Ameryka i wolność Polski

0
43

Prezydenci USA zawsze mieli wielki wpływ na los Polski: postulat naszej niepodległości jako warunek Woodrowa Wilsona ustanowienia trwałego pokoju przed ponad stu laty przyczynił się do odrodzenia naszego państwa. Suwerenność zaś utraciliśmy po kolejnej wojnie, z winy zdrady Franklina D. Roosevelta w Jałcie. Bill Clinton wpuścił nas do NATO, wykorzystując jedyny moment w historii, kiedy stało się to możliwe. Wcześniej Jimmy Carter, czyniąc prawa człowieka priorytetem amerykańskiej dyplomacji utorował drogę polskiej opozycji. Zaś Ronald Reagan nie przestrzegł przyjaciół z Solidarności przed stanem wojennym, chociaż poznał zawczasu datę jego wprowadzenia. A George Bush senior nawet po klęsce komunistów w wyborach z 4 czerwca 1989 r. nakłaniał gen. Wojciecha Jaruzelskiego, by nie rezygnował z ubiegania się o prezydenturę, co spowolniło polskie przemiany.

Z innej strony obecność Polski na mapie ani zakres suwerenności nie stanowiły funkcji kolejnych strategii w Białym Domu ogłaszanych, nawet jeśli ich sprawczość zasługuje na podziw – tylko efekt działań samych Polaków, Gdy prezydent Woodrow Wilson odrzucił liczącą wtedy ponad 90 lat doktrynę Jamesa Monroe’go, co ograniczała dyplomatyczne ambicje USA do obu Ameryk i zastąpił ją geopolityczną koncepcją nowego ładu międzynarodowego, którego częścią stać się miała wolna Polska – faktem politycznym stały się już wcześniej Legiony Józefa Piłsudskiego jako suwerenna siła zbrojna ale też i budowana przez Ignacego Paderewskiego oraz Romana Dmowskiego reprezentacja polityczna na użytek przyszłych zwycięzców I wojny światowej.  Podobnie gdy Jimmy Carter w 60 lat później podnosił wspieranie praw człowieka do rangi zasady dyplomacji Stanów Zjednoczonych – przynajmniej jego doradcy ze Zbigniewem Brzezińskim na czele wiedzieli, że już parokrotnie upominali się o nie w Polsce robotnicy (w 1956 oraz 1970 r.) i studenci (w 1957 r. po rozwiązaniu “Po Prostu” oraz w Marcu 1968 r.), a także Kościół w trakcie tzw. konfliktu milenijnego. 

Problem, jaki dzisiaj Polska – a nie tylko obóz rządowy, jak dowodzi zaskakujące poparcie dla stanowiska marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego ze strony opozycyjnej Konfederacji – teraz ma jeśli nie z samym Donaldem Trumpem, to z powołanym przez niego ambasadorem w Warszawie Tomem Rosem, nie stanowi więc zupełnego novum w naszej polityce międzynarodowej, raczej wypadkową dotychczasowych doświadczeń. A ambasador nie jest mężem stanu i nie działa z własnego tylko impulsu. Naiwne byłoby przeświadczenie, że szczerze broni dobrego imienia szefa. Obaj testują, jak daleko wolno im się posunąć. Bojkot marszałka, nawet jeśli Czarzasty świadomie ten spór sprowokował, stanowi bowiem niedopuszczalną ingerencję silniejszego sojusznika wobec partnera z NATO.                                                         

Rekrutacja, dyplomacja i efekt w globalnej polityce

Najpoważniejszy a przy tym bezstronny biograf Donalda Trumpa, Michael Wolff (“Ogień i furia”), relacjonuje jak po jego pierwszym zwycięstwie – wtedy, kiedy Elon Musk przyjechał do Trump Tower z propozycją dla nowej administracji współpracy przy projekcie załogowego lotu na Marsa i spotkał się z entuzjastyczną reakcją gospodarza – trwały zabiegi o posady w dyplomacji: “Anna Wintour, naczelna magazynu “Vogue” i królowa branży modowej, pierwotnie liczyła na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych w Wielkiej Brytanii za rządów [Baracka] Obamy. Gdy nie udało się jej spełnić tych ambicji, nawiązała bliską współpracę z Hillary Clinton. Teraz stawiła się w Trump Tower (choć stanowczo odmówiła parady przed dziennikarzami) i z niemałym tupetem zaproponowała swoją kandydaturę na jego przedstawicielkę w ambasadzie amerykańskiej w Londynie.

Trump był skłonny rozważyć ten pomysł (“Na całe szczęście między nimi nie zaiskrzyło”, skomentował [Steve] Bannon)” [1]. W tym samym czasie “Mark Hemingway na łamach konserwatywnego, choć przeciwnego Trumpowi “Weekly Standard” napisał, że amerykańskie życie publiczne zostało zdominowane przez dwie niegodne zaufania narracje i że zakrawa to na dziejowy paradoks. Prezydent elekt wygłaszał stwierdzenia, w których brakowało informacji albo które nie znajdowały potwierdzenia w faktach, natomiast media “przybrały stały model oceniania wszystkich działań Trumpa jako z definicji niekonstytucyjnych albo stanowiących przejaw nadużywania władzy” [2].  Przez dekadę sytuacja nie uległa zmianie poza tym, że podobne postrzeganie prezydenta Stanów Zjednoczonych rozszerzyło się na cały świat. Cytowany już Wolff zapewne pierwszy zwrócił uwagę na komiksowy styl i sposób uprawiania polityki przez Trumpa, co również eskaluje na domenę dyplomacji [3]. W sposób oczywisty ośmiela to nie tylko Władimira Putina ale innych globalnych wrogów demokracji. 

Moment dziejowy powtórnie istotny

Obecny moment dziejowy okazuje się podobnie niezmiernie istotny, nie tylko ze względu na sytuację w Ukrainie i Strefie Gazy. Ważą się losy sukcesji po Trumpie. Do kolejnych wyborów prezydenckich w USA pozostało nieco ponad dwa i pół roku. Nic nie wskazuje na to, żeby Demokraci, potrzaskani po katastrofie operetkowej kampanii  Kamali Harris (kandydatka okazała się całkowicie niewybieralna podobnie jak Rafał Trzaskowski w Polsce) byli w stanie powalczyć o zwycięstwo. Deszyfracja zachowań i nielicznych spójnych wypowiedzi samego Trumpa wskazują, że waha się, czy wskazać wytrawnego dyplomatę, obecnego sekretarza stanu i niewątpliwie człowieka oświeconego jakim pozostaje Marco Rubio, potomek kubańskich emigrantów – czy raczej wygwizdywanego przy różnych okazjach (ostatnio na inaugurację zimowej olimpiady w Mediolanie) ob. wiceprezydenta, izolacjonistę D. H. Vance’a, co nie tylko wywodzi się z nizin społecznych ale zachowuje niczym bohater “Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego, ogrodnik, co powtarzając w kółko jeden wyświechtany slogan robi wielką karierę w polityce.

Dla Polski nie jest obojętne, kto następcą Trumpa w Białym Domu zostanie. Zwłaszcza, że Vance publiczne sugeruje, że Polską rządzi lewicowa dyktatura co przejęła gwałtem wolne za poprzedniej ekipy media i prześladuje opozycję, a jego – tak to nazwijmy – ograniczona wiedza o współczesnym świecie wskazuje, że być może mówi szczerze. Z drugiej strony, chociaż Rubio zna na przykładzie Kuby efekty działań kremlowskiego imperializmu, to przecież on odpowiada za dyplomatyczne załogi na placówkach: w tym warszawską. 

Polska musi się w tym wszystkim odnaleźć, nawet jeśli zestaw najbardziej prawdopodobnych wariantów wcale optymizmem nie napawa. Trwająca od półwiecza, pierwsza od lat trzystu korzystna dla Polski koniunktura międzynarodowa należy już do przeszłości. I tak wiele na niej zyskaliśmy. Pora bronić dotychczasowych zdobyczy. I to nie słowa, nawet z języka dyplomacji, rozstrzygną o wyniku tej rozgrywki.             

[1] Michael Wolff. Ogień i furia. Biały Dom Trumpa. Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, przeł. Magda Witkowska, Bartosz Sałbut, Magdalena Małkowska, s. 63[2] M. Wolff. Ogień i furia… op. cit, s. 66-67 [3] por. ibidem s. 67

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here