Ulubione powiedzenie kultowego komentatora Jana Ciszewskiego, kojarzącego się ze złotymi czasami polskiej piłki (wygraną olimpiadą w Monachium oraz dwukrotnie trzecim miejscem w świecie) – pasuje do niedawnych wyników reprezentacji. Zremisowaliśmy z Holandią na wyjeździe, a u siebie wygraliśmy z Finlandią. To wreszcie rezultaty na miarę piętnastej drużyny świata, jaką zostaliśmy trzy lata temu na Mundialu w Katarze. Kto kpi, niech pamięta, że polski futbol zajmuje w świecie lepszą pozycję niż gospodarka.
1:1 z Holandią na jej boisku, bez porównania wyżej od nas notowaną, z którą przegraliśmy niedawno na Euro choć po twardej walce – to kolejny zwycięski remis w dziejach polskiego futbolu. Najsłynniejszy z nich, na Wembley w 1973 r, kiedy bramkarza Jana Tomaszewskiego nazwano “człowiekiem, który zatrzymał Anglię” – utorował nam drogę do pierwszego po wojnie awansu do finałów Mistrzostw Świata na których rok później pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego od razu zajęliśmy trzecie miejsce a królem strzelców został Grzegorz Lato. Kolejny – ze Związkiem Radzieckim w 1982 r. znów nam do trzeciej lokaty w świecie drogę otworzył. Ale przede wszystkim miał znaczenie pozasportowe, dodał ducha społeczeństwu: w kraju trwał stan wojenny, narzucony pod radziecką presją, a na trybunach w Hiszpanii emigranci rozwinęli transparent z symbolem zakazanej w Polsce Solidarności. Medal dla Polski sprzątnięty sprzed nosa ZSRR zyskał wtedy patriotyczny wymiar.
W przyszłorocznych Mistrzostwach Świata w USA, Kanadzie i Meksyku weźmie udział 48 drużyn, dwa razy więcej, niż w hiszpańskim Mundialu przed 43 laty. Skoro zakwalifikowały się już tam Jordania, Ekwador i Uzbekistan – trudno uwierzyć, żeby Polski mogło w tym gronie zabraknąć. Robert Lewandowski wciąż pretenduje przecież do miana najlepszego piłkarza świata.
Sportowy wynik dla wielu jednak nie okazuje się – co zdumiewające – najważniejszy. 15. miejsca w Katarze (w 2022 r.) nie doceniono, chociaż przegraliśmy tam tylko i to honorowo, bo dwiema bramkami z każdą, z późniejszym mistrzem świata Argentyną i wicemistrzem Francją. Wygraliśmy z parę razy od nas bogatszą a ze względów klimatycznych grającą w Katarze jak u siebie Arabią Saudyjską, która jako jedyna w trakcie turnieju pokonała Argentynę. Nasz bramkarz Wojciech Szczęsny też jako jedyny obronił rzut karny egzekwowany przez najlepszego piłkarza świata Leo Messiego. Zaś Robert Lewandowski zafundował nam niezły thriller, z rzutu karnego z kolei bramkę strzelając, dopiero po powtórce. Za to po powrocie autor tego sukcesu Czesław Michniewicz zamiast podwyżki i premii dostał wymówienie z posady selekcjonera. Domorośli eksperci psioczyli bowiem na styl gry, chociaż futbol to nie jazda figurowa na lodzie: dobrze żeby było pięknie, ale przede wszystkim powinno być skutecznie. A wynik z Kataru okazał się najlepszy od czasów legendarnego trenera Antoniego Piechniczka. Michniewicza zastąpił jednak najpierw kolejny trener portugalski, choć żadnemu z nich nie udało się dogadać z polskimi zawodnikami. Po nim nastał Michał Probierz. Przegrał na wyjeździe z Finlandią i odszedł z posady po sporze z Lewandowskim. Teraz chciałoby się uwierzyć, że po objęciu kadry przez Jana Urbana i dwóch dobrych wynikach na początek, normalność wreszcie powraca do polskiego futbolu. Podobnie jak skutecznie wrócił do reprezentacji Lewandowski, któremu najpierw grać się w niej nie chciało, a potem obraził się na eks-selekcjonera Probierza…
