Rekonstrukcja: strata czasu

0
155

Paradoks związany z zajmowaniem uwagi społeczeństwa zmianami kadrowymi w ekipie władzy polega na tym, że rząd Donalda Tuska od samego początku pozostaje drużyną bez gwiazd. Dlatego to spektakl, z którego niewiele wynika, odgrywany przez koalicjantów i sprzyjające im media. Może się natomiast okazać kosztowny. Nie musi jednak być nieciekawie. Nie da się bowiem wykluczyć, że oprócz szumnie zapowiadanej na połowę lipca rekonstrukcji, przyjdzie nam przetestować, choć dużo później, inny scenariusz, który oznaczać będzie głębokie przeoranie całej polskiej polityki.

Zmiany w rządzie zawsze wiązały się z emocjami i czasem zabawnymi sytuacjami. Premier z AWS Jerzy Buzek z kandydatami na ministrów rozmawiał w swoim gabinecie sejmowym, z którego w odróżnieniu od Tuska korzystał często. Nie wszyscy byli powszechnie znani z telewizji. Zwłaszcza, że niektóre resorty zarezerwowano dla konkretnych partii politycznych (Akcja Wyborcza Solidarność, współrządząca wtedy z Unią Wolności, sama była też ich koalicją ze związkiem zawodowym o znanej z historii marce). Jak łączność dla Zjednoczenia Chrześcijańsko Narodowego. Co pole wyboru ograniczało, niekoniecznie do tuzów.

Kandydata do objęcia tego właśnie resortu zatrzymał przy wejściu strażnik sejmowy.

– Pan do kogo?

– Do premiera. Mam zostać ministrem – powiadomił z widoczną przyjemnością gość.

– A ma pan jakąś legitymację? – dopytywał się cerber.

– Nie mam, przecież ja dopiero tym ministrem mam zostać – objaśniał pretendent do rządowego fotela.

Przekomarzanie na sejmowej bramce długo trwało. Na szczęście gość, jak na kandydata na ministra łączności przystało, miał przy sobie dwa telefony komórkowe. Użył jednego z nich i zadzwonił do kogoś od Buzka, kto po niego zszedł.

Kiedy całą sytuację opisałem w “Życiu”, niezapomniany dyrektor Stanisław Kostrzewa z kancelarii Sejmu po lekturze artykułu przekonywał mnie, że “strażnik zachował się profesjonalnie”.       

Słowo rekonstrukcja czyli dokonana jednym ruchem wymiana części ministrów, kojarzy się w polskiej polityce ze schyłkiem dwóch formacji rządzących: koalicji Akcji Wyborczej z Unią Wolności oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Obie ekipy nie podniosły się już po powtarzającej się co i rusz wymianie członków rządu, chociaż miały swoje zasługi: reformę samorządową (AWS-UW) oraz wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej (SLD). Roszady w rządzie nie zatarły jednak ich błędów: masowego wyprzedawania majątku narodowego (AWS-UW) ani gorszących afer: Lwa Rywina i świętokrzyskiej (SLD). Tak wytrawny gracz jak Donald Tusk musi o tym pamiętać, zwłaszcza, że uczestniczył wtedy w polityce, kolejno jako wicemarszałek Senatu (1997-2001) i Sejmu (2001-5). Nie tyle więc wie co robi, co robi wszystko, by skupić uwagę na personaliach a nie zmianie jakości rządzenia w tym kwestii wypełniania obietnic, poczynionych przed 15 października 2023 r..  

Porażka przy odbudowie

Groźny dla rządzących, bo pokazujący porażki w dziedzinach szczególnie zaniedbanych za poprzedniej władzy sprawowanej przez Prawo i Sprawiedliwość może okazać się fakt, że najsurowsze oceny społeczeństwo wystawia “ministrze” edukacji Barbarze Nowackiej (zdaniem 9 proc obywateli najgorszej w rządzie) oraz szefom resortów: zdrowia Izabeli Leszczynie i sprawiedliwości Adamowi Bodnarowi (po 6 proc podobnych wskazań) [1]. Za czasów PiS polityka wobec edukacji zapisała się permanentnym sporem o płace nauczycieli, skutkującym strajkiem pedagogów, publicznie popartym przez noblistkę z literatury Olgę Tokarczuk, a także wielu celebrytów. Na służbie zdrowia odcisnęła się brutalnie pisowska afera respiratorowa i wiele innych zawinionych przez rządzących nadużyć w czasie pandemii. Zaś obecny resort Bodnara w czasach Zbigniewa Ziobry zapisał się nagminnym wyprowadzeniem pieniędzy z przeznaczonego dla ofiar przestępstw Funduszu Sprawiedliwości: otrzymały je zaprzyjaźnione instytucje czasem w ogóle z branżą nie związane, za to stanowiące przybudówki PiS i Solidarnej a później Suwerennej Polski, kanapowej partyjki “ziobrystów”. Nie ich jednak teraz oceniamy, lecz następców. Jak wykazują wyniki badań opinii publicznej – żadnej z tych stajni Augiasza nie oczyścili.          

W sondażu na ten sam temat ale innej firmy demoskopijnej, za najgorsze w rządzie uznano również Nowacką (14 proc wskazań) i Leszczynę (13 proc), po nich zaś minister klimatu Paulinę Hennig-Kloskę i Bodnara (po 10 proc) oraz Katarzynę Kotulę od równości (7 proc). Za najlepszych zaś ministrów – Radosława Sikorskiego (sprawy zagraniczne) wskazanego przez 14 proc i Władysława Kosiniak-Kamysza (obrona) – wyróżnionego w ten sposób przez 9 proc pytanych [2].

Burza w szklance wody czy taka z piorunami

Zapewne wokół nich skupić można by pozytywny przekaz rządu, związany w dokonaniami w szczególnie interesujących Polaków kwestiach bezpieczeństwa zewnętrznego i strategicznych sojuszy oraz miejsca w świecie – ale Tusk, choć niedawny prezydent Zjednoczonej Europy, na to się nie zdecyduje. Z oczywistych dla niego, chociaż poniekąd egoistycznych i partyjnych względów. Władysław Kosiniak-Kamysz ministrem obrony narodowej został jako prezes sojuszniczego Polskiego Stronnictwa Ludowego, a Tusk widzi swoją rolę w osłabianiu a nie wzmacnianiu koalicjantów, bo spodziewa się, że z czasem przejmie ich wyborców jak udało się to PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Z kolei Radosław Sikorski należy wprawdzie do kierowanej przez Tuska Platformy / Koalicji Obywatelskiej, ale jako były minister pisowskiego rządu, w wcześniej wiceminister u Jana Olszewskiego i Jerzego Buzka – uzyskał w niej pozycję szczególną. Pomimo to Tusk nie dał mu szansy, by powalczył o prezydenturę. Decyzję o doborze kandydata scedował na aparat własnej partii, który w formacie prawyborów stosunkiem głosów 3:1 nominował Rafała Trzaskowskiego. Chociaż to nie zdejmujący krzyże i nakłaniający do wegetarianizmu a nawet skłonny do odzwyczajania nas od jedzenia jajek prezydent Warszawy, lecz bohater wojny afgańskiej Sikorski  miał szanse przekonać do siebie umiarkowanych wyborców o konserwatywnych sympatiach i tym samym wygrać z Karolem Nawrockim.

Ulubieńcem Tuska nie jest oczywiście Trzaskowski, któremu lider nie pomógł w kampanii. W rządzie pozostaje nim minister finansów Andrzej Domański. Jednak nawet jeśli awansuje teraz na wicepremiera, niewiele z tego będzie wynikać. Uchodzi za tyleż oddanego Tuskowi co uległego. Za to awans na wicepremiera Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz raczej da się wykluczyć po zawirowaniu z powodu zatrudnienia jej córki przez partię mamy czyli Polskę 2050. Zresztą z posady wicepremiera w tym rządzie nie bierze się żadna sprawczość ani siła polityczna: trudno je przypisać obecnie sprawującemu tę funkcję Krzysztofowi Gawkowskiemu z Lewicy (zarazem na czele resortu cyfryzacji)    

Burza w szklance wody wydaje się teraz bardziej prawdopodobnym finałem zapowiadanej rekonstrukcji niż prawdziwa nawałnica z piorunami.

Chociaż niektórzy publicznie kwestionują pozycję Tuska jako kapitana rządowego okrętu, co zanim Trzaskowski przegrał z Nawrockim, nie stałoby się możliwe. Zmianę premiera otwarcie  wskazuje jako efekt tego wyniku nie tylko Marek Sawicki z PSL, zwykle pod nazwiskiem mówiący to, co pozostali boją się powiedzieć anonimowo. Także Ryszard Petru (Polska 2050)  opowiada się za nowym rządem tej samej koalicji ale… niekoniecznie z tym samym premierem. – Jeśli Koalicja Obywatelska wskaże kogo innego niż Tusk, to go poprzemy – zapowiada Petru. Zwraca uwagę, jak bardzo niepopularny okazuje się obecny premier. Potwierdzają to wyniki badań opinii publicznej.  Osobiste notowania Tuska okazują się słabsze niż jego rządu. Z tego, że Donald Tusk stoi na czele gabinetu niezadowolonych jest 58 proc Polaków, z rządu zaś 47 proc [3].             

Donald Tusk nie odejdzie jednak dla dobra sprawy. Tylko wtedy, gdy będzie miał poczucie, że najbliższych wyborów nie wygra. A także jeśli otworzy się przed nim ponownie możliwość kariery w Europie. Jak przed jedenastu laty, kiedy odszedł, by zostać jej prezydentem po siedmiu latach sprawowania funkcji premiera, najdłużej w Polsce po zmianie ustrojowej. I zostawił z kłopotem Ewę Kopacz, wiedząc doskonale, że nowa szefowa rządu sobie nie poradzi: skończyło się podwójnym zwycięstwem PiS w wyborach z 2015 roku.  

Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen odejdzie z funkcji raczej nie z powodu stawianych jej zarzutów dotyczących nieprawidłowości przy okazji zakupu szczepionek w pandemii i działania związanych z nią funduszy pomocowych, lecz z tego względu, że jej obecność okaże się niezbędna w polityce niemieckiej. Jako zwornika nowej koalicji mającej powstrzymać rosnącą w siłę radykalną AfD. Wtedy Tusk mógłby zostać w Brukseli jej następcą w tym sensie naturalnym, że jego kandydatury nie trzeba by było długo i żmudnie uzgadniać: po siedmiu latach na stanowisku szczebel niżej jest tam doskonale znany. Wszystko to już stanowi jednak wariant daleko wykraczający poza obecne rekonstrukcyjne spekulacje, a przede wszystkim ich skromny jak na razie format. Gdyby podobna zmiana się w nagłym trybie dokonała, Tusk zapewne sam wskazałby następcę, tak jak kiedyś Ewę Kopacz. Jeśli miałby teraz podobną decyzję podejmować, oznaczałoby to pewnie wybór między aktualnym ministrem spraw wewnętrznych Tomaszem Siemoniakiem a szefem resortu finansów Andrzejem Domańskim. To ten drugi z punktu widzenia Tuska ma pewną przewagę: nie jest politykiem a posłem od niedawna, co stwarzałoby Tuskowi gwarancję, że miałby po latach – przynajmniej w partii – do czego wrócić. Natomiast Siemoniak, dawny szef telewizyjnego programu I, związany był przez lata z Grzegorzem Schetyną, któremu Tusk od dawna nie ufa a czasem go upokarza.

Wiele upokorzeń spotka na pewno ministrów przy okazji tej rekonstrukcji, która się zbliża, zapowiadanej na połowę lipca, w wariancie, w którym Tusk ma pozostać jej podmiotem a nie przedmiotem.

Niewykluczone, żo odda stanowisko ludowiec i wytrawny parlamentarzysta Czesław Siekierski, ceniony bardziej przez rolników niż decydentów z Koalicji Obywatelskiej. Podobnie jak inny przedstawiciel PSL w rządzie Dariusz Klimczak od infrastruktury, chociaż jego błędy też trudno wskazać. Natomiast mało kto żałować będzie Nowackiej czy Kotuli, o ich społecznych ocenach była już mowa. 

Niewiele kogo obchodzi natomiast, czy na stanowisku pozostanie minister kultury Hanna Wróblewska, bo przez ponad rok sprawowania urzędu nie dała się poznać ani ze złej ani dobrej strony. Jakby jej nie było, po prostu. I to w sytuacji, kiedy jej poprzednik Bartłomiej Sienkiewicz, który chociaż wywodzi się z pacyfistycznego Ruchu Wolność i Pokój w niezwykle stanowczy sposób i na krawędzi prawa odbił z rąk PiS publiczną telewizję i radio, choćby z tego powodu wzbudzał skrajne emocje.

Nie zawadzi przypomnieć, choć nie ochładza to gorących głów komentatorów ani namiętności samych polityków i ich zaplecza – że przewidywane zmiany nie będą pierwszymi w rządzie Tuska w tej kadencji.

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego odeszli: Marcin Kierwiński (powrócił potem, by walczyć z powodzią, bo Tusk lubi swoich ludzi przestawiać jak pionki na szachownicy), wspomniany tu już Sienkiewicz (bo wraz z przejęciem TVP, Polskiego Radia i PAP swój cel a ściślej postawione mu przez Tuska zadanie zrealizował) oraz Borys Budka z Koalicji Obywatelskiej i Krzysztof Hetman z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zaś w związku z zarzutami wykorzystania funkcji do ułatwienia żonie kariery naukowej ustąpił z ministerstwa Dariusz Wieczorek na rzecz partyjnego kolegi z Nowej Lewicy Marcina Kulaska. 

Niewielu się z tego powodu gorączkowało. Zwykłych Polaków bardziej interesuje drożyzna czy doskwierająca im biurokracja, zaś zaniepokojenia stanem bezpieczeństwa kraju nie łączą z personaliami. Tym bardziej, że odpowiedzialni za to ostatnie ministrowie mają wysokie notowania i wymianie podlegać nie będą.

Spokojnie, to tylko rekonstrukcja, chciałoby się powiedzieć. Nawet jeśli odebrane to zostanie jako żart w siedzibach telewizyjnych korporacji czy na korytarzach parlamentu.    

Nie widać jakoś orłów, skłonnych tę rządową grzędę obsiąść. A jeśli się pojawią, Tusk zawczasu je spłoszy. Wszyscy wiedzą, jak bardzo nie znosi konkurencji. Jeśli nawet znów z zaskoczenia wybierze się do Brukseli, w kraju z pewnością wielkich następców nie poszuka.

[1] sondaż SW Research 17-18 czerwca 2025

[2] badanie UCE Research 13-14 czerwca 2025

[3] sondaż CBOS, czerwiec 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here