Caracas, Kijów, Warszawa i reszta świata, czyli o meandrach polityki zagranicznej amerykańskich Republikanów
Sprawność pojmania przez komandosów z Delty i wywiezienia z kraju dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro wzbudza powszechny podziw. Tyle, że w Caracas nadal rządzi reżim. Prezydent Donald Trump wydaje się nie mieć trwałego pomysłu na sytuację w Wenezueli podobnie jak na pokój na wschodzie Europy.
Najbardziej wnikliwy a przy tym wolny od zacietrzewienia biograf Trumpa, Michael Wolff (“Ogień i furia”) zwraca uwagę na jego niemożność trwalszego skupienia się na problemie, przewidywania ruchów, rozgrywania zawczasu w myślach całej partii, jak w szachach. Dlatego prezydent lubuje się w działaniach, dających doraźny skutek. Przeświadczony, że trafi w gusta swoich prostodusznych wyborców: “rednecks” (dosł. czerwonych karków, chociaż po angielsku nie brzmi to aż tak jak po polsku obraźliwie) z pokrzywdzonego przez zmiany postindustrialne i nieuchronnie ubożejącego “pasa rdzy”.
Dyplomacja komandosów
Z drugiej strony w najbliższym otoczeniu Trumpa nie brak polityków o horyzontach szerszych niż jego własne. Jak sekretarz stanu (amerykański odpowiednik ministra spraw zagranicznych) Marco Rubio, czy strateg polityczny i nasz rodak Corey Lewandowski, współtwórca obu jego zwycięskich kampanii. Nawet jeśli karykaturalnie prezentuje się nominalny zastępca Trumpa – D. H. Vance, znany również z absurdalnych poglądów dotyczących Polski.
Obłudna troska o Wenezuelę, która w pół wieku zmarnowała swoją pozycję najzamożniejszego państwa Ameryki Łacińskiej i pomimo zysków z wydobycia ropy naftowej odbyła w tym czasie drogę od demokracji do dyktatury – nie zwalnia wolnego świata od refleksji nad następstwami uprowadzenia Maduro dla sytuacji w innych zapalnych regionach kuli ziemskiej.
Znów nie chodzi tylko o Kijów, chociaż ten oczywiście straci na odwróceniu uwagi opinii publicznej i dyplomacji świata od sytuacji na froncie rosyjskiej agresji. Tylko o Warszawę, która w Wenezueli interesów nie ma (bardziej aktywne kontakty z Trzecim Światem mieliśmy – to nie żart -w czasach wasalnej PRL), a nawet w wypadku demokratycznego tam przewrotu pomoc dla faworytów Zachodu w tym konflikcie nie pójdzie przez podrzeszowską Jasionkę. Rzut oka na globus wystarczy.
Uderzyć i nie utknąć
Trump uderzył jednorazowo i tam, gdzie nie potrzebował żadnego, nawet wywiadowczego, wsparcia ze strony Europy Zachodniej, a zwłaszcza naszej flanki NATO.
Waszyngton pokazuje, że zabezpiecza własne interesy. I że sobie sam z tym doskonale radzi.
Giną najemnicy kubańscy, co mieli bronić wenezuelskiego watażki. Nikt nie żałuje Maduro, który sfałszował wybory, wspierał terroryzm i handlował narkotykami.
Sam Trump zapewne tego do końca nie pojmuje, ale doradcy podpowiedzieli mu słusznie, w jakiej skali zadziałać.
Ameryka ponosiła straty w wojnach interwencyjnych, kiedy się przedłużały. Jak w koreańskiej, brudnej wietnamskiej, potem drugiej w Zatoce. Za to oparta na zasadzie szybkiego uderzenia pierwsza interwencja przeciwko irackiemu dyktatorowi Saddamowi Husajnowi w styczniu 1991 roku przyniosła sukces. Odbito zajęty pół roku przedtem przez agresora Kuwejt. Zdruzgotano ofensywny potencjał zbrojny Iraku, chociaż dyktator jeszcze u władzy pozostał. W dodatku potwierdzono sojusz z państwami arabskimi w tym z najważniejszą dla USA w tym regionie Arabią Saudyjską.
Zupełnie inaczej działo się w Afganistanie, gdzie pierwsza operacja zbrojna, kara za zamachy na World Trade Center z 11 września 2001 r., zakończyła się wypędzeniem talibów z Kabulu. Ameryka jednak tam utknęła, okupacja nie przyniosła efektów w odróżnieniu od desantu i wojny błyskawicznej. Nawet zgładzenie lidera fundamentalistycznej międzynarodówki Osamy bin Ladena niewiele zmieniło. Ostatecznie Amerykanie w niesławie zrejterowali z Afganistanu, dbając tylko o to, by odpowiedzialność za to rozłożyła się równomiernie na obejmującą wtedy władzę demokratyczną administrację Joe’go Bidena oraz ustępującą wówczas pierwszą ekipę Trumpa.
Nie widać więc szaleństwa Trumpa, raczej pewną metodę, w działaniach Ameryki wobec Wenezueli.
Chodzi o to, by odnieść spektakularny sukces, ale zarazem tam nie ugrzęznąć. Zwłaszcza, że w tropikalnym kraju partyzantka ma praktycznie nieograniczone możliwości eskalacji własnych działań. Amerykanie przekonali się o tym w trakcie wojny wietnamskiej. A w całej Ameryce Łacińskiej pozostają zasadnie znienawidzeni, bez porównania nawet z Indochinami, gdy tam wojnę toczyli, za sprawą wieloletniego poparcia dla najobrzydliwszych dyktatur: klanów Somozów w Nikaragui i Duvalierów na Haiti czy wreszcie gen. Augusta Pinocheta w Chile i zapomnianych już satrapów jak Alfredo Stroessner z Paragwaju. Dlatego tak mało wiarygodnie brzmią amerykańskie uzasadnienia interwencji, jaka się już w Wenezueli dokonała, regułami praworządności czy przyzwoitości. Co nie zmienia faktu, że Maduro pozostawał jednym z najpaskudniejszych dyktatorów na kuli ziemskiej. Jednak ten, kto go kazał uprowadzić i oddać amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości – uprzednio rozpostarł czerwony dywan przed Władimirem Putinem w Anchorage na Alasce. O tym też warto pamiętać.
Gdyby Trump zamiast podejmować kremlowskiego dyktatora z honorami kazał go wtedy zatrzymać i przed sądem postawić – miałby nie tylko Pokojową Nagrodę Nobla, której podobno serio pragnie – ale również szacunek demokratycznej opinii publicznej wolnego świata. Dało się to zrobić, skoro ze sprawy Maduro płynie przesłanie, że wolno pojmać przywódcę obcego państwa i oddać pod sąd we własnym a nie jego kraju, jeśli popełnia przestępstwa na skalę międzynarodową.
Tych ostatnich Putin w Ukrainie dopuścił się niewspółmiernie więcej i bez porównania groźniejszych niż wenezuelski watażka. Podkomendni tego pierwszego w razie jego zatrzymania na Alasce nie rozpętaliby w odpowiedzi globalnej wojny jądrowej, bo skupiliby się na sukcesji po dyktatorze.
Na razie jednak z Noblem Pokojowym pozostaje uosabiająca demokratyczną Wenezuelę ubiegłoroczna jego laureatka Maria Corina Machado. Przypomina to nieco sytuację Polaków z 1983 r. kiedy to po karnawale Solidarności i zimnym prysznicu stanu wojennego podobnie pozostawaliśmy z Nagrodą Nobla dla Lecha Wałęsy (jak powszechnie wtedy oceniono – o rok spóźnioną) i kłopotem, jaki sprawiała nam obłuda zachodnich rządów czy koncernów, skłonnych do werbalnych potępień łamania praw człowieka i gotowych do lukratywnych interesów z odpowiedzialnymi za to reżimami: przedstawiciel amerykańskiego Citibanku publicznie cieszył się z wprowadzenia u nas stanu wojennego, okazał się więc mniejszym demokratą niż komuniści włoscy, chińscy czy albańscy, którzy użycie siły przez generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka potępili. My musieliśmy czekać sześć lat, nie wiemy, jak długo wytrzymają Wenezuelczycy.
Sekretarz stanu USA Marco Rubio, który sam wywodzi się z rodziny kubańskich emigrantów, a do Senatu przez lata był wybierany z Florydy dzięki głosom tej właśnie diaspory – już zapowiada rozprawę z kolejnym reżimem. Marksistowskim w Hawanie. Zapewne również poskromieniem pogrobowców Fidela Castro, podobnie jak Nicolasa Maduro, nie będziemy mieli powodu się martwić, znając komunizm i efekty jego rządów. Natomiast skupienie uwagi Amerykanów na następcy braci Castro – Miguelu Diazie-Canelu i jego podwładnych, a nie na naszej części świata z pewnością nie oznacza dla nas dobrej wiadomości…