1920: Zwycięstwo na wagę państwa

0
96

Nigdy przedtem ani później w naszej dramatycznej historii Polacy nie poszli do bitwy równie rozstrzygającej jak pod Warszawą w sierpniu 1920 r. Stawką było nie tylko istnienie państwa, które dopiero co odzyskaliśmy po ponad stuleciu niewoli – ale swoboda stanowienia o sobie, ustroju, języku, szkole i kulturze. Bolszewicy szykowali już rząd kolaborancki z szefem rewolucyjnych służb specjalnych Feliksem Dzierżyńskim i Julianem Marchlewskim, a Polska stać się miała kolejną “republiką rad”, podporządkowaną Moskwie. Wysiłek zbrojny narodu, wsparcie patriotycznego zaplecza oraz zgodna współpraca polityków pozwoliły udaremnić plany Włodzimierza Lenina, Lwa Trockiego i Józefa Stalina, streszczające się w słowach: “po trupie Polski do rewolucji światowej”.

Kosztem ogromnych ofiar i zniszczeń, zyskaliśmy dziewiętnaście lat niepodległości. Polska międzywojenna, jak później ją określono, nie stała się wprawdzie państwem idealnym, ale po latach kojarzyła się Polakom rzadziej z przewrotem majowym i procesem brzeskim, obozem w Berezie Kartuskiej i zdradziecką aneksją Zaolzia, częściej zaś z budową Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, reformą walutową Władysława Grabskiego, poezją Skamandra oraz złotymi medalami olimpijskimi Haliny Konopackiej i Janusza Kusocińskiego.

Gdy do Warszawy zbliżały się hordy bolszewickie, na ulicach i w kawiarniach stolicy młode dziewczyny podchodziły do nieznanych im, a ubranych po cywilnemu mężczyzn z zawstydzającym pytaniem: “a pan czemu nie w wojsku?”, jak opisał Witold Gombrowicz we “Wspomnieniach polskich”. Symbolem rzuconych na szalę wartości stała się śmierć ks. kapelana Ignacego Skorupki, trafionego pod Radzyminem w głowę ekrazytowym pociskiem w chwili, gdy rannemu żołnierzowi udzielał ostatniego namaszczenia. Na front udał się jako korespondent wojenny 56-letni już wtedy pisarz Stefan Żeromski. Gdy zrelacjonował, co zobaczył i usłyszał “Na probostwie w Wyszkowie”, broszura pod tym tytułem, wydana w 60 lat później poza zasięgiem cenzury, stała się ulubioną lekturą robotników, studentów i licealistów, zaangażowanych w masowy ruch pierwszej Solidarności, przygotowujący kolejne odzyskanie niepodległości i demokracji przez Polskę w ciągu następnej dekady. Trudno o lepszy przykład międzypokoleniowej ciągłości zbiorowego  doświadczenia.    

Wysłannik Piłsudskiego kandydata na premiera zastał w polu, ale nie było to pole bitwy    

Niezwykłym symbolem ale i wyrazem jedności narodu, odzyskującego po 125 latach własne państwo stało się objęcie funkcji przez chłopskiego premiera Wincentego Witosa. Zanim stanął na czele  rządu, najpierw podjęcia tej misji odmówił w czerwcu 1920 r, potem zaś próba jej przeprowadzenia przyniosła fiasko. Jednak pozaparlamentarny gabinet Władysława Grabskiego przetrwał tylko miesiąc. W tej sytuacji, jak opisuje Małgorzata Olejniczak: “Piłsudski po raz trzeci zwrócił się do Witosa. Wysłannik Naczelnika ruszył do Wierzchosławic. Witosa zastał w polu przy wywożeniu nawozu. I tym razem szef “Piasta” podjął wyzwanie (..). W nocy z 21 na 22 lipca postanowiono utworzyć Rząd Obrony Narodowej. Składał się z przedstawicieli wszystkich stronnictw” [1].

Premierem został w nim Wincenty Witos, jego zastępcą socjalista Ignacy Daszyński, zaś ministrem spraw zagranicznych książę Eustachy Sapieha. 

Jak relacjonuje autorka biografii chłopskiego premiera:   “Arystokracja pakowała walizki, by wyjechać z kraju, a Witos jeździł od powiatu do powiatu, pisał odezwy, jak ta z 30 lipca: Trzeba ratować ojczyznę (..)” [2]. Do apeli jednak się nie ograniczył: zobowiązał się, że rząd wniesie do Sejmu projekt ustawy o bezpłatnym nadaniu ziemi szczególnie zasłużonym żołnierzom, a także dostarczy im drewna na budowę domów.

Trudno się więc dziwić, że “w miastach i miasteczkach witały go tłumy ciekawych, jak wygląda ten pierwszy na świecie chłopski premier. Wojsko, władze, duchowieństwo… Witos z kilkoma członkami rządu był na polu bitwy w Radzyminie, gdzie następnego dnia – 15 sierpnia – zdecydować się miały losy II Rzeczypospolitej” [3].

Chcieli zanieść pochodnię rewolucji do Niemiec, dotarli tylko do Radzymina, Lublina i Włocławka 

Sytuacja na froncie była bowiem krytyczna. Brakowało czasu na rozpamiętywanie, że jeszcze w maju 1920 r. polskie wojsko znajdowało się w Kijowie, skąd wycofało się w obliczu groźby okrążenia przez Armię Konną Siemiona Budionnego.  Jak opisuje nieskory tak do patosu jak i paniki nieugięty dawny więzień Berezy Kartuskiej, Stanisław Mackiewicz-Cat, już latem tego samego roku: “Wojska bolszewickie wkraczają na terytorium Królestwa, są pod Lublinem, pod Lwowem.  Tuchaczewski powtarza manewr Paskiewicza z 1831 r. Jego kawaleria dochodzi do Włocławka, bolszewicy zaczynają się stykać z siłami niemieckimi. Na świat, do Ameryki idą depesze, że Warszawa padła, że czerwone sztandary powiewają nad Wisłą i Polską” [4].       

O tym, że tak się nie stało – przesądził manewr znad Wieprza, stanowiący przejaw strategicznego geniuszu Józefa Piłsudskiego. Co nie zmienia faktu, że miał on wtedy także moment załamania i niesprawiedliwie krytykowany, gotów był zdać dowództwo. Sprostał jednak sytuacji, którą Mackiewicz-Cat określił lapidarnie: “Przed narodem polskim stanął znów dylemat: zwyciężyć lub zginąć” [5].

Zanim się on rozstrzygnął, sytuacja rysowała się wyjątkowo pesymistycznie, co tak oddaje biograf Piłsudskiego, Wacław Jędrzejewicz: “13 sierpnia Tuchaczewski rozpoczął swą decydującą ofensywę na Warszawę i następnego dnia walki toczyły się już w Radzyminie (15 km od Warszawy), który przechodził z rąk do rąk. Jednocześnie bolszewicy atakowali silnie 5 armię gen. Sikorskiego nad Wkrą. Sytuacja w stolicy była na tyle poważna, że rząd zdecydował ewakuację niektórych urzędów i korpusu dyplomatycznego do Poznania (..) Tegoż dnia Piłsudski wyjechał do Puław i już następnego dnia rozpoczął inspekcję oddziałów, przeznaczonych do uderzenia.  Miał on, gdy chciał, magnetyczny wpływ na żołnierzy. Umiał mówić bezpośrednio, biła z niego wiara w zwycięstwo, której nigdy nie zatracił (..). 16 sierpnia o świcie grupa uderzeniowa rozpoczęła marsz na północ, właściwie nie napotykając wroga z 57 dywizji grupy Mozyrskiej, rozciągniętej na wielkiej przestrzeni. 14 dyw. piech. zajęła łatwo Garwolin i znalazła się na lewym skrzydle XVI armii sowieckiej, atakującej przyczółek warszawski od wschodu i usiłującej przejść Wisłę pod Maciejowicami. 17 sierpnia w dalszej ofensywie wojska polskie (21 dyw. górska) zajęły Łuków i szły na Siedlce. To były już głębokie tyły XVI armii sowieckiej (..). 18 sierpnia 14 dyw. szła na Mińsk Mazowiecki, czyli na tyły III armii sowieckiej i zajęła Kałuszyn (..). Przez te trzy dni wojska frontu północnego, 1 armia gen. Latinika i 5 gen. Sikorskiego krwawo walczyły o utrzymanie przyczółka warszawskiego nad Wkrą i pod Radzyminem, który przechodził z rąk do rąk. Pierwsza faza operacji była zakończona: wojska polskie wychodziły na tyły czterech armii Tuchaczewskiego. Piłsudski 18 sierpnia powrócił do Warszawy by wydać nowe rozkazy operacyjne dla wszystkich armii” [6].

Uciekinierzy i ci, co pozostali

“Polska dn. 15 sierpnia 1920 r. zwyciężyła” – podsumował Mackiewicz-Cat [7]. Nie był to wcale “cud nad Wisłą”, jak sformułował rzecz dążący do umniejszenia roli Piłsudskiego w zwycięstwie warszawskim narodowo-demokratyczny publicysta Stanisław Stroński, zaangażowany zresztą w dwa lata później w kampanię oszczerstw wobec prezydenta Gabriela Narutowicza. Wiktoria w Bitwie Warszawskiej stanowiła efekt powszechnego wysiłku całego społeczeństwa i roztropnego porozumienia polityków, zdolnych dostrzec cele nadrzędne i podporządkować im partykularne instynkty własnych stronnictw.  

Zaś na probostwie w Wyszkowie – z którego dopiero co co zwinęli się w odwrocie spod Warszawy  bolszewicy wraz z nielicznymi kolaborantami – skromny wikary, w obecności swojego księdza kanonika Mieszkowskiego i francuskiego ambasadora Jusseranda, zachęcał podając gorącą herbatę przemoczonemu po wyciąganiu z rowu wojskowego samochodu Stefanowi Żeromskiemu:

“- Proszę brać, proszę śmiało! To cukier p. Marchlewskiego, pozostawiony przezeń w popłochu ucieczki” [8].

Nie uciekł za to latem 1920 r. z Warszawy i pozostał w niej pomimo zarządzonej przez władze ewakuacji dyplomatów ówczesny nuncjusz apostolski Achillo Ratti, późniejszy papież Pius XII. Nie podał też tyłów ani razu młody francuski major Charles de Gaulle, przyszły wyzwoliciel swojej ojczyzny po kolejnej wojnie, który przyjechał tu w ramach obserwacyjnej misji wojskowej gen. Maxime’a Weyganda, ale z najeźdźcą walczył ramię w ramię z żołnierzami polskimi. Postawa ich obu stała się symbolem zrozumienia i poparcia wolnego świata dla tego, czego nasi przodkowie wówczas dokonali.       

[1] Małgorzata Olejniczak. Witos. Wyd. Buchmann, Warszawa 2012, s. 64

[2] ibidem, s. 65

[3] ibidem, s. 66

[4] Stanisław Mackiewicz-Cat. Historia Polski od 11 listopada 1918 r. do 17 września 1939 r. Pokolenie, Warszawa, cz. I, s. 128

[5] ibidem, cz. I, s. 129

[6] Wacław Jędrzejewicz. Józef Piłsudski 1867-1935 Życiorys. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1986, s. 96-97  

[7] St. Mackiewicz-Cat. Historia Polski… op. cit, cz. I, s. 129

[8] Stefan Żeromski. Na probostwie w Wyszkowie [w:] Pisma polityczne. Polonia, Londyn 1988, s. 46  

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here