Dla tych, którzy przed laty uwierzyli Szymonowi Hołowni, że jego działania mają na celu odnowę polskiej polityki – nie ma wielkiego znaczenia, czy przyjmą za dobrą monetę obecną wersję wydarzeń wicemarszałka Sejmu, że stał się przedmiotem nagonki. Liczy się to, że jako celebryta wystąpił o zwolnienie z czesnego za studia w Collegium Humanum, a nie, że ich ostatecznie nie podjął.
Z uzupełnienia wykształcenia akurat w Collegium Humanum Hołownia zrezygnował, kiedy wokół uczelni zaczął się skandal. Sprzedawała dyplomy osobom, które tam realnie nie studiowały. Angażowała się w korupcyjne praktyki z udziałem również pisowskich prominentów, w tym wieloletniego eurodeputowanego Ryszarda Czarneckiego. Kłopoty z powodu relacji z Collegium Humanum mają także liczni warszawscy samorządowcy z rządzącej krajem Koalicji Obywatelskiej, bo sobie na to zasłużyli.
W chwili gdy piszę te słowa, nie wiemy jeszcze, co dokładnie zarzucą Szymonowi Hołowni i eurodeputowanemu Michałowi Kobosko prokuratorzy i czy rzeczywiście pojawi się wniosek o uchylenie ich immunitetów.
To co wiemy w tej sprawie i co paradoksalnie zawiera się w wersji samego Hołowni – wystarczy już jednak, by go ocenić surowo. Dla zwyczajnych obywateli, pieczołowicie oszczędzających kosztem wielu wyrzeczeń na studia dla swoich dzieci – fakt, że Szymon Hołownia, celebryta nie tylko polityczny (wcześniej prowadził popularne programy telewizyjne) wystąpił o zwolnienie z czesnego pozostaje już jednoznaczny. Nie trzeba tego wątku rozwijać. Świadczy o człowieku.
Nie wiemy, ilu pisowskich prokuratorów – których gorliwość w tej sprawie podkreślają zwolennicy wicemarszałka – rzeczywiście się w nią zaangażowało. Znamy natomiast liczbę wyższych uczelni w Polsce. Działa ich ok. 350. Hołownia i Kobosko mieli więc sporo ofert do wyboru. I na pewno stać ich było, żeby za studia zapłacić.