51 procent Polaków źle ocenia rząd Donalda Tuska. Chwali go zaledwie 29 procent z nas [1]. Oznacza to, że również część wyborców Koalicji Obywatelskiej i pozostałych, choć topniejących, elektoratów partii tworzących ten gabinet nie uważa, by sprawowanie władzy przez obecną ekipę przyniosło sukces.
Nie mamy do czynienia z nagłym spadkiem popularności rządu, lecz z tendencją od dawna rysującą się w badaniach opinii publicznej. Z pozornie bezdusznego korowodu cyfr przebija głębokie rozczarowanie stanem realizacji obietnic, poczynionych przed 15 października 2023 r Z entuzjazmu, łączonego z tą datą, pozostało niewiele. Nie oznacza to jednak wcale, że Polacy chcieliby powrotu do stanu, jaki poprzedzał ówczesny demokratyczny zryw obywatelski, kiedy na wybory poszło 74 proc z nas.
Przy tym rząd Tuska zachowuje stabilną większość w Sejmie. Dopiero co udało mu się obronić, w dwóch osobnych tam głosowaniach, minister zdrowia Joannę Sobierańską- Grendę oraz klimatu i środowiska Paulinę Hennig-Kloskę. Zwłaszcza o wynik tej drugiej próby sił mocno się obawiano z powodu rozłamu w dawnej formacji Szymona Hołowni. Jednak ostatecznie resztówka Polski 2050, wbrew groźbom, że może się zdarzyć inaczej, poza jednym posłem Bartoszem Romowiczem wsparła panią minister z klubu Centrum, który oderwał się od kierowanej teraz przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz Polski 2050. Rezultat obu głosowań nad votum nieufności trudno jednak za wielki sukces uznać, skoro naturalne w polityce okazuje się, że rządzący bronią własnych ministrów i są w stanie władzę sprawować, dopóki to czynią skutecznie.
Na pewno dwukrotna wygrana sprawującej władzę koalicji w sali obrad Sejmu nie wywoła euforii w opinii publicznej. Rządzący potwierdzili, że mają większość w parlamencie, ale nie przekłada się to na poparcie w sondażach. Poświadczają one, że milcząca większość (bo brak przecież protestów społecznych) obywateli odrzuca rząd Tuska.
W dodatku, co szczególnie dotkliwe, nie brak wśród jego krytyków wciąż aktualnych wyborców partii Koalicji 15 Października. Sama arytmetyka pokazuje nieubłaganie, jak wielu z nich rządu Tuska nie poważa. Poparcia dla formacji go tworzących jednak nie cofają. Dlaczego? Możliwe uzasadnienia są dwa: liczą na poprawę lub obawiają się powrotu do władzy PiS. Obie motywacje okażą się jednak zbyt wątłe, żeby przy urnach obecną większość prolongować. Zdecydowana większość badań wróży, że od jesieni 2027 r. Polską rządzić będzie znowu, jak w latach 2015-23 Prawo i Sprawiedliwość, chociaż tym razem już nie samodzielnie, lecz w koalicji z obu Konfederacjami: Sławomira Mentzena oraz Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Oczywiście socjologowie zastrzegają, że sondaż nie stanowi prognozy wyborczej, lecz wyłącznie pozostaje fotografią poparcia społecznego, oddającą sytuację w momencie, w którym jest przeprowadzany. Nie ma więc co odnosić się do tych badań fatalistycznie. Nie przesądzają jeszcze o niczym.
Sondaże i arytmetyka, czyli z tym się nie dyskutuje
Powinny jednak rządzących zaniepokoić – i to z paru względów. Po pierwsze suma poparcia dla wszystkich partii tworzących obecną koalicję rządzącą (44 proc) nie przekłada się na dobre oceny rządu Tuska: tych bowiem, o czym była już mowa – mamy zaledwie 29 proc.
Oznacza to, że dwie trzecie wiernych zwolenników partii Koalicji 15 Października rządu Tuska nie akceptuje.
Obawy powinny wzbudzić również wysokie oceny prezydenta Karola Nawrockiego: 48 proc z nas uznaje, że dobrze sprawuje on swoją funkcję. Zwolenników ma prawie dwa razy więcej, niż PiS, z którego się wywodzi.
Pesymistycznie dla obecnej władzy kształtują się także notowania poparcia dla partii politycznych. Wprawdzie na Koalicję Obywatelską zagłosowałoby 34 proc z nas, ale byłaby to jedyna partia obecnego sojuszu rządowego z zagwarantowanym miejscem w przyszłym Sejmie. Weszłyby do niego natomiast: Prawo i Sprawiedliwość z 25 proc poparcia, Konfederacja z 12 proc, Korona – 9 proc, a nawet wciąż jeszcze pozostająca tylko projektem politycznym partia Mateusza Morawieckiego z poparciem 6 proc obywateli. Za to w przyszłym Sejmie nie miałyby już ani jednego posła: Lewica. Polskie Stronnictwo Ludowe ani dawna formacja Hołowni [2].
W sytuacji, w której decyzje samych wyborców pozbawią Tuska koalicjantów, jedyny realny układ rządowy stworzyć mogą PiS (159 posłów) i obe Konfederacje: Mentzena (60 mandatów) i Brauna (34 posłów), co w sumie daje pewną większość: 253 na 460. Chociaż rząd przez te ugrupowania wyłoniony zgodnym się raczej nie okaże. Natomiast z niepodobieństwem graniczy próba zbudowania podobnej koalicji, ale w wersji “soft”: z partią Morawieckiego (12 mandatów) zamiast Brauna. Ten sojusz rządowy oparłby się bowiem na przewadze… dokładnie jednego głosu. Takich koalicji się po prostu nie zawiązuje, skoro wiadomo, że nie przetrwają. Realna polityka na to nie pozwala.
Natomiast KO (207 posłów), pozbawiona dotychczasowych sojuszników, nie miałaby większości nawet z partią Morawieckiego (12 posłów). Wprawdzie arytmetycznie może na nią liczyć z Konfederacją, ale taki układ rządowy można między bajki włożyć. Po pierwsze Tusk pozostaje zakładnikiem własnego zaplecza medialnego, a wiadomo jak luminarze TVN czy “Gazety Wyborczej” zareagowaliby na koalicję z Mentzenem. Po drugie – sam Sławomir Mentzen podobnie jak drugi lider Krzysztof Bosak wiedzą doskonale, że więcej niż od Tuska uzyskają od prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Ten, byle tylko władzę sprawować, gotów jest oddać im wszystkie resorty gospodarcze. A dla polityków Konfederacji, inaczej niż dla jej wyborców, liczą się zyski i frukta, a nie idee.
Dla obecnej ekipy realnym scenariuszem, żeby się u władzy utrzymać również po wyborach, pozostaje więc odwrócenie sondażowych tendencji, na razie nie miażdżących przecież i dalekich od petryfikacji. Żeby jednak stało się to możliwe – trzeba zacząć krajem rządzić, a nie tylko nim administrować. Podobnie jak na Węgrzech, o wyniku wyborów zdecydować może podejście partii do problemów zwykłych ludzi.
Nie zalicza się do nich na pewno, nawet jeśli pominąć słynny lot kosmonauty, męża posłanki KO, z czego żartuje nawet partyjny aparat, sytuacja w Trybunale Konstytucyjnym – zresztą po zaprzysiężeniu w Sejmie zamiast u prezydenta nowych sędziów pozostająca bez zmian – ani kwestia edukacji seksualnej w programach szkolnych. Ani igrzyska takie jak pokazowe rozliczanie pionków poprzedniej ekipy przy równoczesnej bezradności wobec skandalu z Zondacrypto, w jaki uwikłał Polski Komitet Olimpijski jego pisowski prezes i protegowany b. wicepremiera Jacka Sasina – Radosław Piesiewicz.
Pizza z Jagodna i skumbrie w tomacie, czyli… wszystko w temacie
Przez dwa i pół roku sprawowania władzy ekipa Donalda Tuska odnosiła także sukcesy, ale okazały się one nie tyle sporadyczne, co połowiczne.
Zwycięstwem na samym początku stało się udane przejęcie sygnału TVP i wygonienie stamtąd nominatów Jacka Kurskiego. W ślad za tym nie poszła jednak rzeczywista odnowa telewizji publicznej.
Uwolniony został niestrudzony bojownik o prawa rodaków na Białorusi Andrzej Poczobut, ale nastąpiło to dopiero w toku drugiej wymiany więźniów, a w dodatku Nawrocki próbuje przypisać sobie zasługę za powodzenie tej humanitarnej operacji.
Rządowe decyzje dotyczące obniżenia akcyzy i VAT na paliwo oraz wprowadzenia maksymalnych cen benzyny i oleju napędowego ulżyły sytuacji obywateli i zapobiegły inflacji podobnej jak za rządów PiS. Ludzie przedsiębiorczy jednak zapamiętali obecnej władzy mitręgę związaną z wprowadzeniem KSeF – pisowskiego pomysłu wdrożonego przez ekipę KO. Klienci tak marketów, jak osiedlowych Żabell skarżą się na uciążliwość systemu kaucyjnego, objawiającą się plagą tłoczących się tam w celu oddania butelek lumpów – głównych beneficjentów rozwiązania, przyjętego przez nieroztropnych urzędników. Obsługa sklepów nie ma gdzie opakowań magazynować i nie wie, jak pozbyć się odstraszającego normalnych klientów smrodu po ich zbieraczach. W sytuacji gdy – jak głosi znane powiedzenie – rodacy dzielą się na dwie partie, ale Lidla i Biedronki a nie Kaczyńskiego i Tuska – nie da się podobnych doświadczeń lekceważyć. Rzutują one czasem bezpośrednio na nasze zachowania przy urnach wyborczych.
Niezapomniana pizza z nocy wyborczej na wrocławskim Jagodnie dawno wystygła. Teraz ten, kto ją dostarczał, męczyć się musi z uciążliwościami KSeF. I wcale przy tym dobrze o rządzących nie mówi.
– Chcieliście Polski, no to ją macie – wskazywał ironicznie, choć w zupełnie innej sytuacji, autor wewnętrzny wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego “Skumbrie w tomacie”, opowiadającego o przewrocie, a nie triumfie demokracji [3]. Do tej ostatniej Polacy się na pewno nie zrazili, o czym świadczy stabilne dla niej poparcie we wszystkich badaniach opinii (ok. 80 proc). Jeśli coś się zmieniło po 15 października 2023 r. – to nie skala wartości Polaków. Wzrost sceptycyzmu zaś stanowi efekt działań polityków, a nie zwyczajnych obywateli. Teraz gromkie deklaracje nie wystarczą. Rządzącym więc pozostaje robić swoje, zanim poddadzą się ocenie społeczeństwa. Nie muszą zawierać od nowa umowy z rządzonymi, wystarczy zacząć wprowadzać w życie to, co obiecano przed tą historyczną datą. Z uwzględnieniem oczywiście wszystkiego, co się już po niej zdarzyło, a wyzwań przez ten czas przybyło a nie ubywało. Od dronów ze wschodu na polskim niebie po gospodarcze następstwa kolejnej wojny w Zatoce Perskiej.
[1] sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej z 16-27 kwietnia 2026
[2] ibidem
[3] Konstanty Ildefons Gałczyński. Skumbrie w tomacie. “Prosto z mostu” 1936 nr 10