Student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego po tym, jak przeszedł na islam, planował serię zamachów terrorystycznych. Niepokoi również to, że springerowskie media eksponują fakt, że w jego domu znaleziono Koran [1], bo gdyby dziennikarze dorośli do demokracji, to by wiedzieli, że świętą księgę islamu wolno posiadać, zwłaszcza, że do przemocy nie zachęca. Nawet w czasach PRL wydał ją PIW [2]. Dalece bardziej bulwersuje fakt, że student Uniwersytetu Warszawskiego, który w ub. r. zabił siekierą portierkę – najpewniej, uznany za niepoczytalnego, uniknie odpowiedzialności. Opinia publiczna znajdzie na to gotowe wytłumaczenie: bo ma bogatych i wpływowych rodziców.
Oba gagatki – to miara gorzkiej ironii – studiowały na swoich uczelniach, ni mniej ni więcej, tylko prawo. Zupełnie jak Rodion Raskolnikow przed 150 laty, którego różni od nich jeden szczegół tylko: morderca znad Newy był postacią fikcyjną, oni zaś istnieją “w realu” i kiedy z czasem zza krat lub co gorsza ze szpitalnego oddziału psychiatrycznego wyjdą, mogą zagrozić każdemu z nas.
Raskolnikow, student – tak przedstawia się bohater Fiodora Dostojewskiego, co siekierą zarąbał lichwiarkę, o czym wie każdy, kto przeczytał “Zbrodnię i karę”.
Dlaczego na bohatera-mordercę Dostojewski wybrał studenta, a więc przedstawiciela inteligenckiej elity, mniejsza z tym, że przymierającego głodem i takiego, co z powodu niedostatku musiał studia przerwać, próbował wyjaśnić wybitny amerykański literaturoznawca Edmund Wilson, przypominający, że pisarz: “należał do politycznego klubu literackiego, złożonego z intelektualistów i jako członek owego klubu skazany został za udział w spisku na życie cara na cztery lata więzienia. Tam przekonał się, że prości Rosjanie traktowali go z nienawiścią i podejrzliwością jako człowieka wykształconego. Przepaść dzielącą warstwy oświecone od ludu wydała mu się tak głęboka, że wszelkie próby jakiegoś istotnego przyczynienia się do postępu narodowego musiały spełznąć na niczym wobec jej ogromu. Powieściopisarze rosyjscy pisali o Rosji, w czym on sam nie różnił się od innych, z punktu widzenia ludzi Zachodu Europy, z punktu widzenia przejętego od pisarzy zajmującymi się społeczeństwami w niczym rosyjskiemu niepodobnymi” [3]. Dlatego też Raskolnikow, żeby pozostać wiarygodny i aby jego los nas obchodził – musi być studentem, nie może proletariuszem. Znakomitą glosę do społecznych a nie filozoficznych sensów “Zbrodni i kary” stworzył w stulecie później Janusz Głowacki w niedościgłym opowiadaniu “My sweet Raskolnikow”. Odpowiednikiem tego ostatniego jest polski emigrant zarobkowy na Zachodzie. Zaś lichwiarkę zastępuje leciwa dama ze sporymi pieniędzmi. Odpowiedzi na współczesne zagrożenia nie znajdziemy jednak w fikcji prozatorskiej nawet najwyższego lotu.
Urodzeni mordercy z polskich uniwersytetów stanowią problem rzeczywisty a nie literacki. Nowy, ale trzeba się z nim zmierzyć.
Cenzus ani inteligencki status nie chronią przed patologiami. Pierwszy terrorysta II Rzeczypospolitej, morderca prezydenta Gabriela Narutowicza – Eligiusz Niewiadomski był malarzem, dlatego też jego obecność krytycznego dnia w Zachęcie nie wzbudziła niczyjego niepokoju. Inna rzecz, że podobnie jak współczesny mu pejzażysta Adolf Hitler, pozostawał artystą marnym. Dowodzi tego portret Stefana Żeromskiego pędzla przyszłego zabójcy prezydenta. Autor “Dziejów grzechu” sprawia wrażenie ponurego, jego wizerunek odbiega od innych. Ale to nie za sprawą fuszerki malarskiej przeszedł Niewiadomski do polskiej historii. Ostatnio pacykarz-zabójca nawet się monografii doczekał. Pomimo wszystko – nie polecam, pewnie nawet o starożytnej kulturze greckiej więcej nam powie biografia męża stanu (i kultowej Aspazji: pięknej i mądrej, przewrotnej i inspirującej) Peryklesa niż Herostratesa, szewca co podpalił uznawaną za jeden z siedmiu cudów świata efeską świątynię Artemidy, aż jego sława stała się przysłowiowa, pomimo, że sentencja wyroku obejmowała skazanie jego imienia na zapomnienie. Teraz podobną rozpoznawalność zyskują przyszli prawnicy, co zamiast przygotować się do reprezentowania ludzi w sądzie, woleli ich zabijać, lub przynajmniej się do tego szykowali. Morderca z UW miał wszelkie szanse, by robić karierę, jak rodzice. Niedoszły zamachowiec z KUL wywodzi się z klasy ludowej, więc do czasu stanowił dla swojej skromnej rodziny przedmiot nadziei i dumy.
Szokuje, gdy zabójcami czy terrorystami stają się studenci, w idealistycznej wizji przyszli inteligenci odpowiedzialni za los kraju – nawet jeśli z socjologicznych względów uznać można ich przypadki za uboczny efekt boomu edukacyjnego. Działa prawo wielkich liczb. Lawinowy wzrost liczby studiujących sprawił, że nawet z samego rachunku prawdopodobieństwa wynika, iż pojawiają się wśród nich osobowości patologiczne. Zaś na odpowiedź, dlaczego objawia się to tak jaskrawie właśnie teraz, naprowadza nas wzmożony stres, jakiemu zostały poddane roczniki, w szkole przechodzące przez nauczanie zdalne w okresie pandemii koronawirusa a potem jeszcze narażone na uzasadnione niepokoje, związane z wojną na wschodnią granicą oraz wlatującymi nad Polskę rakietami i dronami. Od dawna wskazywano na alarmujący stan psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej, jej zupełnie niedostosowaną do rosnących potrzeb infrastrukturę i logistykę. Zapaść w tej branży pokryła sią akurat z największym zapotrzebowaniem na jej usługi.
Zamiast jednak rozczulać się nad frustracjami sprawców, lepiej zrozumieć reakcje tych, których działania “urodzonych morderców”, zwłaszcza jeśli wiadomo, że pozostaną oni bezkarni – trwale odbierają poczucie bezpieczeństwa.
Każde korzystające z sieci komputerowej dziecko wie, jak nazywa się naprawdę Mieszko R. ale litera prawa chroni skutecznie nazwisko patologicznego mordercy. Nie tylko internauci wiedzą też, że zabójca portierki z Uniwersytetu Warszawskiego wywodzi się z establishmentu: elity finansowej i zawodowej, chociaż jak widać nie moralnej, Trójmiasta. Kto zna szczegóły, ten wie, że znający wszystkich prominentów tatuś kupił Mieszkowi mieszkanie (gra słów jak w bajce, ale okrutnej, czyż nie tak?) w warszawskim Rembertowie, bo nie chciał go narażać na niedogodności studiów w mniej prestiżowym Gdańsku (bo koledzy by się śmiali) ani na despekt wynajmowania stancji. Troszcząc się tak bardzo o latorośl, przewidujący jak widać nie wszystko ojciec nie zadbał tylko o skontaktowanie syna z psychiatrą, co zapewne uratowałoby przynajmniej jedno życie ludzkie. Zwykli Polacy nie mają wątpliwości, że gdyby Mieszko był synem furmana lub tragarza, oglądalibyśmy go w kajdankach i czerwonym uniformie zarezerwowanym dla najbardziej niebezpiecznych sprawców na sali sądowej w trakcie procesu pokazowego, stanowiącego dowód, że władza ani wymiar sprawiedliwości nie pobłażają urodzonym mordercom.
Jak jest naprawdę – o tym przekonaliśmy się tamtego majowego dnia ub. r., kiedy zginęła portierka z Uniwersytetu Warszawskiego. Wiemy, że obecny wtedy przez przypadek i bez związku z wydarzeniami na tym samym campusie ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny Adam Bodnar (znalazł się tam, bo uczestniczył w panelu) uciekł natychmiast z terenu Uniwersytetu, lub jak elegancko to ujmują służby, został z niego ewakuowany, zamiast jak na majestat funkcji przystało, dodać chociaż swoją obecnością ducha uczestnikom akcji ratowniczej, prowadzonej po morderczym ataku. Ofiarą napaści poza zamordowaną portierką stał się ciężko ranny strażnik akademicki, próbujący powstrzymać i zatrzymać sprawcę.
Praktyka prawa w demokratycznym państwie nie może uwłaczać zdrowemu rozsądkowi. A wymiar sprawiedliwości, jeśli ma skutecznie działać, nie powinien stawać się przedmiotem żartów – w dodatku makabrycznych i po dłuższym zastanowieniu nieśmiesznych. Wszyscy wiemy, że w obu bulwersujących sprawach dzieje się inaczej.
W sprawie prostego chłopaka spod Łodzi studiującego prawo na KUL, media przesądzają z góry o winie, za poszlakę uznając posiadanie Koranu w domu. Bo domniemany terrorysta wywodzi się ze skromnej rodziny i nie ma renomowanego adwokata. Za to, kto zabił na Uniwersytecie Warszawskim, wiemy wszyscy, ale podobnie vox populi nie ma już wątpliwości, że dzięki stosunkom rodziców sprawca kary nie poniesie, a na oddziale psychiatrycznym będziemy go karmić z naszych podatków przez długie lata, za stawkę dzienną większą, niż przysługuje dzieciakom z Domu Dziecka, bo te rodziców mają nie wpływowych. lecz takich, co się nimi zupełnie nie przejmują.
Do czego to prowadzi? Odpowiedź wydaje się prosta. Znajdujemy ją w przekazach telewizyjnych z Meksyku z ostatnich dni, obfitujących w sceny dewastacji i przemocy.
[1] por. Piotr Halicki. Student KUL-u planował przeprowadzić zamach na jarmark. Nowe fakty o 19-latku onet.pl z 16 grudnia 2025
[2] Koran. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986; z arabskiego przełożył i komentarzem opatrzył Józef Bielawski
[3] Edmund Wilson. Dostojewski za granicą [w:] Szkice. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 1973, przeł. Jerzy Hummel, s. 79