Zapowiedź Donalda Trumpa, że Amerykanie nie wycofają od nas swoich wojsk, a nawet jeśli Polacy sobie tego życzą, będzie ich tu więcej, uznać można za wypełnienie najskromniejszego celu wizyty prezydenta Karola Nawrockiego. Z drugiej strony słowa Trumpa, lidera chimerycznego i humorzastego, mają moc bez porównania mniejszą, niż dwukrotne potwierdzenie na polskiej ziemi przez jego demokratycznego poprzednika Joe’go Bidena aktualności artykułu piątego Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego kraje Sojuszu Atlantyckiego do solidarnej obrony w razie napaści na którykolwiek z nich.
Biden powiedział to po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Trump swoje obietnice składa po pogardliwym potraktowaniu w Białym Domu prezydenta tej ostatniej – Wołodymyra Zełenskiego. Wyznacza to miarę obu deklaracji. Uwłaczałoby nam, gdybyśmy się cieszyli, że Nawrocki został w Waszyngtonie lepiej przyjęty.
Amerykańskich żołnierzy mamy dziś w Polsce 10 tys. Nawet jeśli ich przybędzie – Trump nie wycofał się ze swoich planów zmniejszenia obecności wojskowej USA w innych krajach Europy. A nawet je potwierdza. Jeśli tak się stanie, osłabi to również nasze bezpieczeństwo. Nie pozostajemy bowiem państwem izolowanym, lecz częścią wschodniej flanki NATO.
Lekcją pokory dla Nawrockiego i całej polskiej delegacji – bez przedstawicieli rządu Donalda Tuska, co przypomnieć warto – okazała się wspólna konferencja obu prezydentów. Dziennikarze pytali Trumpa o aferę Jeffreya Epsteina oraz skuteczne ostrzelanie przez amerykańskie służby łodzi wenezuelskiego kartelu narkotykowego. A także o gwardię narodową w Chicago i Kalifornii. Po raz kolejny pokazano nam miejsce w szeregu. Dla Amerykanów, dysponentów mediów ani odbiorców ich serwisów Polska, nawet cała wschodnia flanka Paktu Atlantyckiego czy sama Ukraina nie są wcale najważniejsze.
Podobnie w niewielkim stopniu obchodzą ich nasze spory o instrukcje czy skład delegacji. wpisujące się w kontekst kohabitacji, która z chwilą zastąpienia układnego i poprawnego Andrzeja Dudy przez bardziej żywiołowego a do granic brutalności Nawrockiego przybrała trudniejszy charakter. Okazuje się on dla Donalda Tuska trudniejszym partnerem czy wprost przeciwnikiem. Jednak Amerykanie w swoim systemie politycznym w ogóle funkcji premiera nie mają, za Oceanem rządem kieruje sam prezydent, więc ten polski problem ma prawo ich nie obchodzić. Co właśnie nam pokazali. W dyplomacji liczą się racje silniejszego a nie zasługi we wspieraniu suwerenności Ukrainy. Zaś radość, nawet uzasadniona, z powściągnięcia przez Trumpa jego własnych zachwytów nad przywódczą osobowością Władimira Putina nie uśmierza naszego niepokoju z powodu zbliżających się wspólnych rosyjsko-białoruskich manewrów tuż za naszą wschodnią granicą.