Prawda czasu i prawda sondażu
Najnowsze badania opinii pokazują, że powołanie odrębnej formacji przez byłego pisowskiego premiera Mateusza Morawieckiego nie zmienia w rewolucyjny sposób obrazu polskiej polityki. Tworzenie przyszłego rządu przez obecną opozycję wciąż jawi się jako wariant najbardziej prawdopodobny, ale w sytuacji, kiedy do wyborów pozostał ponad rok – trudno przesądzać o ich wyniku. Tym bardziej, że socjologowie zastrzegają, że sondaż nie jest prognozą wyborczą, lecz fotografią nastrojów społecznych aktualną w momencie przeprowadzania badania.
Sondaż nie uwzględnia też zwykle ugrupowań nowych, które dopiero się pojawią, chyba, że ich powołanie okazuje się już pewne, jak miało to miejsce w wypadku formacji Morawieckiego, która zanim oficjalnie powstała – już była w badaniach mierzona. Co istotne, z sondaży przeprowadzonych pod koniec ubiegłego roku wynika niezbicie, że jedna trzecia Polaków gotowa jest poprzeć nową siłę polityczną, jeśli ta zostanie powołana na wybory w 2027 r [1]. Rozwój Plus Morawieckiego, teraz cieszący się raptem 7-procentowym poparciem z pewnością ich potrzeb nie zaspokaja, bo w tym gronie oczekujących na “swoją” partię znajdują się liczni rozczarowani wyborcy Koalicji 15 Października, a nie tylko dawni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości zrażeni jego nieskutecznością z 2023 roku, kiedy to PiS nie było w stanie władzy objąć, pomimo najlepszego rezultatu, z powodu braku partnerów chętnych do współrządzenia z nim. Z pewnością jednak Morawiecki znał przywoływany tu sondaż i zaważyło to na jego decyzji.
Nieoczekiwana zmiana miejsc czyli widmo pyrrusowego zwycięstwa
Gdyby wybory odbyły się już teraz, najlepszy wynik uzyskałaby w nich Koalicja Obywatelska – 29 proc, ale mogłoby to być zwycięstwo podobnie pyrrusowe jak tamto pisowskie z 2023 roku. Teraz Prawo i Sprawiedliwość liczyć może na poparcie 18 proc wyborców, Konfederacja Sławomira Mentzena – na głosy 11 proc z nas, a ta Korony Polskiej Grzegorza Brauna – na 10 proc rodaków. 7 proc z nas poparłoby Lewicę, tyle samo – Rozwój Plus Morawieckiego. Ciekawy okazuje się wynik Polskiego Stronnictwa Ludowego. Z sondażu można wnosić, że po raz pierwszy odkąd do Polski powróciły wybory demokratyczne – PSL nie wprowadziłoby do Sejmu ani jednego posła, bo takie byłyby konsekwencje odnotowanego w badaniu United Surveys wyniku 4,8 proc [2]. Tyle, że socjologowie są zgodni, że ludowcy pozostają przed każdymi wyborami partią w sondażach niedoszacowaną. Wynika to z faktu, że ankieterzy firm demoskopijnych rzadziej docierają na wieś, a wyborcy PSL pozostają wobec nich nieufni. Warto też przywołać przykład z 2019 roku, kiedy to w ostatniej chwili przed “ciszą” zabraniającą publikowania wyników badań “Gazeta Wyborcza” w wydaniu w piątek przed niedzielnym głosowaniem do Sejmu ogłosiła na pierwszej stronie sondażowy wynik, dający ludowcom 4 proc. Ten rzeczywisty przy urnach okazał się wtedy ponad dwa razy lepszy: 8,55 proc poparcia.
Po raz kolejny trzeba więc powtórzyć, że nic nie jest jeszcze przesądzone. Przynajmniej w kwestii, kto po wyborach z 2027 roku rządzić będzie Polską.
Z badania wynika oczywiście, że największe na to szanse mieć będzie nietrudna do wyobrażenia koalicja czterech ugrupowań: PiS, obu Konfederacji oraz Rozwoju Plus Morawieckiego. W sumie dysponowałaby większością, jaką dają 242 mandaty (odpowiednio: 108 posłów PiS, 56 od Mentzena, 49 od Brauna i 29 od Morawieckiego). Natomiast resztówka obecnie rządzącej Koalicji 15 Października (formacja Szymona Hołowni rozpadła się wcześniej, a o dylematach PSL była już mowa) może liczyć raptem na 218 posłów (187 z KO oraz 31 z Lewicy Włodzimierza Czarzastego), a to za mało, żeby rządzić.
Co do sondaży – warto zrobić poza już poczynionym, dwa kolejne zastrzeżenia. Po pierwsze – dopuszczalny błąd procentowy takich badań wynosi 2-3 proc. A podobne wahnięcie wystarczy, by całą już zarysowaną tu niby misterną arytmetykę przewrócić. Po drugie – w sondażach respondenci wybierają nazwy partii podobnie jak w restauracji potrawy z karty dań. Nie wypowiadają się na temat tego, czego ona nie zawiera. A na co mogą mieć rzeczywisty apetyt. Niczym niezamożny student, co przy kebabie u Turka na rogu i małej wodzie niegazowanej marzy sobie, bo mu przecież wolno, o krwistym befsztyku popijanym Chateauneuf-du-Pape, nalewanym przez eleganckiego kelnera.
Etos etosem, a rządzić dalej trzeba. Czyli “kto da więcej” zamiast wspólnej listy
Testowane mogą być teraz rozmaite warianty rozwoju sytuacji. Nawet zwykle tak pryncypialnie potępiająca Konfederację “Gazeta Wyborcza” w niedawnym artykule rozważa przecież możliwość koalicji KO z tą formacją, wychodząc zasadnie z założenia, że Sławomir Mentzen pójdzie z tym, kto da mu więcej. “Czy możliwy jest układ Konfederacji z KO? – Oczywiście. Mentzen by się nie wahał, gdyby dostał dobrą ofertę – słyszymy w Konfederacji” [3].
Nie o niego jednak wcale chodzi. Jeszcze niedawno podobne roztrząsania uchodziły w biurowcu na Czerskiej za herezję. Teraz jedyny profesjonalny dziennik prasowy w Polsce… wyraźnie na coś przygotowuje swoich czytelników. Dostrzegając słusznie, że niedawny dogmat o potrzebie jednej wspólnej listy obozu demokratycznego pod batutą Donalda Tuska – w oczywisty sposób prowadzić musi do sromotnej porażki. Już widzę tych konserwatywnych wyborców PSL w okręgu gdyńskim stawiających pokornie krzyżyk przy nazwisku “ministry” Barbary Nowackiej. Albo dawny elektorat świętokrzyskiego barona SLD Henryka Długosza w Kieleckim obstawiajacy teraz kandydaturę Romana Giertycha stamtąd właśnie… Odłóżmy lepiej żarty na bok. Chodzi o sprawy poważne. O to, kto ma rządzić Polską.
Karta dań może się zmienić, trudno uwierzyć, że nie pojawi się żadna już nowa inicjatywa poza ewidentnie pozbawioną świeżości ofertą byłego pisowskiego premiera Morawieckiego. Główni gracze obecnej sceny robią wszystko, żeby dalej dzielić tort między siebie, ale z czasem może przestać im się udawać blokowanie innych.
Kiedy blokada pęknie czyli warto Węgrów podpatrywać
Co za tym przemawia, że blokada pęknie? W tym momencie mamy do czynienia z rzadkim w polityce równoczesnym kryzysem obu dominujących w niej ugrupowań. W Koalicji Obywatelskiej wiąże się on z kolejnymi aferami (doktora Dawida Kacprzyka i beneficjentów powodziowych odszkodowań) oraz odczuwalnym brakiem sukcesów, którymi można by się pochwalić przed zwolennikami. A w Prawie i Sprawiedliwości z pierwszym tam od kilkunastu lat znaczącym rozłamem, nawet jeśli elementy “ustawki” on w sobie też zawiera.
Trudno uwierzyć, żeby nikt trzeci nie próbował z tego marazmu głównych graczy skorzystać. Trzecia Droga już nie istnieje, na Lewicy efekt Czarzastego, związany z objęciem przez niego funkcji marszałka Sejmu się wyczerpał. Tych, którzy spróbować mogą rzeczywistego “wejścia smoka” – bez oczywistych znamion “ustawki”, jakie promocji inicjatywy Morawieckiego towarzyszą – szukać trzeba raczej poza obecnym parlamentem. I raczej na pewno poza istniejącym rejestrem partii politycznych.
Przykład Węgier z zaskakującym zdobyciem konstytucyjnej większości przez TISZĘ Petera Magyara, a wcześniej Słowenii (chociaż tam karnawał symbolizowany przez kolejne wygrane Roberta Goloba już się skończył i do władzy dorwał się ponownie stary układ) dobitnie pokazuje, jak wiele może się zmienić w krótkim czasie. Tamtejsi zwycięzcy poradzili sobie w wyborach zarówno z konkurentami o zapędach autorytarnych, jak z nieudolnymi i od lat tymi samymi etatowymi obrońcami demokracji.
[1] sondaż SW Research dla Onetu z 25-26 listopada 2025
[2] badanie United Surveys by IBRIS dla Wirtualnej Polski z 7-9 sierpnia 2026
[3] Tomasz Nyczka. Konfederaci myślą o powyborczych scenariuszach. “Gazeta Wyborcza” z 10 sierpnia 2026