Człowiek z głową psa ze zdjęcia autorstwa Elliotta Erwitta nie okazuje się wcale fotomontażem. Przy bliższym przyjrzeniu się zauważymy, że bohater fotografii trzyma swojego ulubieńca w taki sposób, że głowa buldoga zakrywa jego własną. To pozór tylko: w sztuce Erwitta nic nie jest bowiem od człowieka ważniejsze.
Nieustanne zadziwienie światem, jego bogactwem i rozmaitością, permanentne odkrywanie wszelkich możliwych sensów tego, co widzimy – tkwią u podstaw aktywności artysty. Żył 95 lat, a czasu nie marnował.
Decyzję zorganizowania wystawy Erwitta akurat w Warszawie również nietrudno uzasadnić: urodzony w Europie, do dziesiątego roku życia mieszkający we Francji, skąd rodzice przeczuwający nazistowską zawieruchę uszli w 1938 r. do Ameryki, artysta rozumiał kulturę naszego kontynentu, w której się wychował (rodzina miała rosyjskie i żydowskie korzenie) i dwukrotnie, w gomułkowskich jeszcze czasach, kiedy światowi twórcy rzadko u nas bywali, odwiedzał Polskę. Oczywiście nie odkładając aparatu fotograficznego. Powstało wtedy zdjęcie dzieciaków, obsiadających czołg – nie na poligonie przecież, ale na rynku polskiego miasteczka. Po wojnie w Polsce powszechnie ustawiano takie pomniki zwycięstwa.
Erwitt, w odpowiedniej chwili naciskając migawkę – pokazał, jak kolejne już pokolenie niespodziewanie ten złom ożywia. Pancerz czołgu, z pozoru do niczego nieprzydatnego, okazuje się wymarzonym miejscem do zabawy dla tych, co zapewne nigdy nie pojadą do Ameryki, skąd wtedy przyjechał Erwitt i nie zobaczą Disneylandu. A rollercoaster pozostanie dla nich tylko niezrozumiałym obcym słowem.
W podróży po Polsce czasów Władysława Gomułki zafrapowały artystę również bieda-domki na bałtyckim wybrzeżu, z jednym małym okienkiem każdy, pełniące funkcję campingu. I spowiedź odbywana przez pielgrzymów na Jasnej Górze.
Dla łapiącego i utrwalającego wszelkie ulotne wrażenia, które okazują się tego warte, twórcy – są to tematy tak samo ważne jak przyjęcie Richarda Nixona, wtedy jeszcze tylko wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych na Kremlu przez jego gospodarza Nikitę S. Chruszczowa. Erwitt uchwycił moment, gdy amerykański gość wskazuje palcem na klapę marynarki sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Możemy tylko odgadywać, co zwróciło uwagę Nixona: znaczek z partyjnym emblematem czy jakimś innym symbolem. Polityk wykazuje się prze moment ciekawością, podobną jaką autor zdjęcia przejawia zawsze. I dlatego stanie się jego bohaterem. Kto twierdzi, że z oficjalnego spotkania nie da się nic wyciągnąć w sferze wizualnej – powinien starannie się efektowi pracy Erwitta przyjrzeć. Rzut oka wystarczy, by ocenić, że jest inaczej.
Pozostajemy przy tym w przekonaniu, że dla artysty wcale nie jest najważniejsze, czy uwiecznia Johna Kennedy’ego czy Fidela Castro, Marylin Monroe czy pielgrzymów u celu ich wędrówki – lecz uchwycenie kadru, który skłoni nas do zastanowienia nad bogactwem świata i jego wieloznacznością. Obiegowa opinia głosi, że wyjątkowo chętnie Elliott Erwitt fotografował psy. Ale na niejednym z przedstawiających czworonogi fotogramów ważniejsze od ich urody i niepowtarzalności okazują się buty ich panów: znoszone albo sprawiające wrażenie przyciasnych. Artysta realistyczny i skupiony na człowieku nie zrobił ani jednej takiej fotografii, która dałaby się interpretować w jedyny tylko sposób. Wieloznaczność stanowi efekt zarówno artystycznej postawy Erwitta, jak jego biografii wygnanego za młodu globtrottera, który poznając kolejno rozmaite kultury, do każdej odnosił się z szacunkiem i starał się utrwalić ją jak najlepiej.
Wystawa prac Elliotta Erwitta, Dom Spotkań z Historią, Warszawa ul. Karowa 20, ekspozycja czynna do 20 września 2026 r.