Robert Małłek, menedżer, autor powieści “Niezwykła kariera Nataniela Tindera”, w rozmowie Łukasza Perzyny
– Początek tegorocznego uderzenia Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran wydawał się nieść za sobą miażdżący efekt, zginął tamtejszy dyktator ajatollah Ali Chamenei i wielu dowódców wojskowych oraz Strażników Rewolucji odgrywających rolę gwardii reżimu?
– Ranny został syn wspomnianego lidera, Modżtaba Chamenei, niebawem powołany na jego następcę, najwyższego przywódcę. Dalszy scenariusz zakładał jednak, że Iran doznaje szoku i idzie na ustępstwa. Nie spodziewano się odwetowego uderzenia z rozkazu ajatollahów na niewielkie może jeśli chodzi o obszar i ludność, ale mające ogromne znaczenie dla gospodarki surowcowej jak Katar czy finansów jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, państwa regionu. Odbudowa instalacji w samym tylko Katarze, który pozostaje istotnym globalnym dostawcą gazu, okaże się długotrwała i kosztowna. Cieśnina Ormuz została zablokowana. Iran nie poddał się, tamtejszy reżim nie upadł. Z tej perspektywy optymistyczny dla USA i Izraela scenariusz okazał się pomyłką. Amerykańscy generałowie przestrzegali zawczasu prezydenta Donalda Trumpa, że łatwo mu nie pójdzie. Mieli rację, nie osiągnięto zakładanego rezultatu. Również społeczeństwo Iranu nie buntuje się, co wiąże się zarówno z surowością reżimu jak faktem, że pociski spadają na irańskich cywilów, co w oczywisty sposób pogłębia dezorientację i nie sprzyja planom rewolty.
– Co dalej, bo na razie mamy na zmianę negocjacje albo ultimatum, nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie?
– Szczęśliwie wybory połówkowe w USA, które się zbliżają, to perspektywa, która zmusza do racjonalnego myślenia. Obrona cen ropy naftowej staje się koniecznością, rodzi to potrzebę jej składowania, co okazuje się kosztowne. Teraz realne wydaje się nawet racjonowanie paliw w Europie Zachodniej, zależnej od arabskich dostaw. W tej sytuacji niezbędne okażą się akcje społeczne, zachęcanie do korzystania z komunikacji miejskiej zamiast własnych środków transportu. Wiemy, co Zachód przeżył w trakcie kryzysu paliwowego w 1973 r, spowodowanego wojną Izraela z państwami arabskimi, również w Ameryce zdecydowano się wtedy na ograniczenia prędkości dla samochodów, żeby mniej benzyny zużywać. Dziwię się, że w Polsce rząd nie wprowadza pracy zdalnej dla urzędników, ani nie zachęca przedsiębiorców, by na nią przestawiali swoje firmy. O oszczędności warto dbać, kiedy ponosimy wysokie koszty wydatków na zbrojenia, które okazują się niezbędne, bo wynikają z naszej sytuacji geopolitycznej, pogarszającej się od rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 r.
– Koszty, które ponosimy, wydają się oczywiste. A czy cel wojny z Iranem zna ten, kto ją wywołał? Jest Pan autorem powieści “Niezwykła kariera Nataniela Tindera”, gdzie jeden z głównych bohaterów wydaje się w oczywisty sposób Donalda Trumpa przypominać, więc pytanie pozostaje zasadne? Jak rozumiem głównym zamiarem realnego prezydenta Trumpa nie jest ustanowienie demokracji w Iranie, nie po to tę wojnę prowadzi?
– Bohater tytułowy mojej powieści, jak pamiętam recenzował ją Pan w PNP 24.Pl, to postać, która za sprawą własnego sprytu i bezwzględności wspina się na szczyty władzy, w czym dopomaga inny bohater, noszący nazwisko Trumpet. Teraz jednak rozmawiamy o rzeczywistej postaci prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pyta Pan o cel wojny. Donald Trump chciałby mieć wpływ na wydobycie ropy w Iranie.
– A to wpisuje się w stereotyp motywacji najpotężniejszego człowieka świata?
– Poprzednim celem ataku Trumpa stała się Wenezuela. Rządzona przez dyktaturę Nicolasa Maduro, który w wyniku brawurowej akcji komandosów amerykańskich został uprowadzony z kraju, gdzie wydawał się wszechwładny. Wenezuela, o czym trzeba pamiętać, ma obok Arabii Saudyjskiej największe zasoby ropy naftowej w świecie. Kibicuję Wenezuelczykom, żeby środki pochodzące ze sprzedaży ropy przestały być marnotrawione czy rozkradane i posłużyły wreszcie rozwojowi ich kraju. Widzimy jednak, że po dokonaniu pierwszego spektakularnego ataku, Trump nie podjął działań, zmierzających do tego, żeby Wenezuelczycy sami stanowili o sobie. Nie ma też podobnych ambicji wobec Iranu. Celem wojny, prowadzonej przez Stany Zjednoczone na pewno nie jest ustanowienie w Iranie demokracji. Nie chodzi nawet o realność podobnego przedsięwzięcia.
– Oczywiste, że Trump nie jest idealistą, jak wielu jego poprzedników, na czym my w Polsce korzystaliśmy, kiedy Jimmy Carter wspierał walkę o prawa człowieka, Ronald Reagan działania Solidarności a po zwycięstwie tej ostatniej Bill Clinton wprowadził nas do NATO, bo wcześniej jego wiedzę o geopolityce w trakcie stypendium w Oxfordzie ukształtował wykładowca Zbigniew Pełczyński, weteran Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie podczas II wojny światowej?
– W odróżnieniu od nich Donald Trump pojmuje politykę międzynarodową w sposób transakcyjny, biznesowy. Od eksportu demokracji i praw człowieka do Iranu ważniejsze okazują się kwestie kojarzone z Izraelem i Libanem. A także naciski, związane z sezonem wakacyjnym, specyficznym dla branży naftowej. I oczywiście chęć uniknięcia porażki Republikanów w wyborach, które ich czekają jeszcze w tym roku.
– Spędził Pan wiele czasu w Pakistanie, gdzie pracował Pan dla polskiej firmy. Ten kraj odgrywa specyficzną rolę w obecnym konflikcie, jak to ocenia tamtejsze społeczeństwo, warto przypomnieć, że chodzi o nastroje w kraju nie tylko o ogromnej liczbie ludności, ale dysponującym własną bronią atomową?
– Pakistan ma trudną sytuację wewnętrzną, zarówno pod względem ekonomicznym jak politycznym. W tej sytuacji w społeczeństwie pojawiło się zadowolenie czy wprost duma z faktu, że Pakistan okazał się poważnym graczem, stał się miejscem prowadzenia negocjacji pokojowych. Jego stolicę, Islamabad, udekorowano z tej okazji billboardami. Gdy przybył tam wiceprezydent USA D. H. Vance – odgrodzono dla zwykłych przechodniów całe centrum, dzielnicę rządową, najlepsze hotele Serena i Mariott. Amerykanie negocjują w Pakistanie sposoby wyjścia z wojny irańskiej, ale zarazem, co istotne, nie upominają się o lidera pakistańskiej opozycji Imrana Khana, który wciąż przebywa za kratami. To kwestia priorytetów, o których już rozmawialiśmy. Pakistan miał z Iranem złe stosunki, dochodziło nawet do wzajemnego ostrzału rakietowego pod pretekstem wspierania terrorystów, szkolonych z obozach niedaleko granicy. Zwyczajni Pakistańczycy na pewno nie postrzegają więc wojny toczonej przeciw Iranowi przez USA i Izrael w ten sposób, że ich braciom w wierze dzieje się niezasłużona krzywda. Pochlebia im z kolei, że przyjechał do nich Vance i nie wyklucza się wizyty samego Trumpa. Za wcześnie, by wyrokować, ile Pakistan może na tym zyskać, że prowadzi ofensywę dyplomatyczną. Poważnym wobec niego graczem pozostają Chiny. To Chińczycy są głównym inwestorem i donatorem w Pakistanie, nie z dobrego serca oczywiście, zwiększają tam swoje wpływy. Ale to nie Islamabad pozostaje dla nich głównym celem. Ich nacisk na odblokowanie Cieśniny Ormuz i ewentualne zakończenie konfliktu może okazać się istotny. Każdy patrzy na tę wojnę z perspektywy, ile może na niej zyskać i stracić. Dla Polski zagrożeniem pozostaje nie tylko wzrost cen paliw, jak wiemy rząd w tej kwestii konkretne działania podjął – ale musimy się liczyć z niekorzystnymi następstwami, dotyczącymi zarówno możliwości jak zaangażowania naszego najsilniejszego sojusznika. Wiemy, jak wiele rakiet wystrzelili Amerykanie od początku wojny z Iranem. Rzutuje to na perspektywy wspierania Ukrainy w walce z rosyjską agresją. Nie tylko w tym sensie Rosja zyskuje, że wojna toczy się również nad Zatoką Perską. Gdy rosną globalne ceny paliw, łatwiej jej przychodzi finansowanie własnej, pełnoskalowej wojny, trwającej już piąty rok.