Masłowskiej pokazującą rodzime realia Polski po przemianach z dresiarskiej perspektywy i pełną cwaniackich portretów autorstwa skandalisty Michała Witkowskiego “Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna Szczakowej” oraz tegoż pisarza “Wymazane”, wszystko teoretycznie z wyższej niż “Prezes Polski” półki, jednak Federa czyta się lepiej. Poza tym dostarcza większego ładunku informacji o rzeczywistości. Nie wiem, czy tak miało być, czy tak mu wyszło po prostu. Szacun, dodajmy w języku jego bohaterów. A klucz, jasno przez tytuł zasygnalizowany – odbioru powieści przez pryzmat mnożących się nieprawości życia publicznego – nie okazuje się jedynym, który warunkuje czytelniczą satysfakcję. Kto szuka sensacji, ten ją w “Prezesie Polski” znajdzie, podobnie ma się rzecz w warszawskimi sentymentami i kolorytem, ściślej lokują się one na prawym brzegu Wisły. Nie w centrum stolicy przecież.
“O peryferie warszawskie! Jakże kocham waszą pełną groźnego wdzięku brzydotę! Ileż niepokojącego, gorzkiego humoru tkwi w waszym odpychającym niechlujstwie” – entuzjazmował się przed 70 laty Leopold Tyrmand [3]. Do francuskiego wydania “Złego” ze znamiennie zmienionym tytułem (na “Zły. Człowiek o białych oczach”) w tłumaczeniu ocalonej z nazistowskich obozów Anny Posner dołączono schematyczny plan Warszawy z lat 50, co wydaje się trafnym zabiegiem. Witold Gombrowicz na bieżąco porównywał arcydzieło Tyrmanda… do wódki: “Tyle tylko, że przed wojną popijało się z kieliszka, a dziś ciągnie się z litrowej flaszy” [5]. Nie przesadzajmy jednak z tymi porównaniami, bo oczywiście Adam Feder jeszcze współczesnym odpowiednikiem Leopolda Tyrmanda nie został, chociaż przyznać trzeba, że wieloletni kpiarz telewizyjny z sukcesem objawił się w nowej dla niego, pisarskiej dziedzinie, nawet jeśli mowa o formacie masowym czy wagonowym tej twórczości.
Z korzyścią dla czytelników, którzy znajdą w “Prezesie Polski” poza od początku dającym do myślenia tytułem – walki typu MMA również w wydaniu… senioralnym czy nawet, o zgrozo, dziecięcym, współczesny praski i podmiejski folklor, także obraz etnicznych wspólnot zadomawiających się w Polsce i ich kontaktów z miejscowymi. Do tego skandale i oszustwa, dilerka i paserskie interesy. Najpierw okazuje się, że znikają bazarowe handlarki. Potem prezes nadgryza pieroga, którym wódkę zakąsza i mało sobie zęba nie złamie, bo w środku znajdzie kartkę z sekretną wiadomością. To pieróg, a nie ciastko z wróżbą. Z ostrzeżenia w ten sposób pozyskanego wynika, że Ukraińcy uprowadzają ludzi i przerabiają ich na bieżąco na farsz. A potem już napięcie stale rośnie, zgodnie z regułą Alfreda Hitchcocka.
Zgodzić się wypada z recenzentką z “Super Expressu”, zawczasu nas przestrzegającą, niczym przyszłe ofiary kanibalizmu powieściowego Prezesa: “Ostrożnie, bo autor “Prezesa Polski” używa języka, który tryska kwiecistością i wybucha czytelnikowi w rękach! W książce aż kipi od absurdalnego humoru i oryginalnych postaci” [6].
Co najciekawsze, swój efekt Adam Feder osiąga nie objawiając literackich ambicji, albo przynajmniej starannie je skrywając. Co świadczy znacząco zarówno o samej literaturze, jak o życiu publicznym, którego przynajmniej ta z górnej półki raczej rzadko dotyka.
[1] Adam Feder. Prezes Polski. Wyd. Harde, Warszawa 2023, s. 5
[2] ibidem, s. 11-12
[3] Leopold Tyrmand. Zły. Czytelnik, Warszawa 1966, wyd. IV, s. 482
[4] por. Leopold Tyrmand. Zly. L’homme aux yeux blancs, tłum. Anne Posner. Librairie Stock, Delemain et Bontelleau, Paris 1960
[5] Witold Gombrowicz. Dziennik 1957-1961. Krąg, Warszawa 1984, s. 92
[6] Rachela Berkowska. “Prezes Polski” Adama Federa. Książkowy debiut twórcy Komenterów. se.pl z 28 lipca 2023
