Rezultat referendum krakowskiego nie musi oznaczać początku końca rządów Koalicji 15 Października w kraju, bo głosowanie do samorządu rządzi się własnymi prawami. Przez lata przecież prezydentem w tym samym raczej konserwatywnym Krakowie pozostawał wywodzący się z PZPR, a nie tylko z SLD Jacek Majchrowski. Niedawny wynik radzę odczytywać całkiem dosłownie: włodarz miasta Aleksander Miszalski przegrał nie dlatego, że wywodzi się z Koalicji Obywatelskiej, tylko z tego powodu, że mieszkańców do siebie zraził.
Zadali sobie sporo trudu, by pójść i zagłosować w dodatkowym terminie pośrodku wyborczego kalendarza. Bo ich sprzeciw wzbudziło utrudnianie krakowianom dostępu do Starego Miasta i centrum, poczytywane też za faworyzowanie bogatych, co mają lepsze samochody. Ale przede wszystkim dopiekła im arogancja prezydenckiego aparatu.
Za pozostawieniem Miszalskiego na stanowisku zagłosowali ale tylko nogami, poprzez absencję (takie są reguły referendum ws. odwołania lokalnej władzy) Krakowianie zamieszkali w obrębie Plant czy Alei Trzech Wieszczów. Czyli Kraków tradycyjny po prostu. Zaskakuje natomiast, że na referendum, mające prezydenta odwołać, w miarę masowo poszli mieszkańcy nie tylko postindustrialnej Nowej Huty, ale także Prądnika, w sensie socjalnym – krakowskiego odpowiednika warszawskiej Białołęki, mam na myśli oczywiście nie tamtejsze więzienie tylko nie kończące się, gdy się na nie patrzy z oddali, deweloperskie osiedla, gdzie domy ma klasa średnia aspirująca i radząca sobie.
Już kiedyś w podobny sposób jak Krakowianie Miszalskiemu podziękowali przed upływem kadencji za współpracę mieszkańcy Łodzi Jerzemu Kropiwnickiemu zaś Częstochowy Tadeuszowi Wronie. Obu zasłużonym w ogólnopolskiej polityce, ale znanym z niefrasobliwego podejścia do opinii publicznej na własnym terenie.
Demokracja zwyciężyła w Krakowie, nie ma powodu, by się tym martwić. Zresztą po referendalnej porażce Miszalskiego faworytem do zwycięstwa w przedterminowych wyborach jego następcy nie pozostaje wcale żaden radykalny pisowiec, idący z hasłem, że im gorzej w Polsce Donalda Tuska tym lepiej – lecz Łukasz Gibała, siostrzeniec Jarosława Gowina i dawny poseł Ruchu Janusza Palikota, przedsiębiorczy rozgrywający, co o włos przed dwoma laty przegrał z Miszalskim. Zaś to, co stało się w Krakowie w ciepłą majową niedzielę. stanowić powinno lekcję pokory nie tylko dla koalicji rządzącej krajem, ale dla wszystkich polskich polityków. Oby ją jak najlepiej odrobili.