Teraz brakuje takich polityków

0
91

Wspomnienie o Macieju Płażyńskim (1958-2010)

Był pierwszym z marszałków Sejmu, który w odrodzonej polskiej demokracji sprawował tę godność przez pełną kadencję (1997-2001), również wówczas, gdy rozstał się z ugrupowaniem, które go na stanowisko rekomendowało. Zakładał partię obecnie rządzącą, chociaż wyobrażał ją sobie inaczej, niż działa teraz. 

Przed szesnastu laty 10 kwietnia 2010 r. Maciej Płażyński nie wrócił z delegacji do Smoleńska.

  Chlebodawca dwóch premierów 

Najpierw jako opozycjonista w PRL i dawny przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów Uniwersytetu Gdańskiego  prezesował spółdzielni pracy usług wysokościowych Świetlik, co wykorzystując taternickie zamiłowania ówczesnych środowisk niezależnych od 1983 roku dawała środki utrzymania niepokornym, którzy na zatrudnienie w sektorze państwowym nie mieli co liczyć. Wśród tych, którym w ten sposób zapewnił chleb prezes Świetlika Maciej Płażyński, znaleźli się: młody historyk Donald Tusk, Jan Krzysztof Bielecki co już w nowej Polsce wcześniej od Tuska został premierem, a także Jerzy Borowczak, który w Sierpniu 1980 r. rozpoczął strajk w Stoczni Gdańskiej, zanim jego kierownictwo przejął Lech Wałęsa. Również współautor kultowej wydanej w podziemiu dokumentalnej “Konspiry” o podziemnej Solidarności Mariusz Wilk i literat Paweł Huelle, który w Sierpniu 1980 przed bramą strajkującej Stoczni wraz z Tuskiem i paroma innymi osobami ogłaszał zamiar powołania wolnej organizacji studenckiej: nazwą NZS wówczas jeszcze się nie posługiwano. 

Opozycjoniści malowali wtedy kominy m.in. Rafinerii Gdańskiej i myli szyby w biurowcach. Nazwa wzięła się wcale nie od owada świętojańskiego, lecz od świetlika dachowego. Firma działała tak prężnie, że zysków poza wynagrodzeniami starczyło na wydawany poza zasięgiem cenzury “Przegląd Polityczny”, ukazujący się zresztą i dziś: pod względem trwałości marki ustępuje tylko “Opinii”, KPN-owskiej a teraz redagowanej w kręgu Instytutu Andrzeja Ostoi-Owsianego.

Z czasem Świetlik rozszerzył działalność na prace remontowe i projektowe, a nawet podwodne. Jego środowisko, gdy już stało się to możliwe, zakładało również spółki. 

A obeznanie z realiami gospodarki, ściślej jej w miarę wolnej enklawy w socjalizmie, uosabianej wtedy poza spółdzielczością przez firmy polonijne nierzadko prowadzone przez ekonomistów z tytułami naukowymi, przydało się późniejszym politykom w wolnej Polsce. 

Maciej Płażyński, powołany na wojewodę gdańskiego przez Tadeusza Mazowieckiego, przetrwał na tym stanowisku sześć lat. Okazał się za rządów postkomunistów ostatnim nie z ich ekipy podobną funkcję pełniącym, a jego odwołanie w 1996 r. stało się powodem protestów mieszkańców Trójmiasta, organizowanych m.in. przez Pawła Adamowicza. Pod Dworem Artusa zeszło się wtedy kilka tysięcy osób. W rok później w wyborach do Sejmu to właśnie Płażyński zdobył najlepszy indywidualny wynik w całej Polsce – 125 tys. głosów w macierzystym okręgu gdańskim, co w oczywisty sposób uczyniło go kandydatem na marszałka. Zwłaszcza, że nominowany na premiera Jerzy Buzek uzyskał niespełna 1500 głosów w okręgu gliwickim i do Sejmu dostał się z listy krajowej. Płażyński miał za sobą masowe poparcie, w sumie w wyborach startował kolejno cztery razy i zawsze zdobywał mandat, co nie wynikało z przypadku. A sukces wcale nie zmienił go na niekorzyść, jak zdarzało się to wielu zwycięzcom. 

Pozostawał człowiekiem zasad

Wielokrotnie dał się poznać jako człowiek zasad, których się trzymał, nawet kosztem własnej kariery. Nie dał się namówić na kandydowanie na prezydenta w 2000 r, ponieważ musiałby wówczas walczyć o głosy z przewodniczącym Akcji Wyborczej Solidarność Marianem Krzaklewskim, który poprzednio wskazał go na stanowisko marszałka. Z drugiej strony, o ile Jerzy Buzek irytował się, gdy spekulowano, że wystartuje przeciw Krzaklewskiemu, Płażyński tylko dobrotliwie temu zaprzeczał. A lider AWS i tak wtedy przegrał nie tylko z Aleksandrem Kwaśniewskim, ale i z Andrzejem Olechowskim. 

Z drugim z nich Płażyński zakładał wkrótce nową partię: Platformę Obywatelską, trzecim w triumwiracie został Donald Tusk, ówczesny wicemarszałek Senatu. Marszałkiem Sejmu Płażyński pozostał, inaczej niż kadencję później Marek Borowski po założeniu konkurencyjnej partii (Socjaldemokracji Polskiej) natychmiast odwołany przez swoich z SLD, a jego następcami zostali kolejno: po raz wtóry na tym stanowisku Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz. 

Macieja Płażyńskiego nie usunięto z funkcji nie z tego powodu, że Sejm był już wtedy podzielony i trudno było zebrać jakąkolwiek większość  – tylko dlatego, że szanowano go za podejście do posłów i sposób prowadzenia obrad. Gorzej ułożyły się jego losy w formacji, którą zakładał.  

W trakcie kolejnej kadencji, kiedy PO – przyszła Koalicja Obywatelska – pozostawała główną siłą opozycji, a rządzili postkomuniści, najpierw z ludowcami, potem samodzielnie – Tusk stopniowo pozbył się współliderów.  W tym stojącego początkowo na czele partii i klubu PO byłego marszałka. Poróżniła ich wizja Platformy, w której Płażyński widział szansę budowy szerokiego ruchu obywatelskiego i społecznego, a Tusk wyłącznie swoją kolejną po Kongresie Liberalno-Demokratycznym i Unii Wolności partię, instrument walki o władzę. Z formalnego punktu widzenia Płażyński odszedł sam, ale nastąpiło to z chwilą, gdy nie widział już możliwości pożądanego rozwoju formacji, którą zakładał.

Do kandydowania na prezydenta z poparciem m.in. środowisk samorządowych przymierzał się w 2010 r., planom tym położyła kres misja do Smoleńska. 

Zadbał o środki z Unii, zanim Polska do niej przystąpiła

Uznanie gospodarzy lokalnych Małych Ojczyzn zdobył sobie skutecznie forsując najtrudniejszą, ale też jedyną udaną ze wszystkich reform pierwszej dekady transformacji ustrojowej – administracyjno-samorządową. To za czasów, kiedy Płażyński był marszałkiem mozolnie i kosztem wielu misternych kompromisów, niekiedy zawieranych w trakcie nocnych rozmów, nakreślono nową mapę Polski z 16 województwami zamiast 49 oraz przywróconymi powiatami (w liczbie 380), które niemal ćwierć wieku wcześniej zlikwidował  Edward Gierek. 

Zarówno nowe większe województwa jak odrodzone powiaty dostały liczne uprawnienia, których wykorzystanie sprawiło, że samorządy były później oceniane w badaniach opinii, co nie zmieniło się do dzisiaj, jako władza nie tylko najbliższa zwykłym ludziom, ale i najsprawniej funkcjonująca. Podział administracyjny tworzono w taki sposób, aby ułatwić nowym regionom pozyskiwanie w przyszłości środków pomocowych, chociaż Polska wtedy dopiero starała się o przyjęcie do Unii Europejskiej. Rozwiązania skuteczne po sześciu latach (reforma to rok 1998, akcesja – 2004)  pokazują dalekowzroczność reformatorskich planów. 

Uchwalanie reformy samorządowej pokazało negocjacyjne talenty Płażyńskiego, a o kompromis nie było łatwo. Rozbieżności rysowały się między współrządzącymi koalicjantami z Akcji Wyborczej Solidarność i UW. Unia Wolności przedstawiała się jako “partia samorządowa” najlepiej znająca się na rzeczy i zmierzała do utworzenia mniejszej liczby województw jako silnych regionów, ale koniecznie z Opolskiem ze względów międzynarodowych. Za to AWS kładła nacisk na zachowanie unitarności i obawiała federalizmu czy wręcz “landyzacji” kraju. Wielu jej posłów broniło niektórych likwidowanych województw gierkowskich, zwłaszcza dotychczasowego statusu Częstochowy czy Radomia, nie chcąc narazić się własnym wyborcom, obawiających się degradacji swoich ośrodków.. Z kolei prezydent Aleksander Kwaśniewski zawetował pierwotny przyjęty przez rząd Jerzego Buzka i parlament projekt z 15 województwami, kierując się stanowiskiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z którego się wywodził. 

Ostateczny kształt reformy ustalono w znacznej mierze w gabinecie marszałka. Do listy województw dopisano szesnaste – świętokrzyskie ze stolicą w Kielcach. Prezydent i SLD zrezygnowali natomiast z forsowania siedemnastego – środkowo-pomorskiego z siedzibą w Koszalinie i Słupsku. Kwaśniewski podpisał w końcu wariant z 16 województwami. Dwa z nich, aby zapobiec antagonizmom regionalnym miały podwójne stolice: kujawsko-pomorskie z siedzibą wojewody w Bydgoszczy i sejmiku w Toruniu oraz lubuskie odpowiednio z wojewodą w Gorzowie a sejmikiem w Zielonej Górze. 

Misterna to układanka. A jednak obowiązuje do dzisiaj, bez zmian. Dłużej niż poprzedni podział gierkowski (1975-98). Niedawny plan rozbioru Mazowsza przez Prawo i Sprawiedliwość, jak nazwano wydzielenie z tego regionu Warszawy jako osobnego województwa miejskiego, spotkał się z takim oporem samorządowców i samych mieszkańców, że poprzednio rządząca Polską ekipa z projektu zrezygnowała, wystraszona skalą protestów społecznych.

W nowej dla niego roli marszałka Płażyński uczył się błyskawicznie. Otoczył się doradcami spoza macierzystego środowiska, znaleźli się wśród nich renomowany dziennikarz telewizyjny Grzegorz Miecugow i dawna rzeczniczka służb specjalnych demokratycznego państwa Irena Popoff. Zaproszenie ich obojga do współpracy wiele mówi o sposobie pojmowania realnej polityki przez marszałka. Jego gabinet stał się centrum jej uprawiania. Niejeden tekst dla “Życia”, jeszcze pod redakcją charyzmatycznego Tomasza Wołka a nie nieudacznika Pawła Fąfary, napisałem przed przedyktowaniem przez telefon komórkowy… na parapecie okna naprzeciw marszałkowskich drzwi, bo ruszać się stamtąd nie było po co, skoro kolejny wychodzący od Płażyńskiego gość mógł dorzucić coś istotnego do relacjonowanego właśnie tematu. Marszałkowi nie przyszło zaś do głowy, by jak to czynili następcy, nas dziennikarzy stamtąd przepędzać, końcówkę korytarza odgrodzić sukienną płachtą albo dla odmiany na godzinę przed spotkaniem usiąść przy stolikach zaprzyjaźnionych żurnalistów, zgrywać swojego chłopa i próbować tym samym choćby podprogowo wpłynąć na ich przekazy. Płażyński nie nadymał się ani nie handryczył, ale potrafił zachować majestat urzędu. Ułatwiało mu to mediowanie w sporach i stawanie jeśli trzeba ponad podziałami: na pewno na postkomunistach za niedawne odwołanie z funkcji wojewody się nie odgrywał.  Również o prezydencie Kwaśniewskim, inaczej niż Janusz Pałubicki, wyrażał się z szacunkiem.      

Sejm antraktowy… co ustawom nie szkodziło

Maciej Płażyński pozostawał mistrzem w sztuce godzenia sprzecznych z pozoru racji. Oddaje to nawet jego przydomek “Maciej Przerwa Płażyński” przez analogię do poety Kazimierza Tetmajera.  I fakt, że Sejm za jego marszałkowskiej kadencji nazywano z przekąsem “antraktowym”. Rzeczywiście, gdy pojawiał się impas w pracy Izby, Płażyński ogłaszał przerwę i wspólnie poszukiwano najlepszego rozwiązania, aż do skutku. Zapobiegało to gorszącym scenom na mównicy i sali obrad, z jakich dały się poznać późniejsze kadencje. Maciej Płażyński okazał się ostatnim marszałkiem, którego interesowało przekonywanie oponentów, a nie tylko ich przegłosowanie. Kiedy zaś jego obozowi zdarzyło się głosowania przegrywać – nie wnosił o ich reasumpcję, jak późniejsza pisowska marszałek Elżbieta Witek, która wprawdzie pobiła rekord Płażyńskiego jeśli chodzi o czas zasiadania w tym fotelu, ale w odróżnieniu od niego – do historii nie przeszła. 

Pozostaje jednak niewątpliwie Maciej Płażyński postacią tragiczną nie tylko z powodu śmierci w katastrofie smoleńskiej. Nie zbudował trwałej formacji. Nie znajdował naśladowców. Stopniowo, z upływem lat i biegiem kadencji, malało jego polityczne znaczenie. Narastało zaś poczucie rozczarowania.

Jeśli jednak polityka postrzegać przez pryzmat jego dzieła – to do rzeczywistych dokonań Płażyńskiego zaliczyć można zarówno czterolecie udanego marszałkowania, jak uchwalenie najlepszej z polskich reform, ale także już w trudnym roku 2002 sformowanie opozycyjnej koalicji PO-PiS do czternastu z szesnastu ówczesnych sejmików wojewódzkich, kiedy to obie później przez ponad dwie dekady wymieniające się u władzy i zwaśnione partie pozostawały jeszcze w opozycji. 

Rozumiał zwykłego człowieka, o personalia w polityce mniej dbał  

Sprzyjający mu posłowie AWS po rozpadzie tej formacji mieli do Płażyńskiego pretensje, że na pokład PO zabrał ze sobą tylko najbardziej zasłużonego Borowczaka. Da się powiedzieć, że za mało dbał o swoich, skoro poczuli się opuszczeni. Mogło to jednak wynikać z niechęci marszałka do transakcyjnego stylu uprawiania polityki, którego mistrzem pozostaje na pewno Tusk, jak dowodzi niedawna kariera w KO obecnego wiceprzewodniczącego jej klubu parlamentarnego, a wcześniej wicepremiera w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej Romana Giertycha.   

Nie był Maciej Płażyński biegły w personalnych grach, za to rozumiał zwykłego człowieka i jego potrzeby. Pochodzący z Mazur, między maturą w Pasłęku a studiami prawniczymi w Gdańsku pracował przez rok przy budowie Huty Katowice. W czasach Świetlika umiał rozwiązywać trudne problemy niełatwych czasów, o czym świadczy fakt, że zyski z działań spółdzielni usług wysokościowych czerpało ponad 1200 w większości związanych z opozycją antykomunistyczną osób.  

Dzięki temu po 1989 roku nie musiał uczyć się od podstaw reguł normalnej gospodarki. Szczególny mir zyskał sobie wśród samorządowców, wdzięcznych mu za troskę o ich “Małe Ojczyzny”. Reformy nie wprowadzał dlatego, że tak wypada, lecz pozostawał przekonany o jej dobroczynnych dla lokalnych społeczności skutkach. Znajdował czas dla delegacji mieszkańców Lipska – nie tego w Niemczech, tylko pod Radomiem – co przyjechali do niego z petycją, że chcą by ich miasto znalazło się w województwie mazowieckim, broń Boże małopolskim czy rozważanym już wtedy świętokrzyskim. I Lipsko stanowi dzisiaj siedzibę powiatu na Mazowszu.      

W wyborach do Sejmu z 2001 r. w okręgu gdańskim i z listy Platformy Obywatelskiej Maciej Płażyński uzyskał znacznie lepszy wynik niż późniejszy prezydent z Prawa i Sprawiedliwości Lech Kaczyński. 

Kiedy ważyły się losy jego przywództwa w klubie, który obradował późnym popołudniem w jednym z mniejszych budynków sejmowego kompleksu – inny Gdańszczanin Sławomir Nowak żartem wskazał na pasek informacyjny, widoczny na ekranie stojącego w korytarzu telewizora. Widniały na nim słowa “Upadek dyktatora”, bo właśnie w Trzecim Świecie obalano jakąś kolejną tyranię czy autokrację.  

– To o Maćku – oznajmił, śmiejąc się.

Humor sytuacyjny oczywisty, bo Płażyńskiemu oponenci zarzucali m.in. zbyt miękką rękę wobec podwładnych.  

Jednak właśnie Sławomir Nowak swój pierwszy w karierze mandat poselski, który objął w tamtej kadencji po odchodzącym do europarlamentu Januszu Lewandowskim – zawdzięczał wysokiemu poparciu dla Płażyńskiego, co w tym samym okręgu, jak mówią w swoim slangu politycy “zrobił wynik” i “pociągnął listę”, bo takie są reguły obowiązującej u nas ordynacji proporcjonalnej.   

Wybrany został do Senatu w 2005 r. Maciej Płażyński jako niezależny ze wspólnym poparciem PO i PiS, co pomimo objęcia tam funkcji wicemarszałka oznaczało pewną marginalizację. Do Sejmu w 2007 r. wystartował z listy PiS, posłem oczywiście został, ale w klubie długo miejsca nie zagrzał. 

Spotkałem go wtedy pod wieczór w nieodległej od Sejmu kawiarni Modulor przy Placu Trzech Krzyży. Knajpka już nie istnieje, teraz sprzedaje się tam zegarki. Znużony obradami, samotnie zasiadł przy stoliku. Zamówił małe espresso. Wyraźnie chciał się chociaż przez chwilę odprężyć. A ja przy całej sympatii dla niego pomyślałem wtedy mimo woli: kiedyś był marszałkiem Sejmu 40-milionowego kraju, a teraz nie ma nawet z kim kawy wypić. Nie dosiadłem się jednak, pamiętając, że zawsze trzymał dystans.    

Jako prezes Stowarzyszenia Wspólnota Polska troszczył się o rodaków za granicą. Przede wszystkim tych na Wschodzie. Wystosował też jednak list do kanclerz Niemiec Angeli Merkel, od której domagał się podobnych praw dla tamtejszej polskiej mniejszości, jakimi cieszą się mieszkający u nas Niemcy. Żądał zrekompensowania Polakom zza Odry i Nysy krzywd, jakich ich przodkowie doznali od nazistów. Zapraszał również na spotkania autonomistów śląskich, co mocno gorszyło też stale odwiedzających go dawnych działaczy Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego: nie sarkali jednak otwarcie i przychodzili nadal, tak mocnym cieszył się autorytetem.        

Zrażony wrogością, jaką żywili do siebie nawzajem niedawni koledzy z demokratycznej opozycji, zamyślał też o zbudowaniu nowego politycznego projektu. Umawiał się na spotkania z samorządowcami i animatorami niezależnych inicjatyw. Wypadek w Smoleńsku przerwał te starania. Na pewno pozostanie w pamięci jako jeden z tych, którzy czynili polską politykę lepszą i skupioną na konkretnych ludzkich sprawach.    

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here