Nic się nie kończy, dryf trwa

0
72

Karol Nawrocki, ogłaszając koniec postkomunizmu przy okazji usunięcia z prezydenckiego pałacu Okrągłego Stołu, odwołuje się do emocji tych, co go wybrali. A poza tym do niezapomnianego telewizyjnego występu aktorki Joanny Szczepkowskiej z października 1989 r. 

Podaje jednak mylną nazwę epoki, która w dodatku… wcale się nie kończy.  

A przy tym w sferze faktów deklaracja ta traci nawet pozory prawdziwości, jeśli zważyć, że postkomunistom w ostatnich miesiącach roku aktywów nie ubywa, lecz przybywa, skoro urząd marszałka Sejmu od listopada sprawuje Włodzimierz Czarzasty, członek PZPR od 1983 do jej rozwiązania w 1990 r. W dodatku to polityk, który w pamiętnych i budzących wielkie nadzieje wyborach z 15 października 2023 r. uzyskał w sosnowieckim okręgu szokująco słaby wynik indywidualny, skoro przegrał nawet z własnym podwładnym, wcześniej radnym a nie jak on sam przewodniczącym partii, Łukaszem Litewką, co skupił się w kampanii na pomocy dla psów ze schroniska. Czarzasty za sobą ma najmniejszy klub parlamentarny (21 posłów) ze wszystkich marszałków czasów odrodzonej polskiej demokracji. 

Prezydent gra na emocjach, ale też na niewiedzy swojego elektoratu, jak sondaże wykazują, znacznie słabiej wykształconego niż zwolennicy jego rywala z drugiej tury Rafała Trzaskowskiego, który zresztą przegrał zasłużenie, bo jako partyjny zastępca premiera Donalda Tuska zapłacił za niespełnione obietnice nowej władzy, a jego własne zaplecze odpowiada za obraźliwe wobec wyborców zachowania, jak przydźwiganie do Domu Pomocy Społecznej worka kartofli przez posłankę Koalicji Obywatelskiej Kingę Gajewską. 

Ten niezrozumiały i chciałoby się wierzyć, że tylko mimowolny akt pogardy wobec słabszych obywateli, przypomina nieodparcie wypowiedź dawnego republikańskiego kandydata na prezydenta USA, miliardera Mitta Romneya, który w trakcie spotkania z bezrobotnymi w Nowym Orleanie po wygłoszeniu paru frazesów przygotowanych przez marketingowców, niespodziewanie od siebie już oznajmił, że doskonale rozumie ich sytuację, bo sam przecież także nie ma stałej pracy. Nie trzeba więc nawet dodawać, że wybory wygrał wtedy jego demokratyczny rywal Barack Obama. Zresztą Romney potem zmądrzał, czego i autorom znieważających wyborców wpadek w naszym kraju również wypada życzyć: przed pięciu laty krytykował Donalda Trumpa, z własnej przecież partii, za podburzanie zwolenników, gdy wdarli się na Kapitol.

Nie głosowaliśmy na chybił trafił, ani za powrotem PRL

Okrągły Stół, rozumiany jako mebel a nie abstrakt, to obiekt wart miejsca w muzeum, do którego ostatecznie trafił, chociaż Czarzasty deklarował gotowość zagospodarowania go w Sejmie – żadna jednak to świętość ani fetysz. Nie widzę powodu, by mebla, nawet o historycznym znaczeniu, bronić przed demokratycznie przecież wybranym (co podważali nieudolnie tylko hunwejbini pokroju Romana Giertycha, neofity KO, a wcześniej zastępcy Jarosława Kaczyńskiego w pisowskim rządzie) przez Polaków prezydentem. Miejsce mebla w pałacu tłumaczyłoby się, gdyby prezydent zechciał przy nim odbywać regularne konsultacje, w celu rozładowania konfliktów społecznych jak teraz w prywatnej kopalni Silesia w Czechowicach-Dziedzicach, gdzie górnicy strajkują pod ziemią, jak w stanie wojennym ich starsi koledzy z Piasta. Podobnej woli ani intencji jednak u Nawrockiego nie widać. Tym bardziej więc, skoro mediować nawet nie próbuje, trudno przyjmować bezkrytycznie wygłaszane ex cathedra stwierdzenia.    

Tytułowanie postkomunizmem całej epoki, zamykającej się datami 1989-2025 na razie tylko, bo przecież kończący się rok żadnego przełomu za sobą nie niesie, inaczej niż kiedyś pierwszy z wymienionych – okazuje się nie tyle nawet demagogią, co obrazą dla milionów Polaków, którzy w tym czasie ciężko na naszą wspólną pomyślność pracowali. I nie zawsze obojętne im było, kto nami rządzi, jak dowodzi wynik wyborów nie tylko z 4 czerwca 1989 i 15 października 2023 ale również z 1997 i 2007 roku, kiedy to rodacy swoich krzyżyków na kartach na pewno nie stawiali na chybił trafił, jak w totolotku. 

Wie o tym doskonale Karol Nawrocki, historyk z wykształcenia, doktor tej właśnie nauki i były prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Nawet jeśli bliższe mu są daty 2005, 2015 i 2019, kiedy wygrywał obóz z którego się wywodzi, a także rok 2020 zapisany powtórnym zwycięstwem jego poprzednika Andrzeja Dudy i wreszcie 2025 r, kiedy to on sam zwyciężył, co warto podkreślić, w majestacie prawa i demokracji. Nie oznacza to jednak stawiania siebie ponad krytyką ani uzurpowania prawa do wiążących dla innych interpretacji historii czy teraźniejszości. Demokracja zakłada przecież zasadę prawdy względnej, uosabianej przez większość przy urnach, z równoczesną gwarancją poszanowania nie tylko praw, ale i poglądów tych, co w głosowaniu przegrywają.

Nawrocki jako sumienie Polaków – to raczej nie przejdzie. Udało mu się zostać bohaterem historii, gdy za sprawą umiejętnie poprowadzonej kampanii (jak choćby słynny telewizyjny wywiad z nim Miłosza Kłeczka, połączony ze sparingiem bokserskim z udziałem ich obu, kandydata i dziennikarza) wygrał, chociaż skazywano go na pożarcie – jej kodyfikatorem jednak nie zostanie. Jarosław Kaczyński w sumie przez dziesięć lat rządził Polską, a jeszcze przez trzy dodatkowe zarządzał prezydenturą swojego brata, a jednak publicznie wyrażony pogląd, że przed 1989 rokiem tenże “brat Lech faktycznie kierował Solidarnością” tylko go na śmieszność naraził i nie upowszechnił się nawet w gronie sympatyków PiS. Wiele rzeczy z historii najnowszej da się bowiem sprawdzić samodzielnie. Do czego pozostaje gorąco zachęcać.     

Postkomuniści z Sojuszu Lewicy Demokratycznej rządzili nową Polską po 1989 r. samodzielnie raptem przez dwa lata (2003-5 pod wodzą kolejno Leszka Millera i Marka Belki, przy czym o gabinecie drugiego z nich ten pierwszy mówił, że… nie jest to rząd SLD) i była to wyraźnie schyłkowa faza ich władzy. W koalicji zaś z Polskim Stronnictwem Ludowym w sumie przez lat sześć (1993-97 oraz 2001-3). Od dwóch lat ponownie znajdują się w rządzącej koalicji ale jako najskromniejszy jej uczestnik: o raptem 21 posłach stojących za Czarzastym była już tu mowa. Kiedy wyłoniono w 1991 r. pierwszy Sejm pochodzący z wolnych wyborów (czerwcowe z 1989 r. jeszcze takimi nie były, chociaż uczciwie policzono wtedy głosy), rozdrobniony, bo nie obowiązywał jeszcze próg pięcioprocentowy jako bilet wstępu tam dla partii politycznych – pomimo to marszałek Wiesław Chrzanowski miał za sobą ponad 40 posłów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, dwukrotnie więcej, niż dzisiaj Czarzasty.

Doliczyć jeszcze można, jeśli ktoś bardzo tego chce, to podstawę znajdzie – pierwszy rok rządu Tadeusza Mazowieckiego. PZPR formalnie nie weszła wtedy do koalicji rządowej, ale aż do lata 1990 r. zatrzymała resorty siłowe lub z innych względów strategiczne: spraw wewnętrznych, którymi zawiadywał Czesław Kiszczak, obrony (inny generał Florian Siwicki) oraz współpracy gospodarczej z zagranicą a także transportu i gospodarki morskiej. W sumie zawiadywała więc czterema ministerstwami.

Przez dziesięć lat urząd prezydencki sprawował wywodzący się z PZPR a potem SLD Aleksander Kwaśniewski, z czego sześć przypada na współpracę z podobnej proweniencji rządem (1995-7 i ponownie 2001-5) a cztery na kohabitację z gabinetem Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności (1997-2001), zresztą chwilami konstruktywną, skoro zaowocowała przyjęciem nas bez perturbacji do Sojuszu Atlantyckiego (1999 r.) oraz uzgodnieniem jedynej tak udanej ze wszystkich reform ostatnich dekad: administracyjno-samorządowej (1998 r), pozwalającej na optymalne wchłanianie, jeszcze przed akcesją do Unii Europejskiej ale zwłaszcza po niej, środków pomocowych z zagranicy, co pomogło poprawić jakość życia codziennego w tysiącach “małych ojczyzn” w Polsce.

Nawet jeśli to wszystko zsumować, oczywiście bez liczenia równoczesnych rządów SLD i Kwaśniewskiego podwójnie, bo tego by nasi dawni nauczyciele matematyki nie ścierpieli (jednego z nich spotykam czasem w kawiarni, po zmianie ustrojowej prowadzi z sukcesem firmę informatyczną) – wyjdzie nam raptem piętnaście lat sprawowania przez postkomunistów władzy w nowej, zrodzonej z werdyktu wyborców przy urnach 4 czerwca `1989 r, bo nie z ustaleń negocjatorów przy Okrągłym Stole przecież, Polsce. Z łącznie 36 lat transformacji ustrojowej. Czarzasty obejmujący w 2025 r. funkcję marszałka Sejmu stał się pierwszym od dwudziestu lat postkomunistą na podobnie wysokim urzędzie państwowym. Odkąd w grudniu 2005 r. skończyła się druga kadencja Kwaśniewskiego, a nieco tylko wcześniej premierem przestał być Belka, zaś marszałkiem Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz. 

Nawet teraz w terenie Lewica rządzi raptem w 4 z 16 sejmików wojewódzkich. Prezydentów ma tylko w średniej wielkości miastach jak Częstochowa i dużo mniejszych jak Świnoujście. Tyle tego czerwonego zalewu, chciałoby się podsumować. Przy czym za każdym razem, kiedy postkomuniści wygrywali z obozem solidarnościowym, wynikało to nie z chęci przywrócenia przez wyborców ustroju czy praktyki rządzenia z czasów PRL, lecz z uzasadnionego zgorszenia nieprawościami rządów “solidaruchów”. Jak w 1993 r. (dla przykładu przypomnijmy nieco wcześniejszą ucieczkę córki wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna, Moniki i bezwstydne wykorzystywanie przez jej tatę aparatu państwowego do likwidacji rodzinnego problemu) czy w dwa lata później, kiedy Aleksander Kwaśniewski pokonał Lecha Wałęsę, co przy okazji debaty telewizyjnej chciał mu nogę zamiast ręki podawać.   

Transformacja, nie żaden postkomunizm                                                 

Historycy, w odróżnieniu od propagandystów, podpowiadających Nawrockiemu jego przekazy dnia – z pewnością nie nazwą czasu otwartego wraz z urnami 4 czerwca 1989 roku mianem postkomunizmu. Pomimo zachowania przez środowiska dawnej PZPR znacznych wpływów w gospodarce (gdzie dawni sekretarze podstawowych organizacji partyjnych stali się beneficjentami prywatyzacji nomenklaturowej), spółdzielczości mieszkaniowej, co boleśnie przekłada się na jakość życia Polaków, wreszcie w rodzącym się wraz z demokracją chociaż niekoniecznie jej oddanym sektorze prywatnych usług ochroniarskich oraz w mediach, zarówno publicznych jak prywatnych (co dotyczy zwłaszcza TVN, nawet kiedy o Papieża Jana Pawła II chodzi, bez wstydu i oporu cytującej dawne esbeckie archiwa niczym wyrocznię). Kiedy Joanna Szczepkowska mówiła w Telewizji Polskiej w październiku 1989 roku, że 4 czerwca 1989 r, skończył się w Polsce komunizm, w państwowej stacji dominowali funkcjonariusze dawnego reżimu. Ich wpływy odciskały się tam jeszcze przez kilkanaście kolejnych lat, co nie zmienia oceny jako udanego eksperymentu z telewizją publiczną (począwszy od programu Obserwator, pierwszego dziennika bez komunistów i Wiadomości za dyrekcji Karola Małcużyńskiego, a potem całej informacji pod kierownictwem Jacka Bochenka), któremu kres położył dopiero PiS po podwójnym zwycięstwie wyborczym w 2015 r. 

Jeśli zaś o postkomunizmie – jako nazwie mentalności a nie okresu historycznego – mowa, nie da się pominąć roli, jaką dawny gorliwy prokurator ze stanu wojennego Stanisław Piotrowicz odegrał przy przejmowaniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego wymiaru sprawiedliwości. Podobnie w mediach twarzą pisowskiej narracji stał się były sekretarz KC PZPR Marek Król. Wiernie jej służy również dawna wiceprzewodnicząca Sojuszu Lewicy Demokratycznej i rzeczniczka rządu Włodzimierza Cimoszewicza – Aleksandra Jakubowska. Wszyscy oni jakoś Nawrockiemu nie przeszkadzają. Dla nas zaś stanowić mogą raczej dowód nie tyle na to, że PiS jest złe, tylko świat – bardziej skomplikowany, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.     

Nie zawsze to, czym się najczęściej posługujemy, okazuje się słuszne czy precyzyjne. Zapewne jednak nie wymyślą historycy – skoro dotychczas na to nie wpadli – innej nazwy dla epoki otwartej w 1989 r, jak transformacja. Gospodarcza, ustrojowa i społeczna zarazem. 

Jak słusznie zauważa doktor ekonomii i przedsiębiorca Dariusz Grabowski – nikt nie tylko nie określił czasu jej trwania, ale nawet celu.

I tym raczej wypada się martwić.   

Dryfujemy na razie, bo trudniej mówić o wyrozumowanym kursie tego rejsu (nie przypadkiem używam tu słowa, kojarzonego z kultowym filmem Marka Piwowskiego), skoro nie wiemy, dokąd dopłyniemy. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to znany z klasyki malarstwa za sprawą geniuszu Hieronima Boscha Statek głupców, a ściślej – jeśli nawet się okaże, że to oni nim kierują, nam uda się w ostatniej chwili ster im wyrwać. Zanim naprowadzą nas na rafy czy skały. Polska ostatnich 36 lat nie okazała się idealna, zgadzam się z Andrzejem Machalskim, autorem zwycięskiej kampanii przed 4 czerwca ’89, że najwięcej nam się udało w pierwszej transformacyjnej dekadzie – jednak dostrzeganie w niej wyłącznie mutacji poprzedniego ustroju nosi znamiona nie tyle uproszczenia, co paranoi. Chyba, że czyni się to z wyrachowania. Jak bez wątpienia Nawrocki.

Prezydent może sobie postponować mebel nawet o historycznym znaczeniu. Nie powinien jednak obrażać inteligencji Polaków ani ich świadomości wydarzeń, jakie przez ostatnie prawie cztery dziesięciolecia miały w Ojczyźnie miejsce. Bo może się skończyć podobnie jak z osławionym workiem ziemniaków Trzaskowskiego. O tym jego niedawny zwycięski rywal doskonale powinien pamiętać.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here