Uwolnić kulturę

0
94

Tytułowe hasło może brzmieć patetycznie, ale chodzi właśnie o to żeby wielkich słów uniknąć, tam gdzie tylko wzmagają histerię. Zaś literatów oceniać wedle jakości tego, co napisali, reżyserów – co sfilmowali. Wybitni twórcy zostaną zapamiętani, gdy nikt już nie będzie wiedział, kto wtedy był w Polsce prezydentem, tak jak nas nie interesuje, kto władał Włochami za Boccaccia ani Algierią w czasach Camusa.     

Pandemia nauczyła nas wszystkich, może z wyjątkiem rządzących, pokory wobec sił natury ale i starych inteligenckich nakazów dobrego wychowania dotyczących higieny i dystansu między ludźmi. Oduczyła też – przynajmniej wszystkich rozumnych – wzniecania paniki i podgrzewania nastrojów. Kultury również to dotyczy.

Gdy niezależny kandydat Szymon Hołownia rzucił na briefingu pod pomnikiem AK przed Sejmem tyleż efektowne co wieloznaczne hasło „uwolnić wybory” – jego notowania podskoczyły tak, że wedle badania Maison & Partners zostanie prezydentem [1] zaś zgodnie z sondażem CBOS wprawdzie nie wygra, ale będzie z 14 proc poparcia drugi po Andrzeju Dudzie [2]. To dowód, czego potrzebują Polacy. Swego rodzaju resetu. Co zrozumiałe, bo jeśli nawet komuś nie przeszkadza pięć lat fatalnych, zapewne od czasów gen. Wojciecha Jaruzelskiego najgorszych rządów PiS – to pandemia i tak zmienia wszystko.

Inteligent w sferze gestu i symbolu

Potrzebę podobnego resetu w kulturze dostrzega autor największego po Noblu dla Olgi Tokarczuk pisarskiego sukcesu ostatnich lat, kultowego „Króla” Szczepan Twardoch. Impertynent ze Śląska nie ma litości dla autorytetów ogólnopolskich i ogólnospołecznych. Podziela ich przekonania ale ośmiesza ich manifestacje,  odnosząc się do najgorętszej sprawy wyborów: „Widziałem poważnych ludzi, deklarujących, iż jeżeli Duda wybrany zostanie w tym pocztowym plebiscycie (bo wyborami to istotnie trudno nazwać), to będzie początek dyktatury, cały system prawny straci jakąkolwiek legitymację i nie trzeba będzie uznawać wyroków sądów. No cóż, powodzenia, powiedzcie to komornikowi”    – radzi zgryźliwie Twardoch [3]. Swoją drogą parę lat temu musiałby klasie kreatywnej tłumaczyć, kto to taki komornik: dziś nie potrzebuje.

Kpi bezlitośnie autor „Króla” ze znanej pani reżyser postulującej utworzenie ferującego moralne wyroki komitetu obywatelskiego. Zestawia jej determinację i grandilokwencję z histerią Wojciecha Wencla, marnego poety nadskakującego PiS, który po Smoleńsku ogłaszał zasady walki cywilnej z rządem Donalda Tuska a gdy jego patroni doszli do władzy – w nagrodę trafił na listę lektur szkolnych. Pożartować można jednak też trochę z Twardocha, że nazwisko grafomana Wencla wymienia zaś pani reżyser nie – co pozwala domniemywać, że woli się jej nie narażać, bo może kiedyś zechce ona zekranizować jego książkę. Wszyscy wiedzą, że idzie o Agnieszkę Holland, zaś autora „Morfiny” jako krytyk literacki z wykształcenia (zawód wymarły podobnie jak zduna – ten drugi z braku pieców) poproszę by nie tytułował jej reżyserką, bo tak się nazywa pomieszczenie w telewizji o czym jako gwiazda mediów musi wiedzieć.         

Twardoch, pisarz i celebryta, nie boi się uogólnień, buduje dotkliwą diagnozę na miarę czasu, który sprzyja twardemu powtarzaniu prawdy: kpi, że polski inteligent w stanie moralnego pobudzenia działa „w sferze gestu i symbolu, przy całkowitym braku zainteresowania wpływem na faktyczny kształt rzeczywistości” [4].       

Jak kreatywni honor Polski uratowali

Warto się w głos Twardocha wsłuchać, bo w odróżnieniu od wymienionego już Wencla nie jest sfrustrowanym nieudacznikiem. Angielskie tłumaczenie pt. „The King of Warsaw”  renomowany „The Times” uznał za książkę kwietnia w kategorii powieści historycznej. U nas w kraju sprzedał Twardoch ponad 100 tys egzemplarzy „Króla” co zważywszy, że 61 proc Polaków nie czyta nawet jednej książki rocznie stanowi wynik oszałamiający. Pocieszać się można tylko, że jeśli już czytamy to wcale nie byle co, a w dodatku – co zastanawiające – chętniej autorów współczesnych. Podium rankingu poczytności zajmują Remigiusz Mróz od thrillerów, noblistka Olga Tokarczuk i Stephen King. Za nimi dopiero znajdą się Henryk Sienkiewicz i Adam Mickiewicz oraz – tu wracamy do współczesności: Andrzej Sapkowski przed dwoma Katarzynami: Bondą i Grocholą, Blanką Lipińską oraz B. A. Paris, która z pierwszej dziesiątki wypchnęła samego Bolesława Prusa. [5].

Za sprawą Olgi Tokarczuk – co odnotowuje raport Biblioteki Narodowej – czytelnictwo przestało pikować. Ale przyjęcie jej Nagrody Nobla w Polsce pokazuje wciąż, jaki z kulturą mamy problem. Nagradzanemu twórcy się zazdrości, publicyści próbują zaliczyć go do konkretnej politycznej opcji (nie inaczej rzecz się działa przed ćwierćwieczem z Wisławą Szymborską) zaś minister kultury w randze wicepremiera Piotr Gliński publicznie – jakby było czym – chełpi się niedoczytaniem do końca jednej choćby książki laureatki. Złośliwie rzec by można że dopisuje się do większości jeśli badaniom wierzyć, a chyba można skoro w ub. r. przeprowadziły je dla Biblioteki Narodowej aż trzy ośrodki demoskopijne [6]. Pamiętamy przetargi, towarzyszące pochówkowi innego noblisty Czesława Miłosza na krakowskiej Skałce, chociaż wcześniej jego słowa wyryto na pomniku gdańskich stoczniowców w 1980 r. a w czasach pierwszej, tej prawdziwej i masowej bo dziesięciomilionowej „Solidarności” wielki poeta stał się dla świata wraz z Lechem Wałęsą i Janem Pawłem II trzecim symbolem polskiego dążenia do godności i wolności.  

Absurdalne pozostaje zarzucanie Oldze Tokarczuk braku patriotyzmu, gdy to jej Nobel – w sytuacji braku sukcesów państwa za rządów PiS – rozsławił imię Polski w świecie. Laureatka nie unika wielkich tematów społecznych, już w debiutanckim opowiadaniu „Numery” zmierzyła się z problemem emigracji zarobkowej do Londynu, w „Biegunach” nawiązała do losów polskich przesiedleńców na Ziemie Odzyskane do których zaliczali się jej rodzice, w wielu jej książkach da się odnaleźć niebanalny obraz transformacji ustrojowej („Prowadź swój pług przez kości umarłych”) i szerszą perspektywę polskiej historii („Prawiek”). Chciałoby się dodać, że trochę wstyd pisać rzeczy tak oczywiste.  W dodatku część głoszonych przez noblistkę poglądów jak walka z samowolą myśliwych – co utrwalił „Pokot”, ekranizacja autorstwa Holland – wydaje się podzielanych przez ogół Polaków. Czytelnicy w tym wypadku – a rzecz działa się jeszcze przed pandemią – zagłosowali nogami i masowo stawiając się na publiczne spotkania laureatki zawstydzili szukających dziury w całym oficjeli. Wtedy – rzec można – kulturę z łap polityków symbolicznie uwolnili jej odbiorcy, zwykli Polacy bez tytułów i stanowisk. Tokarczuk zaś konsekwentnie krytykuje władzę w Polsce za zagrożenia, jakie stwarza ona dla demokracji i swobód obywatelskich, ale siebie nie pozwala przypisać do żadnej partii. Nawet wychodząc ze spotkania z marszałkiem Senatu Tomaszem Grodzkim uniknęła doraźnych deklaracji. Swoją drogą Nobel dla Olgi Tokarczuk – radosna wiadomość last minute tuż przez zapadnięciem ciszy wyborczej – miał wpływ na wynik wyborów do Senatu, gdzie opozycja demokratyczna wystawiła przeciw rządzącym wspólnych kandydatów, ale już nie do Sejmu, o który walczyły partie. Innego niż „efekt Tokarczuk” uzasadnienia zaskakującej różnicy w wynikach wyborów do obu izb parlamentu nie znajduję, nie przewidziały jej badania opinii, nie są też jej w stanie uzasadnić socjologowie, bo poza nieoczekiwaną dobrą nowiną ze Sztokholmu w ostatnich dniach przed głosowaniem nie zaszło nic, co uzasadniałoby taki rozziew i odwrócenie dominującej tendencji. Ale pisarka nie jest winna, że inni jej bacznie słuchają. Trawestując rosyjski żart o Radiu Erywań rzec można, że my ją cenimy nie za to. Przez świat i potomnych Olga Tokarczuk będzie oceniana nie za meandry poglądów politycznych ale za literacką jakość „Ksiąg Jakubowych” czy „Biegunów”, odwrócenie tej proporcji przez rodzime kręgi opiniotwórcze pozostaje przejawem polskiego piekła, tego z którego jak najszybciej chciałby nas wyprowadzić Twardoch i zapewne inni twórcy, rozumiejący, że… już nie te czasy. Czas na uwolnienie kultury. Wyzwolenie jej od politycznych presji.

Ponad trzy dekady temu kultura uwolniła się przynajmniej od państwowego monopolu struktur nakazowo-rozdzielczych, ale faktyczne jego nadwerężenie nastąpiło wiele lat wcześniej za sprawą pisarza Kazimierza Orłosia, który pierwszy swoją powieść „Cudowna melina” opublikował (1973 r.) pod nazwiskiem w emigracyjnym wydawnictwie. Wkrótce powstał krajowy drugi obieg i ukształtował się podziwiany w świecie fenomen sojuszu wolnej kultury i „nielegalnej polityki”, że posłużę się tytułem książki Andrzeja Anusza opisującego syndrom powszechnej działalności opozycyjnej [7]. Podziwiano nas za to w świecie. Wychodziły piękne albumy „Art of Solidarity”, telewizje zachodnie chętnie nagrywały polskich pisarzy i filmowców.

Upolitycznienie kultury, prawem paradoksu, przetrwało jednak zmianę ustrojową.  Jego przejawem stosunkowo łagodnym była obfitość nazwisk luminarzy w komitetach poparcia kiedyś Unii Wolności, później Platformy Obywatelskiej – dużo groźniejszym zaś polityka kulturalna i „historyczna” PiS, przyznającego dotacje wyłącznie swoim. Do lektur szkolnych wprowadzono nie tylko wspomnianego już Wencla, ale również Jarosława Marka Rymkiewicza, autora rymowanek posmoleńskich o białych rękawiczkach Tuska oraz hołdowniczego wiersza do Jarosława Kaczyńskiego, w którym autor przebił w serwilizmie odę Jarosława Iwaszkiewicza do prezydenta Bolesława Bieruta.

Tymczasem jednak o Iwaszkiewiczu dowiadujemy się coraz więcej, choćby za sprawą niedawnej dwutomowej monografii Radosława Romaniuka. Podczas okupacji gościł w Stawisku polskie elity, ratował zagrożonych, wraz z żoną ukrywał Żydów przed Holocaustem. Po Powstaniu Warszawskim majątek pisarza stał się przytuliskiem dla tłumu uciekinierów. Przeżywali oni, jak opisuje Romaniuk „(..) rodzaj szoku, związanego ze stylem Stawiska, które usiłowało żyć trybem sprzed katastrof, traktując to jak element oporu i terapii jego gości oraz mieszkańców. Służba podawała obiady, serwowane na znakomitej porcelanie, ciasno zestawionej – tak, by do stołu mogła usiąść jak największa liczba biesiadników, choć i tak posiłek spożywano w kilku turach.    Główną potrawą była gotująca się już od rana zupa. (..) Jako danie drugie serwowano sałatkę z pomidorów lub zsiadłe mleko i kartofle”   [8]. Wszystko – przypomnijmy – na eleganckiej porcelanie. Zaś w PRL Iwaszkiewicz popierając władzę i prezesując oficjalnemu Związkowi  Literatów dyskretnie bronił pisarzy przed represjami. Od dawna zresztą wiedzieliśmy, że „Brzeziny” czy „Panien z Wilka” genialnych opowiadań rozsławionych również za sprawą ekranizacji Andrzeja Wajdy nie da się z kultury polskiej wykreślić. Podobnie jak nie znikną z niej nazwiska pisarzy, które odnaleziono w archiwach wśród tajnych współpracowników komunistycznych służb bezpieczeństwa. Obecność tam Włodzimierza Odojewskiego nie umniejszy rangi „Zasypie, wszystko zawieje”, powieści która pierwsza oddała sprawiedliwość ofiarom rzezi wołyńskiej ani nie przekreśli wartości „Milczących niepokonanych” – najlepszej książki o Katyniu.  Pomimo związków z wywiadem PRL emigrant Wiktor Trościanko pozostanie autorem wnikliwej powieści o młodej emigracji po Powstaniu Warszawskim „Nareszcie lata pokoju!” Czas oddzielić dzieło od twórcy, jeśli chcemy, by kultura znormalniała, nawet jeśli autor… pozostaje postacią tak odrażającą jak bohater „Życie jest gdzie indziej” Milana Kundery.

Chyba, że zadamy pytanie, po co w ogóle kultura potrzebna. Czy nie wystarczą Polskie Fundacje Narodowe, kupujące za pieniądze podatnika jachty, uziemione później z portach.

Przedsiębiorca i ekonomista Dariusz Grabowski chętnie przytacza francuskie porzekadło: – Po co nam interpunkcja? – Po to, żeby wiedzieć, z kim się ma do czynienia. Jak się wydaje można tę logikę rozszerzyć na kulturę jako całość.

Daje ona wiedzę przydatną w czasie pandemii, której nie pozyskamy w inernetowych przekazów ani 24-godzinnej telewizji. Kto zna „Antygonę w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego o tamtejszych bezdomnych albo jego „Polowanie na karaluchy” o emigrantach z ubogiej dzielnicy – bez  wyszukiwarki Google zrozumie dlaczego tyle zachorowań jest właśnie w Nowym Jorku, gdzie milion ludzi żyje na ulicy. Podobnie przyda się znajomość „Dżumy” Alberta Camusa w 60 lat po śmierci autora masowo kupowanej we Francji  czy nawet „Dekamerona” Boccaccia, którego dzieli od współczesności dystans dziesięciokrotnie dłuższy, także „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, chociaż  traktuje bardziej o sensie życia niż o sanatorium dla gruźlików.   

Rozumieją to zwyczajni ludzie, którzy – jak potwierdzają badania choćby Nielsena – w czas pandemii czytają więcej. Nie tylko dlatego, że mają więcej czasu, gdy odpadły – choć nie wszystkim- dojazdy do pracy. To wytłumaczenie zawodne. Bo przecież oprócz książek są jeszcze do wyboru gry komputerowe i telewizja. A dużą część nadprogramowego czasu pożerają: odkażanie rąk i zakupów, nakładanie rękawiczek, cała proza życia związana z pandemią. Nie o nadmiar wolnego więc chodzi. Czegoś szukamy, obyśmy znaleźli.                                             

[1] badanie Maison & Partners 3-7 kwietnia 2020
[2] sondaż CBOS i IQS z 23-27 kwietnia 2020
[3] Szczepan Twardoch. To gra pozorów. Onet.pl z 30 kwietnia 2020
[4] ibidem
[5] por. Sławomir Krempa. Czytamy nieco więcej… granice.pl z 23 kwietnia 2020
[6] badanie Ipsos, Kantar i PBS dla Biblioteki Narodowej 15-18 listopada 2019
[7] por. Andrzej Anusz. Nielegalna polityka. Akces, Warszawa 2019    
[8] por. Radosław Romaniuk. Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Iskry, Warszawa 2017, t. 2, s. 138

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 3.7 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here