Zawodowiec bez uprzedzeń

0
0

Pożegnanie Andrzeja Morozowskiego (1957-2026)

O zmarłych zawsze pisze się same dobre rzeczy, ale tylko o Andrzeju Morozowskim da się poważnie powiedzieć, że wydawał się lepszy od każdego z mediów, dla którego pracował, czy było nim Radio Zet czy TVN. Wyrastał ponad przeciętność, ale nie okazywał wyższości innym. Nie tylko dziennikarstwo wiele mu zawdzięcza, polska demokracja również. Za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości z pomocą posłanki Renaty Beger nagrał korupcyjną propozycję złożoną jej przez PiS, co przyczyniło się do upadku tamtych złych rządów i sprawiło, że politycy zaczęli się miarkować w składaniu innym podobnie niemoralnych ofert.

Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że tamto nagranie wstrząsnęło Polską. Wprawdzie formalnie współautorem jego pozostawał Tomasz Sekielski, ale wszyscy wiedzą, że akurat “Seki” o polityce zielonego pojęcia nie ma, chyba, że chodzi o to, jak bez kontroli przeniknąć do Sejmu, bo kiedyś taki materiał zrobił – więc to Morozowski wszystko musiał zorganizować. Za jego sprawą cała Polska poznała szpetotę polityki i to wydaniu partii, co do władzy doszła na fali niezliczonych antykorupcyjnych frazesów. W dodatku “niemoralną propozycję” – stanowisk państwowych w zamian za głosy w Sejmie osobiście zgłaszał posłance Renacie Beger uchodzący za partyjnego pisowskiego intelektualistę Adam Lipiński, z przyzwoitą a nawet chwalebną kartą w opozycji przed 1980 rokiem jeszcze. 

Pisowski aparat zawył. W Stoczni Gdańskiej zorganizowano, nie po raz pierwszy to miejsce bezczeszcząc, wiec poparcia dla rządu. Sprzedajny redaktor naczelny “Tygodnika Solidarność” (po latach wynagrodzono go sutym honorarium za usłużną i oficjalną biografię Antoniego Macierewicza) Jerzy Kłosiński wydał w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oświadczenie, potępiające wcale nie rządzących za korupcję, lecz autorów programu, którzy ją ujawnili. Kłosiński nie miał wtedy prawa tego robić, bez porozumienia z szanowaną prezeską SDP Krystyną Mokrosińską oraz honorowym liderem tegoż Stowarzyszenia Stefanem Bratkowskim, co mało zawału nie dostał, gdy się o plugawej inicjatywie “pana Jureczka” dowiedział: wszak nawet w nazistowskich Niemczech jedni dziennikarze nie potępiali innych za ich zawodowe działania.

Przyzwoitsi od red. Kłosińskiego dziennikarze z inicjatywy Wojciecha Czuchnowskiego z “Gazety Wyborczej” zabrali z kolei podpisy pod protestem przeciwko kalaniu szyldu SDP i zarazem listem w obronie atakowanych autorów programu. Sygnatariusze zadziałali ponad podziałami, w imię zawodowych swobód. Mój podpis miał pewną moc, skoro wtedy pozostawałem głównym dziennikarzem politycznym “Tygodnika Solidarność”, którego naczelny akcję sprowokował. W obronie Morozowskiego i Sekielskiego wystąpili też wtedy jednak dziennikarze uchodzący za pisowskich jak Cezary Bielakowski czy Cezary Gmyz. Nasz protest zyskał sobie pewien rezonans, skoro nawet napotkana przypadkowo na ulicy Hanna Gronkiewicz-Waltz gratulowała mi wtedy podpisu pod tym listem.

Nikt już podobnie nas dziennikarzy więcej razy nie zjednoczył ponad podziałami jak wtedy Andrzej Morozowski.

Wprawdzie niedawno wspólnie znów protestowaliśmy przeciwko uwięzieniu przez obecną ekipę naszego kolegi Leszka Kraskowskiego pod całkowicie niedorzecznymi zarzutami – ale tym razem, Czuchnowski, znów inicjator akcji, nagle się z niej wycofał.  Na szczęście i tak w tym sensie okazała się skuteczna, że dziennikarz odpowiada dalej z wolnej stopy. 

Na pewno nie było tak, że Morozowski chętnie przyjmował poparcie innych, a ignorował, co z nimi z kolei się dzieje.

W Sejmie potrafią się zdarzać różne rzeczy. Za rządów Akcji Wyborczej Solidarność jej sekretarz generalny Kazimierz Janiak próbował mi grozić na parlamentarnym korytarzu. Powiedziałem więc, że rozmowę z nim właśnie kończę. Z daleka wyglądało to tak, że skaczemy sobie do oczu, wymachując przy tym rękami ile wlezie. O Janiaku wszyscy wtedy wiedzieli, że za kołnierz nie wylewa, życie osobiste ma powikłane, jego ślubna chodziła nawet na skargę do przewodniczącego klubu Akcji Mariana Krzaklewskiego, żeby podwładnego wziął nieco w karby w tej Warszawie. Czy się udało nie wiem, bo do następnego Sejmu AWS już nie weszła.

Pantomimę moją z Janiakiem widzieli z daleka wszyscy sejmowi dziennikarze, ale podszedł do mnie wtedy jedynie Andrzej Morozowski. 

– Myślałem, że cię uderzy – rzucił do mnie.

– No to wtedy bym mu oddał – zauważyłem z kolei ja. 

Pewien jestem, że gdyby sprawy przybrały taki właśnie obrót, znalazłbym w Andrzeju Morozowskim rzeczowego i odważnego świadka tej sytuacji. Chociaż miała miejsce kilka lat wcześniej niż podpisałem list w jego obronie.

Klasę zachowywał nie tylko w studiu. Na tle paplających niczym blondynki z najbardziej seksistowskich dowcipów rozlicznych medialnych gwiazdeczek od Tomasza Lisa po Radomira  Wita – Andrzej Morozowski wyróżniał się kulturą, zawsze olimpijskim spokojem, pewnego rodzaju umiarkowaniem. I umiał – także nie tylko we własnych programach na antenie Zetki czy TVN – rozmawiać nie tylko z tymi, z którymi się zgadza.

Pamiętam, jak kiedyś rozpadała się kolejna koalicja rządowa i gdy oznajmiono, że briefing w tej kwestii odbędzie się godzinę później niż zawczasu nas powiadomiono – poszliśmy na kawę we czwórkę: Joanna Lichocka wtedy z Polsatu, teraz posłanka PiS, Wojtek Nomejko z Panoramy TVP znany z poklepywania po plecach posłów SLD i PSL, a że kawał chłopa z niego, to się do ziemi prawie zginali, wreszcie Andrzej Morozowski z Zetki najbliższy wtedy pewnie Unii Wolności oraz moja skromna osoba, kojarzona wówczas z AWS-owską frakcją Spółdzielnia, jak widać całkiem niesłusznie, skoro obecnie jej były poseł Mariusz Ambroziak (nikt nie chce się przyznać, że go na listę wyborczą wpisał)  pozbawił mnie już na trzeci miesiąc dostępu  do służbowego komputera redakcji “Samorządności”, co dla mnie zresztą stanowi despekt równie mało znaczący jak jego osoba. W każdym razie byliśmy na tej kawie we czworo w sejmowym bufecie i jakoś tematów do rozmów w tak wielobarwnym gronie nam nie zabrakło, czego życzyć wypada również tym, co przyjdą po nas. Andrzej Morozowski zwykle pozostawał duszą towarzystwa, a rozmowa z nim warta była czasu jej poświęconego.      

Jego programy też pozostawały słuchane i oglądane ponad podziałami.  Nie był cyborgiem, dało się z nim gadać ma każdy temat. Będzie nam go brakować. Walczył z patologiami i symbolizował tę lepszą stronę życia publicznego. Nie wiem, jakie nagrody dostał, mocny w tych środowiskowych laurach nie jestem, wiem, jak wielu je wyśmiewa. Natomiast mam pewność, że sam Andrzej najbardziej cenił zupełnie inne wyróżnienie. Pod koniec pierwszych pisowskich rządów na jednej z demokratycznych   demonstracji rozwinięto spory transparent: “Morozowski, Sekielski, dobra robota”. Nic dodać, nic ująć. Dokładnie tak.           

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here