Panczenista Władimir Semirunnij zdobył dla Polski jako swojej przybranej ojczyzny srebro zimowej olimpiady. Po takim samym medalu skoczka narciarskiego Kacpra Tomasiaka znowu mamy powody do radości. To zarazem dowód dla świata, że Polska stwarza szanse na rozwój i sukces tym, którzy u siebie są ich pozbawieni za sprawą niekorzystnych wyroków historii. Trudno o lepszą propagandę naszego kraju. Nie chodzi przecież tylko o łyżwiarstwo szybkie.
23-letni teraz Władimir Semirunnij mieszkał i trenował w Rosji do czasu, kiedy Władimir Putin zaatakował Ukrainę. Łyżwiarz wyjechał z kraju obawiając się poboru do wojska i wysłania na front niesprawiedliwej wojny. Nie chciał też ponosić konsekwencji wykluczenia rosyjskich sportowców z międzynarodowych zawodów za politykę władz, z którą się nie utożsamia. Wjechał do nas autobusem z okręgu kaliningradzkiego. Teraz koledzy i trenerzy mówią o nim “Władek”. Nigdy Wołodia. Udział w jego błyskawicznej adaptacji mieli: szkoleniowiec Paweł Abratkiewicz i obecny szef naszej misji olimpijskiej Konrad Niedźwiedzki. Najpierw zakwaterowano go w skromnym hotelu “Janosik” pod Tomaszowem Mazowieckim. Na treningi czasem dojeżdżał rowerem, bo nie miał wtedy jeszcze prawa jazdy, żeby skorzystać z samochodu, którego pożyczenie trenerzy mu oferowali. Za to często go własnymi autami podwozili. Przyszły srebrny medalista znał wtedy angielski i w tym języku się porozumiewał, polskiego nauczył się już u nas.
Nowy polski wicemistrz olimpijski na 10000 metrów w łyżwiarstwie szybkim Władimir Semirunnij wywodzi się z rosyjskiej inteligencji. Ojciec jest specjalistą z branży informatycznej. Matka uczy w szkole. Oboje pozostali w kraju i stamtąd synowi kibicowali.
Rywalizacja we Włoszech przebiegała niezmiernie dramatycznie. Najpierw obiecująco ponad miarę oczekiwań nawet: nasz reprezentant długo prowadził. Potem wyprzedził go Czech Metodej Jiler. Kiedy przyspieszyło dwóch kolejnych rywali, wydawało się z kolei, że medalu dla nas może w ogóle nie być. Osłabli jednak przed finiszem. Brąz wywalczył Holender Jorrit Bergsma.
Sportowy kunszt olimpijskiego wicemistrza broni się sam i nie wymaga komentarzy. Komputery grzeją się raczej od tych politycznych. Zdecydowanie przeważają w ich jednak duma i radość.
Proponowano naszemu teraz medaliście wcześniej start w barwach Kanady albo Kazachstanu, w obu tych krajach warunki finansowe miałby lepsze. Z własnego wyboru stał się jednak chłopakiem z Tomaszowa Mazowieckiego, tam znalazł swój dom i klub sportowy. Polska na jego medalu nie tylko sportowo zyskuje. Zaś jeśli o panczeny chodzi, to sukcesy w łyżwiarstwie szybkim odnosili wcześniej już mistrzowie nie z importu: wystarczy przypomnieć dwa medale zawodniczek w odległym amerykańskim Squaw Valley w 1960 r. oraz złoto Zbigniewa Bródki w Soczi (2014 r.) i brąz na tych samych igrzyskach w drużynowej rywalizacji.
Kiedy nasi siatkarze wygrywali na olimpiadzie w Montrealu (1976 r.) mecz o złoto ze Związkiem Radzieckim, w kraju pomimo nocnej, co wynikało z różnicy czasu, pory kibicowały im przy telewizorach miliony rodaków. Wiedzieliśmy, że nie tylko o sportową wirtuozerię chodzi, ale i narodową dumę oraz potrzebę sukcesu. W cztery lata później Władysław Kozakiewicz przeszedł do historii nie tylko dlatego, że na moskiewskiej olimpiadzie w konkursie skoku o tyczce pokonał poprzeczkę zawieszoną najwyżej, ale za sprawą słynnego gestu – od tego momentu określanego jego nazwiskiem – którym skwitował daremne wysiłki przeszkadzającej mu pohukiwaniem i buczeniem szwoinistycznej radzieckiej publiczności.
Teraz polski sport zyskał nowego – chociaż urodzonego na obcej ziemi, w dalekim Jekaterynburgu – bohatera. Bez krzywdy innego srebrnego medalisty Kacpra Tomasiaka, bo skoki narciarskie pozostaną narodową dyscypliną Polaków.
