Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty zapowiedział działania, których efektem ma być ograniczenie kwoty, jaką z pieniędzy podatnika pobiera korzystający z azylu politycznego na Węgrzech, więc nie wypełniający obowiązków poselskich Zbigniew Ziobro, do nieco powyżej 1300 złotych miesięcznie.
Marszałek ma sprawnych doradców od komunikacji społecznej, zna się na niej również szef sejmowej kancelarii Marek Siwiec – ale tym razem bez wdawania się w złośliwości dotyczące sztuki marketingu wszczętą wobec byłego ministra sprawiedliwości procedurę uznać wypada za zdroworozsądkową. Skoro w Sejmie nie pracuje, wynagrodzenie obniży się mu do minimalnego poziomu, na jaki przepisy pozwalają.
To zarazem pierwszy od chwili potwierdzenia azylu dla Ziobry na Węgrzech nowy fakt, dotyczący jego statusu. Chociaż media, nie tylko głównego nurtu, dosłownie codziennie zajmują się byłym ministrem sprawiedliwości.
Co prawda wcześniej azyl na Węgrzech uzyskał od ekipy Viktora Orbana Marcin Romanowski, ale to tylko dawny zastępca Ziobry w resorcie, przez opinię publiczną rozpoznawalny i to w ograniczonym stopniu dopiero od momentu, gdy pojawiła się kwestia sankcji za nadużycia w Funduszu Sprawiedliwości. Środki z niego – faktycznie odebrane ofiarom przestępstw, dla których były przeznaczone – dzielono tak, by zaspokoić potrzeby dwóch partii: kanapowej Solidarnej a potem Suwerennej Polski oraz Prawa i Sprawiedliwości.
Ziobro to jednak co innego. Przez całe dziesięciolecie rządów PiS w kraju (2005-7 oraz 2015-23) sprawował nieprzerwanie funkcję ministra sprawiedliwości.
Gdy został oskarżony, teoretycznie mógł trafić do aresztu i więzienia. Zostać męczennikiem. Ziobro za kratami w Polsce stanowiłby argument na rzecz narracji pisowskiej, że rządzi tu “koalicja 13 grudnia” (wtedy rzeczywiście rząd Donalda Tuska zaprzysiągł w 2023 r. złośliwie cyrklujący w tę datę prezydent Andrzej Duda) i panuje “demokracja warcząca” – to określenie stanowi trawestację słów samego premiera, co niezbyt fortunnie o demokracji walczącej wspominał w gmachu Senatu na spotkaniu z prawnikami.
Ziobro jednak na martyrologię własną nie miał ochoty. Ucieczka na Węgry zraziła do niego wielu dotychczasowych zwolenników, czego przykładem pozostają drwiny kibiców, zobrazowane na ich transparentach. Wcześniej stadionowa publiczność zwykle trzymała bardziej z PiS niż z Koalicją Obywatelską.
Pozujący kiedyś na Katona Ziobro, przywołujący jako patronów włoskich sędziów i prokuratorów (pisałem o tym już przed dwudziestu laty w książce “Uwaga, idą wyborcy”), uchodząc na Węgry w sposób oczywisty sprzeniewierzył się deklarowanym przez siebie publicznie zasadom. Jedyną poważną przesłanką tej decyzji pozostaje stan zdrowia. Jak wiemy od lat walczy z chorobą nowotworową. Kpiny z tego wątku odradzam, bo oznaczają zejście na poziom tych, co utrzymują, że za rządów KO Ziobro nie przeżyłby w więzieniu, gdyby do niego trafił. Nie ma potrzeby wzmacniania poziomu zdziczenia w życiu publicznym poprzez robienie z b. ministra sprawiedliwości symulanta, chociaż znam takich, co w korytarzowych rozmowach i tego próbują. Jego statusu ani losu to jednak nie zmieni.
Ta opowieść się nie kończy, warto jednak pamiętać, że nie staje się burleską. Nie tylko ze względu na raka, z którym Ziobro na razie wygrał, z czego normalny człowiek się cieszy. Sprowadzanie odpowiedzialności Ziobry do kpin okaże się jednak nieuczciwe z innego jeszcze powodu. W powszechnej opinii tych, co znają sprawę, były minister sprawiedliwości ma na rękach krew Barbary Blidy. Dawna wieloletnia posłanka zginęła, kiedy do jej domu o świcie wkroczyły podległe PiS służby. Pamiętamy, co powiedział na ten temat znakomity reżyser Kazimierz Kutz. I co ustalili autorzy przejmującego filmu “Wszystkie ręce umyte” Piotr Pytlakowski i Sławomir Latkowski.
Nieważne, że akurat nie o spowodowanie śmierci Blidy jest Ziobro teraz oskarżony. Nawet, jeśli część szczegółów jego wygnańczego losu prezentuje się zgoła komediowo – w grę wchodzą poważne sprawy. Odpowiedzialności karnej polityków sprawujących władzę w państwie. I życia i śmierci, po prostu. Nikt się nie będzie śmiał, powtórzyć w tym wypadku warto za wybitnym czeskim pisarzem Milanem Kunderą.