Mateusz Morawiecki pokazał, chociaż prawie dekadę na to czekaliśmy, że nie jest marionetką Jarosława Kaczyńskiego. Nie czyni go to jednak automatycznie pierwszym sprawiedliwym. Zwłaszcza dopóki trudno wykluczyć wariant, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Rozwój Plus do przyszłego Sejmu wejdą osobno, za to rządzić będą wspólnie.
Nie musi to oznaczać, że obecny spór prezesa PiS i polityka, którego kiedyś na premiera wyznaczył – pozostaje wyłącznie ustawką na użytek nie tyle całej opinii publicznej, co w miarę konserwatywnych wyborców, jeśli najogólniej rzecz ująć – tych, co w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich woleli Karola Nawrockiego od Rafała Trzaskowskiego. Przy urnach okazało się wtedy, że tworzą większość, o czym przypomnieć wypada.
Znamy żądzę władzy i cynizm obu antagonistów: tak Morawieckiego jak Kaczyńskiego. Nie musieli się nawet wcześniej na sygnalizowany spór i pozorny podział umawiać. Wystarczy, że po wyborach pojawi się możliwość współrządzenia. Żaden z nich się przed nią wzdragać nie będzie. Kaczyński zawarł już kiedyś koalicję z Samoobroną Andrzeja Leppera. A Morawiecki, choć tak dobrze wychowany, tolerował Jacka Kurskiego w roli prezesa TVP. Żaden z nich nie jest człowiekiem zasad. Za dobrze ich znamy.
Gdyby o przekonaniu dotychczasowego wyborcy “zjednoczonej prawicy” – ta nazwa własna kiedyś już prawie zleksykalizowana brzmi dziś jak szyderstwo – decydowały wyłącznie psychologia i reguły marketingu, pierwszą rundę wygrałby zdecydowanie Morawiecki. Jednak przywiązanie do szyldu PiS i osoby Kaczyńskiego jako zwycięzcy z 2005, 2015 i 2019 roku zdecydowanie przeważa nad tym, co określić można otoczką polityki. Nawet jeśli były premier sprawiał wrażenie szczerze zasmuconego rozpadem formacji w imieniu której przez sześć lat rządził Polską – wielu w ten sposób nie przekona. Podobnie piętnując “intrygantów” takich jak Jacek Sasin, Jacek Kurski czy Patryk Jaki – odwołuje się raczej do wytrawnych kibiców polityki niż tradycyjnych wyborców swojego ugrupowania, dla których liczą się raczej gromkie hasła niż personalia, nawet jeśli wymienieni oponenci do grona popularnych czy szanowanych wcale się nie zaliczają.
Morawiecki idzie własną drogą. Jego aktywa to dawni pisowscy ministrowie, na pewno lepsi od tych, co przy Kaczyńskim pozostali oraz 39 posłów. Szymon Szynkowski vel Sęk czy Marcin Horała różnią się na korzyść od Antoniego Macierewicza czy Przemysława Czarnka. Zaskoczenie stanowi też rozbrat z prezesem PiS partyjnego intelektualisty Ryszarda Terleckiego, za dobrych dla partii czasów przewodniczącego jej klubu parlamentarnego oraz wicemarszałka Sejmu.
Jako bardziej cywilizowana wersja PiS – nowa partia Morawieckiego powalczy o głosy wyborców konserwatywnych ale jednak szanujących praworządność i demokrację. Zbyt wykształconych i wymagających, żeby im odpowiadał przekaz Dariusza Mateckiego czy Jacka Ozdoby. Jak liczna to grupa, dopiero się okaże.
Morawiecki, wcześniej wprawdzie doradca premiera Donalda Tuska, ale jednak wielką polityczną karierę zawdzięczający prezesowi Kaczyńskiemu – nie dla wszystkich umiarkowanych stanie się z dnia na dzień wiarygodny, co wydaje się oczywiste. Zaś dla wielu dotychczas wskazujących PiS, pomimo faktu, że to jego z partii wyproszono – okaże się głównym winnym kolejnego rozłamu. Inicjatorzy poprzednich frond w PiS albo powracali w pokorze albo zanikli wraz ze swoimi alternatywnymi inicjatywami. Jednak żaden z nich nie był, jak Mateusz Morawiecki, wcześniej premierem przez sześć lat.
Słychać już dowcipne komentarze, że z jednym PiS-em polska demokracja miała tylko kłopot, za to z dwóch – samą radość. Zobaczymy.
