Zabraliście nam już wszystko, nawet strach – tak brzmi jedno z haseł chilijskich demonstrantów. Bezpośrednią przyczyną gwałtownych wystąpień stała się podwyżka cen biletów komunikacji miejskiej. Wcześniej podrożało jednak niemal wszystko: światło i gaz, usługi medyczne i leki, edukacja. A Chile ma w regionie rekordowy nie tylko dochód na mieszkańca, ale i rozwarstwienie społeczne. Kraj, który był przedmiotem eksperymentów: populistycznego i liberalnego teraz płaci za fantazje ideologów.

Chile płonie już od ponad tygodnia, jak za rządów dyktatora Augusto Pinocheta codziennością stały się tam wojsko i policja na ulicach, z ciężkim sprzętem rozbijające społeczne protesty. Ich gwałtowność przekracza wszystko, co zdarzyło się przez trzy dekady od obalenia dyktatury. Nikt nie wierzy w oficjalnie podawaną liczbę 18 ofiar śmiertelnych. Rannych jest więcej niż 500, zatrzymanych ponad pięć tysięcy. Ponad trzysta supermarketów obrabowano, wiele spalono. Jak we Francji mieszkańcy zakładają żółte kamizelki, ale w wypadku Chile nie są to wcale protestujący. Odwrotnie: w ten sposób uniformizują się obywatele, organizujący się w zaimprowizowane straże, które mają strzec ich własnych i sąsiedzkich domów. Wśród śmiertelnych ofiar zamieszek znalazł się nauczyciel angielskiego z Polski.

Interwencję na razie w postaci wysłania misji zapowiedziała Organizacja Narodów Zjednoczonych, co ogłosiła Michelle Bachelet, obecna wysoka komisarz ds. praw człowieka. Bo jak na ironię funkcję tę pełni właśnie lewicowa poprzedniczka obecnego prawicowego prezydenta Chile Sebastiana Pinery, właściciela linii lotniczych i stacji telewizyjnych oraz bratanka arcybiskupa. Rząd cofnął już podwyżki cen biletów, które przedtem stały się iskrą konfliktu. Zapowiedział też podwyższenie płacy minimalnej i najniższych emerytur – jedne i drugie są niższe niż w Polsce, chociaż kraj jest zamożniejszy.

Problem ma jednak szerszy wymiar. Żeby w Chile studiować, trzeba się zadłużyć na przynajmniej kilkanaście lat. Ciężka choroba, również wtedy, gdy leczenie odbywa się w państwowym szpitalu, oznaczać może bankructwo całej rodziny. System przestał być wydolny. A jeszcze niedawno Chile stawiano za wzór nie tylko państwom regionu, ale również Polsce jako udany przykład bogacenia się i transformacji ustrojowej od dyktatury do systemu demokratycznego. Eksperci i dziennikarze specjalnie latali do Santiago, żeby podpatrywać chilijski system ubezpieczeń, reklamowany jako najlepszy w świecie. W latach 90 rekomendowano go jako wzór dla polskiego. Dziś wydaje się leżeć w gruzach wraz z całym krajem.

Odpowiedzialność za to ponoszą ideologowie, którzy w Chile znaleźli sobie poligon do społecznych i gospodarczych eksperymentów: zarówno lewicowi jak liberalni. Jak również politycy, którzy po przywróceniu demokracji wciąż kierowali się egoizmem, a nie dobrem publicznym, co sprawiało, że chociaż ekipy konserwatywne i socjalistyczne wymieniały się u steru, problemów kraju nie udawało się rozwiązać. Zanim wybuchł obecny kryzys, przeciwko wysokim kosztom nauki i utrudnieniom w dostępie do edukacji protestowali uczniowie i studenci.

Państwo chilijskie, w świecie podziwiane za demokratyzację i księgowy wzrost produktu krajowego brutto dla obywateli okazało się nieprzyjazną biurokracją. Widać to w trakcie obecnych zajść, kiedy wojsko i policja wprawdzie wyróżniają się dziką brutalnością wobec demonstrantów, ale równocześnie nie kwapią się do ochrony własności obywateli przed rabusiami, dlatego zwykli ludzie organizują się w samozwańcze straże.

Socjalistyczny prezydent Chile w latach 1970-73, wybrany demokratycznie Salvador Allende znacjonalizował kopalnie miedzi i wiele przedsiębiorstw, prowadził też akcje rozdawania mleka dzieciom i pakietów podstawowych produktów najuboższym. Gdy jego populistyczna polityka doprowadziła do wzrostu inflacji, koszty próbował przerzucić w postaci specjalnego podatku na najbardziej przedsiębiorczych Chilijczyków. Popierały go ZSRR i Kuba oraz zachodnioeuropejscy socjaldemokraci, zwalczały Stany Zjednoczone, a obaliła ostatecznie inspirowana przez Amerykanów armia. Allende zginął w zamachu.

We wrześniu 1973 r. na siedemnaście lat władzę objął gen. Augusto Pinochet. Ustanowił jedną z najokrutniejszych na kuli ziemskiej dyktatur, w których tortury wobec przeciwników politycznych stały się codzienną praktyką a stadiony piłkarskie zamieniano w obozy koncentracyjne dla oponentów. Równocześnie jednak Pinochet przystał na liberalne reformy gospodarcze, w których widział jedyną szansę odbudowy zrujnowanej ekonomiki kraju. W Chile pojawili się w roli doradców chicagowscy liberałowie ze szkoły Miltona Friedmana. Przy zagwarantowaniu zagrożonej za rządów Allende prywatnej własności pomimo dyktatury ożywienie gospodarcze stało się faktem i poprawiały się wskaźniki rozwoju, rozszerzała klasa średnia. Towarzyszyło temu jednak rekordowe nawet jak na Amerykę Łacińską rozwarstwienie społeczeństwa. Powrót demokracji wcale go nie zmniejszył.

Po grudniu 1981 r. powszechnie porównywano do Pinocheta gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zgadzały się nawet ciemne okulary. Co zabawne, analogia pojawiła się 13 grudnia równocześnie w napisach na murach polskich miast i komentarzach prasy zagranicznej. Porównanie Polski i Chile powróciło w 1990 r, kiedy to obaj prezydenci oddali władzę za cenę zagwarantowanej bezkarności, a ich obozy polityczne stały się beneficjentami rynkowych reform. Pinocheta ścigał wtedy jednak dalej hiszpański sędzia Baltasar Garzon za zbrodnie wobec cudzoziemców po zamachu w Chile, co doprowadziło do aresztowania eks-dyktatora w Londynie. Właśnie wtedy z hołdowniczą wizytą udali się do niego prawicowcy z Polski: Tomasz Wołek, Marek Jurek i Michał Kamiński.

Dzisiaj jednak to nie spór o przeszłość dzieli Chilijczyków tylko problemy, których nie rozwiązano w trakcie szumnie zachwalanej demokratycznej transformacji. Drożyzna okazała się zapłonem dramatycznego konfliktu.

Twoim zdaniem…

Czy sytuacja w Polsce jest porównywalna do Chile?

Czytaj teksty z tego działu:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 14

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

PRZEZzdjęcie: Carlos Figueroa CC BY-SA 4.0
Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here