Dobór Przemysława Czarnka do roli kandydata PiS na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego wskazuje, że prezes partii po raz trzeci zmierzającej do władzy nie liczy na jej samodzielne rządy. Zresztą przedwyborcze sondaże taką możliwość wykluczają. Wskazanie polityka o skrajnych przekonaniach ma ułatwić Prawu i Sprawiedliwości przyszłą koalicję zapewne z obiema Konfederacjami: Sławomira Mentzena oraz Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Dotychczasowy radykał i buldożer powołany został na budowniczego, w czym przejawia się cała przewrotność Kaczyńskiego.
Były minister edukacji w rządzie Mateusza Morawieckiego, 48-letni Przemysław Czarnek kojarzy się z licznymi wojnami ideologicznymi jakie prowadził w tym resorcie. Nie różni się zresztą pod tym względem od niego obecna szefowa polskiego szkolnictwa z ramienia Koalicji Obywatelskiej Barbara Nowacka, podobnie reprezentująca skrajną flankę własnego obozu. Zalazł Czarnek za skórę nauczycielom, bezdusznym sprzeciwem reagując na ich żądania dotyczące poprawy warunków pracy i płacy. Niewiele za to da się powiedzieć nawet o poglądach, a tym bardziej osiągnięciach Przemysława Czarnka w najważniejszych dla Polaków dziś kwestiach bezpieczeństwa kraju czy drożyzny, warunków działania przedsiębiorców czy pożądanych, wobec osłabienia zainteresowania Ameryki naszą częścią globu, sojuszy międzynarodowych.
Pewny siebie i wygadany, Czarnek nie ucieka przed dziennikarzami, wydaje się nawet, że obrona własnych przekonań w sejmowym korytarzu przed kamerami TVN czy TVP Info sprawia mu przyjemność. Refleks to jego atut. Podobnie przytomnie reagował zawsze na polemiki w sali obrad, chociaż posłem jest dopiero drugą kadencję. W słowach nie przebiera, ale samym ich zasobem wielokrotnie dystansuje Jacka Kurskiego czy Adama Bielana. Samo porównanie z tym pierwszym, że też bulterier, pozostaje dla profesora Czarnka obraźliwe. Zwłaszcza, że jeśli trzeba, potrafi użyć skalpela, a nie tylko tasaka. Na tle słabego intelektualnie PiS uchodzi za mózgowca. Chociaż i sprytu konwencjonalnie pojmowanego mu nie brakuje, czego aż nadto dowiodła afera “willi plus”, oparta na ostentacyjnym mechanizmie rozdawania publicznych dóbr swoim.
Syn kierowcy i pielęgniarki Przemysław Czarnek wywodzi się z klasy ludowej: podobnie jak Karol Nawrocki, inaczej niż Andrzej Duda, syn profesora i mąż germanistki z dobrego krakowskiego liceum.
Czy przekona karpie do Świąt Bożego Narodzenia
Na pewno Czarnek miał swój udział w zwycięstwie Nawrockiego w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, a ściślej w przekonaniu do “obywatelskiego” kandydata PiS przed drugą turą głosowania zwolenników innych pretendentów prawicy, w szczególności Mentzena i Brauna, bo oni byli najliczniejsi. Teraz ma swoją misję powtórzyć.
Po pierwsze – zapewnić PiS jak najwięcej głosów w wyborach, kiedy sam wystąpi jako symbol konserwatyzmu – w sytuacji gdy Mateusz Morawiecki to dla elektoratu, o którym mowa, personifikacja uległości wobec Brukseli, a Beata Szydło uosabia dla tej samej grupy cały obciach władzy z pamiętnym pokrzykiwaniem z sejmowej trybuny: “te pieniądze się po prostu należały”, skrótem myślowym niebywałej pazerności tamtej pisowskiej ekipy.
Jednak kiedy wybory się już odbędą, przyjdzie twardo negocjować, zwłaszcza że tak Mentzen jak i Braun znają los liderów poprzednich pisowskich koalicyjnych przystawek: Andrzej Lepper skończył tragicznie, zaś Roman Giertych jako podnóżek Donalda Tuska.
Rząd Czarnka z Mentzenem jako ministrem rozwoju albo cyfryzacji (chociaż już nie finansów ze względu na jego księżycowe poglądy i bitcoinowe interesy) oraz Braunem, przecież reżyserem filmów, na czele resortu kultury – obydwoma w randze wicepremierów – jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Co wcale nie znaczy, że okaże się dobry dla Polski.
Kaczyński uruchamia na razie tylko te aktywa, które są mu doraźnie potrzebne. Liczy na to, że jak w latach 2014-15 wybory pomogą mu wygrać… błędy poprzedników: wtedy były to afera taśmowa i rejterada Donalda Tuska z funkcji premiera do Brukseli. Prezes PiS jednak, jak widać z jego taktyki, o samodzielnych rządach nie marzy.
Koalicję zawierać będzie ugrupowanie, o którym wiadomo, że sojuszników zwykło kanibalizować: niszczyło ich liderów i przejmowało wyborców. Czarnka czeka ciężka robota, by uśmierzyć obawy i podsycić żądzę władzy przyszłych partnerów, ale mało kto poza twardym elektoratem PiS będzie mu z tego powodu współczuć.
Nominat prezesa trafnie określa siebie mianem maszynisty, ale nie chodzi tylko o to, że – jak sam Czarnek utrzymuje – kierownikiem pociągu pozostanie Kaczyński.
Czarnek ma nie tyle zawrzeć przyszłą koalicję, co stworzyć sprawną maszynę do rządzenia, jak to pojmuje Kaczyński, co na pewno nie oznacza liczenia się z sojusznikami, ale też z własnymi obietnicami sprzed wyborów i może się jeszcze przeciwko obecnemu wybrańcowi obrócić. Zwłaszcza, że został wskazany jednoosobową decyzją prezesa, bez zachowania nawet pozorów kolegialności.
Nie przedstawiono gabinetu cieni. Jest sam cień tylko. A polityka to nie platońska jaskinia.
Ile znaczy słowo prezesa
Śmiano się powszechnie z prof. Piotra Glińskiego, zresztą znakomitego socjologa i świetnego dżudoki, gdy w 2013 r. został przez Kaczyńskiego zaprezentowany jako premier z tabletu. Tym prawdziwym nigdy nie został, chociaż tak do niego mówiono, kiedy jako minister kultury stał się zarazem zastępcą szefa rządu, zanim go zdegradowano. Późniejszych personalnych kreacji prezesa PiS już się podobnie łatwo wydrwić nie da, odkąd dwaj mało znani kandydaci na prezydenta: najpierw Andrzej Duda, potem Karol Nawrocki, kolejno wygrywali wybory i obejmowali urząd głowy państwa. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. A jeszcze gorzej, jeśli ziści się przepowiednia wielkiego czeskiego pisarza Milana Kundery: “nikt się nie będzie śmiał”.
Słowo prezesa nie waży zbyt wiele, o czym warto pamiętać. Kiedy PiS szło do władzy po raz drugi, w kampanii z 2015 roku obiecywano, że ministrem obrony po zwycięstwie będzie umiarkowany i majestatyczny Jarosław Gowin. Chodziło o uspokojenie centrowych wyborców, że nie zostanie nim powszechnie znienawidzony Antoni Macierewicz. Co zdarzyło się później, doskonale pamiętamy. Macierewicz wkroczył do resortu MON i to nie sam, ale z kultowym już Bartłomiejem Misiewiczem jako maskotką. Czarnek to jednak nie Macierewicz, czym pocieszać się mogą lepiej wykształceni zwolennicy, którzy przy PiS wytrwali lub do niego wrócili. W jego szaleństwie jest metoda… Jeszcze przed siedmiu laty był tylko wojewodą w Lublinie. Od tego czasu nieprzerwanie idzie do przodu. Kaczyński, zwykle otoczony przez figurantów, też tym razem ma okazję pokazać, że nie wystawia wyłącznie statystów. I wskazuje aktora nie od epizodów. O Czarnku nie da się powiedzieć, że jest nudny, jak kiedyś Duda czy Szydło. Nawet jeśli jego projekty za rządów w MEN szły tak daleko, że wetował je pisowski prezydent Duda, a flagowy okręt, zajęcia z przedmiotu pod nazwą Historia i Teraźniejszość – szybko został zatopiony, nie da się Czarnkowi odmówić zręczności i elastyczności. One kazały mu krytykować obecność “tłustych kotów”, we własnym obozie, która przesądziła o pyrrusowym zwycięstwie PiS z 15 października 2023 r, kiedy to najlepszy wynik nie dał partii Kaczyńskiego – a zaraz zaczniemy mówić: “i Czarnka” – udziału w rządach.
Polityka to jednak materia delikatna i zbyt wczesne wskazanie przyszłego premiera, kiedy partia nie jest nawet liderką większości sondaży, może zostać – zwłaszcza przez wyborców nie pasjonujących się na co dzień życiem publicznym – zinterpretowane jako kolejny akt arogancji Jarosława Kaczyńskiego. I nie zjedna mu zwolenników wśród tych, którzy wahają się wciąż, kogo w głosowaniu za półtora roku poprzeć. Zwykłego Polaka mało przecież obchodzi zarówno obciążająca Czarnka afera “willi plus”, jak jego raźne pohukiwania przeciwko “lewactwu”. Spokojnie, to tylko kandydat – chciałoby się zastrzec. Premierem jeszcze nie został.