Data 11 Listopada pozostaje umowna ale nie przypadkowa, choć oczywiście odzyskiwanie niepodległości było procesem a nie jednym aktem. Tego dnia w 1918 r. nad ranem Józef Piłsudski uzgodnił z niemiecką radą delegatów żołnierskich (bo armię już objęła rewolucja, więc nie słuchano oficerów) wycofanie okupantów z ziem b. Królestwa. Później Rada Regencyjna, przedtem kolaborująca z Niemcami, powierzyła mu komendę nad wojskiem. Wieczorem podporządkował się Piłsudskiemu socjalista Ignacy Daszyński wraz z działającym od czterech dni tymczasowym rządem lubelskim. Także 11 listopada 1918 r. przebywający w USA Roman Dmowski przyjęty został przez prezydenta Woodrowa Wilsona, wkrótce głównego twórcę powojennego ładu w świecie.
To chyba wystarczająca liczba ważących na odrodzeniu Polski wydarzeń, żeby ustanowienie w tym dniu święta narodowego uznać za uzasadnione.
Tak ni z tego, ni z owego, była Polska od pierwszego
Co nie podważa adekwatności powiedzenia: Tak ni z tego, ni z owego, była Polska od pierwszego. Oddaje ono tempo wydarzeń i – przyznajmy to bez ogródek – nikły na nie wpływ przeciętnego Polaka. Z masową mobilizacją społeczeństwa mieliśmy do czynienia dopiero w wojnie obronnej z bolszewikami w 1920 roku.
Błyskawiczny rozwój sytuacji nie oznacza jednak przypadkowości, podobnie jak nie jest trafem tylko wybór daty święta odrodzenia państwa.
Politycy rozmaitych orientacji nie zawierali wtedy żadnego formalnego porozumienia, ale ich wysiłki się sumowały: Piłsudski, który już w lutym 1914 r. podczas wykładu w paryskim Instytucie Geograficznym przewidział wynik mającej dopiero wybuchnąć wojny (czyli porażkę wszystkich zaborców), silny legendą bojową Legionów przejmował władzę w kraju, a jego charyzma i autorytet okazały się realne. Goszczący u zwycięzców wojny światowej, nazwanej później pierwszą Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski dysponowali tylko Błękitną Armią nieco pyszałkowatego Józefa Hallera, ale przez wygrane mocarstwa traktowani byli jak swoi, podczas gdy Piłsudski – pomimo ponad roku spędzonego w magdeburskiej twierdzy – wciąż uchodził za sojusznika pokonanych Państw Centralnych.
To Dmowski z Paderewskim załatwili później Polsce w miarę korzystne granice zachodnie w trakcie Konferencji Paryskiej, przygotowującej Traktat Wersalski. Z kolei socjaliści Ignacy Daszyński (premier utworzonego z 6 na 7 listopada w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej – nazywającego się tak, bo przy ówczesnych nastrojach społecznych nawet słowo “Rzeczpospolita” uchodziło za zbyt konserwatywne) i Jędrzej Moraczewski, który prawdziwy rząd utworzył pod auspicjami Naczelnika Państwa Piłsudskiego – skutecznie wyciszyli rewolucyjne tendencje, ustanawiając ośmiogodzinny dzień pracy i powszechne ubezpieczenia społeczne. Z kolei Wincenty Witos, który później jako premier odegra rozstrzygającą rolę w 1920 roku, skutecznie nakłaniając chłopów do obrony państwa – bo nie uratowali go przecież przed bolszewikami studenci z Legii Akademickiej, z całym dla nich szacunkiem – już w 1918 r. przyczyni się do ustanowienia pierwszych polskich organów władzy w najszybciej wyzwalającej się Galicji. Kierowana przez niego Polska Komisja Likwidacyjna obejmie 31 października rządy w Krakowie.
Jak oddał to w powieści “Generał Barcz” Juliusz Kaden-Bandrowski: “Po obu stronach Sukiennic tłumy się przewalały. Światło dnia jesiennego sprawiło, że cienka polewa blasku przydawała ludziom wyrazistej ostrości.
Tak twardo widać było każdą głowę, każdy kamyk, jakby tych twarzy i kamyków, murów i okien starczyć miało na całe wieki. Ciche powietrze ostatnich dni października obejmowało rozgwar ludzki, układając wokół głosów wzburzonych ścisłą czujność chłodu i powagi.
(..) Z tłumu wyrwał się krzyk potężny. Żołnierze ze strychów odwachu spuszczali na dół, aż na sztachety, biało-amarantową flagę” [1].
Jeszcze szybciej, bo 28 października ustanowione zostaną polskie rządy na Śląsku Cieszyńskim. Z kolei w budowaniu polskich władz pod Tatrami uczestniczy od 31 października pisarz Stefan Żeromski, przez kilka listopadowych tygodni rządzący lokalną “Rzeczpospolitą Zakopiańską”. W koalicji z endekami, z którymi zwykle się spierał.
Radość z odzyskanego śmietnika
W ustanowionej i rychło skutecznie obronionej polskiej niepodległości zsumował się efekt bohaterstwa i poświęcenia rozbrajających Niemców w Warszawie gimnazjalistów i studentów z Polskiej Organizacji Wojskowej oraz robotników z milicji PPS. A także nastoletnich Orląt Lwowskich, co broniły – kiedy dorośli żołnierze się upili – miasta przed nacjonalistami ukraińskimi, zapobiegając szykowanej przez nich rzezi polskiej ludności.
Sukces ówczesny zawdzięczamy nie tylko politykom, chociaż wykazali się roztropnością, przynajmniej sobie nie przeszkadzając: jak niegdyś Dmowski Piłsudskiemu w jego misji tokijskiej w 1904, kiedy to “towarzysz Wiktor” z Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej bez skutku zabiegał o sformowanie legionu polskiego u boku walczących z Rosją Japończyków, a “pan Roman” z Narodowej Demokracji robił wszystko, by taki zamysł storpedować.
Tym razem, jak relacjonuje jego biograf Krzysztof Kawalec, “powróciwszy do Paryża, Dmowski musiał łagodzić irytację swoich współpracowników. 23 listopada, na pierwszym posiedzeniu KNP, w którym wziął udział po powrocie zza Oceanu, utrącił wniosek obalenia rządów ludowych siłą, strasząc, że (..) próba utrącenia podobnych rządów w Polsce mogłaby zakończyć się terytorialnym jej okrojeniem” [2].
Podobnie wcześniej na wiecu w Lublinie premier Ignacy Daszyński z dumą podkreślał: “Ani w Krakowie, ani w Lublinie, ręce nasze nie splamiły się krwią polską. Lud władzę wziął mocą swej liczby i siły, mocą nieskończonych cierpień i ofiar, nałożonych mu przez wojnę światową. Rząd republikański powstać mógł tylko na wolnej ziemi. Nie śmiał powstać z woli Rady Regencyjnej w Warszawie, za pozwoleniem krzyżackiego najeźdźcy” [3].
Jednak tego samego dnia, kiedy Daszyński wypowiada te słowa, 10 listopada 1918 r. do Warszawy rano na Dworzec Wiedeński przyjeżdża Józef Piłsudski, wcześniej uwolniony przez Niemców z Magdeburga za sprawą ich porażki wojennej i rewolucji, jaka w kraju wybuchła. W dniu następnym, kiedy wojna się kończy podpisaniem rozejmu w wagonie kolejowym we francuskim Compiegne, nad ranem Piłsudski, który jeszcze do końca nie wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość, co rozmowę ze zrewoltowanymi żołnierzami niemieckimi mu ułatwia, uzgadnia z radą delegatów ich bezkrwawe wycofanie w sile 80 tys. z Królestwa. A wieczorem skłoni Daszyńskiego, by mu się podporządkował. Powierza mu misję utworzenia rządu, obaj wiedzą, że ten nie powstanie. Utworzy go dopiero bardziej umiarkowany socjalista Jędrzej Moraczewski. Nie na długo zresztą. Kolejnym premierem z woli wyrzekającego się części własnych ambicji Piłsudskiego zostanie patron endecji ale przede wszystkim pianista światowej sławy od lat rzecznikujący polskim interesom Ignacy Jan Paderewski.
Do ówczesnych nastrojów pasują słynne słowa Juliusza Kadena-Bandrowskiego: “radość z odzyskanego śmietnika”.
Nie tylko po 123 latach rozbiorów (z krótką tylko przerwą na napoleońskie Księstwo Warszawskie oraz “jutrzenkę swobody” podczas Powstania Listopadowego 1830-31) odzyskaliśmy niepodległość, ale – o czym zapominać nie można – już w dwa i pół miesiąca po wszystkich cudach Listopada 1918, Polacy poszli na pierwsze w swojej historii powszechne wybory demokratyczne do Sejmu Ustawodawczego 26 stycznia 1919 r. Frekwencja była wtedy jeszcze wyższa niż niedawno 15 października 2023 i 1 czerwca 2025 r. Masowy w nich udział ponad trzech czwartych uprawnionych – pomimo zniszczonych dróg i mostów, siarczystego mrozu i tragiczniejszej niż niedawna pandemia koronawirusa epidemii grypy hiszpanki – oznaczał wypełnienie się marzeń wielu pokoleń Polaków. Po ponad wiekowej nieobecności na mapie Europy, Polska odradzała się jako państwo nie tylko suwerenne ale i demokratyczne.
[1] Juliusz Kaden-Bandrowski. Generał Barcz. Ossolineum, Wrocław 1984, s. 23
[2] Krzysztof Kawalec. Roman Dmowski 1864-1939. Ossolineum, Wrocław 2002, s. 195
[3] Ignacy Daszyński. Teksty. Czytelnik, Warszawa 1986, s. 218