Włodzimierz Czarzasty jako marszałek Sejmu, jeśli rzeczywiście tę funkcję w listopadzie obejmie, przysporzy rządzącej Koalicji 15 Października kłopotów, których dotychczas nie miała. Jako lider najmniej licznego z jej ugrupowań stracił w dwa lata jedną piątą posłów: koło Razem Adriana Zandberga po odejściu z Lewicy czasem głosuje… razem z PiS i Konfederacją.
A przy tym Czarzasty to żaden charyzmatyczny lider. Nie jest typem polityka, na którego się głosuje. Przepadł nawet w wyborach do sejmiku mazowieckiego siedem lat temu. Przed dwoma laty osiągnął marny wynik w starannie dobranym (bo z lewicowym przechyłem) okręgu sosnowieckim. Lepiej od niego wypadł tam nawet startujący z gorszego miejsca do Sejmu kolega z listy Łukasz Litewka, pogodnie zachęcający w kampanii do adopcji psów ze schroniska.
Człowiek, który zawsze miał samochód służbowy
Powtarza się jako wziętą z życia anegdotę, że Czarzasty nie zrobił prawa jazdy, bo nie było mu potrzebne. Zawsze bowiem miał służbowe auto z kierowcą.
Skoro jego klub Lewicy liczy po odejściu Razem w tej kadencji ledwie 21 posłów – oznacza to, że gdy Czarzasty naprawdę marszałkiem zostanie – będzie miał ze wszystkich pełniących tę funkcję od momentu powrotu demokracji do Polski najmniejsze oparcie w macierzystej reprezentacji poselskiej. Nawet w rozdrobnionym ale pierwszym pochodzącym z wolnych wyborów Sejmie z lat 1991-93 za Wiesławem Chrzanowskim stało ponad dwa razy tylu posłów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. A poza tym ten ostatni, gdy marszałkiem zostawał, miał już zagwarantowane miejsce w historii. Chrzanowski zapewnił je sobie jedenaście lat wcześniej jako współautor – wraz z mec. Janem Olszewskim – statutu NSZZ “Solidarność”.
Za to Czarzasty, rocznik 1960 r. wylegitymować się może tylko rozciągniętym “między dawnymi a nowymi laty” zestandaryzowanym życiorysem najpierw aparatczyka, a potem przedstawiciela medialnego zaplecza partii postkomunistycznej. W latach 80. przewodniczył Zrzeszeniu Studentów Polskich na Uniwersytecie Warszawskim, został też wiceszefem tej przezywanej “zsypem” socjalistycznej organizacji już w skali kraju. Do PZPR należał przez siedem ostatnich lat jej istnienia. Później zasiadł w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, gdzie dbał o interesy Sojuszu Lewicy Demokratycznej i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który go do tego gremium powołał. A w międzyczasie Czarzasty zarobił spore pieniądze jako prezes wydawnictwa Muza notowanego na giełdzie.
Wicemarszałek Sejmu i lider Nowej Lewicy, najmniej licznie w Sejmie reprezentowanej ale niezbędnej do zachowania skutecznej większości partii Koalicji 15 Października – okazuje się jednak jedynym w gmachu parlamentu politykiem, któremu żurnaliści nie zadają kłopotliwych pytań. Panuje bowiem opinia, że to on rozdaje posady w TVP. A o pracy w niej marzy przecież niemal każdy dziennikarz. Dla reporterek TVN pozostaje więc swojskim “Czarzakiem”: dobrym wujkiem czy misiem z okienka.
Zamienił stryjek siekierkę na kijek
“Największą drapieżność demonstrują mniejsi partnerzy (..)” – ocenia sytuację w koalicji rządzącej były wicemarszałek Tomasz Nałęcz. “W mojej ocenie zamiana sprawnego w roli marszałka Szymona Hołowni na Włodzimierza Czarzastego, z jego hipoteką sięgającą afery Rywina, to ruch z gatunku zamienił stryjek siekierkę na kijek” [1].
Prof. Nałęcz wie, co mówi, skoro okazał się ponad dwie dekady temu głównym demaskatorem afery Lwa Rywina jako przewodniczący badającej ją sejmowej komisji śledczej, w której pracowali m.in. Jan Rokita i Zbigniew Ziobro, zaś Czarzastego zaliczano wówczas – chociaż nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności – do “grupy trzymającej władzę”, która miała stać za korupcyjną ofertą złożoną przez producenta filmowego Rywina naczelnemu “Wyborczej” Adamowi Michnikowi (łapówka od wydającej ją spółki Agora w zamian za możliwość zakupu przez nią telewizji Polsat). Przyczyniło się to do odejścia Leszka Millera z funkcji szefa rządu. Ale po latach – co za ironia losu – to właśnie Czarzasty zastąpił Millera w fotelu przewodniczącego postkomunistycznej partii. Chociaż co do hipoteki – zgodzić się wypada z profesorem Nałęczem.
Swarliwy szef Nowej Lewicy
Zantagonizował własną partię. O frondzie grupy Zandberga czyli lewicy ideowej a nie biurokratycznej była już mowa. Jeszcze w poprzedniej kadencji pozbył się Czarzasty z formacji, której przewodzi, wicemarszałkini Senatu Gabrieli Morawskiej-Staneckiej. Chociaż zyskiwała sobie rozpoznawalność – a może właśnie z tego powodu. Teraz Morawska dalej jest senatorem, chociaż już nie wicemarszałkiem, ale z rekomendacji Koalicji Obywatelskiej. Wcześniej Czarzasty miał ją zwymyślać za to, że często pokazuje się w mediach. Nie dogadał się nawet z Robertem Kwiatkowskim, chociaż przed ćwierćwieczem obaj współtworzyli medialne zaplecze Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Torpedował też próby wykorzystania przez lewicę popularności Moniki Jaruzelskiej, celebrytki i rodzonej córki dyktatora gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który wprowadzał stan wojenny, więc dla emerytów z milicyjnych blokowisk pozostaje ikoną nawet gdy od lat spoczywa na Powązkach. Czarzasty nie czynił tego wcale z powodu obrzydzenia do tradycji swojej formacji. Tylko ze ściśle osobistych względów. Kandydując w Warszawie, infantka Jaruzelska zagroziłaby mandatowej pozycji Anny Marii Żukowskiej, która jako przewodnicząca klubu parlamentarnego Lewicy tworzy z Czarzastym stały tandem.
Wypytywana o to córka dyktatora stwierdziła, że Czarzasty powinien ten problem z własną żoną rozwiązywać – co stanowiło sugestię nader oczywistą [2]. Kłopot raczej w tym, że Czarzasty z Żukowską w odróżnieniu od Francoisa Hollande’a i Segolene Royal przed laty we Francji, nie stanowią raczej tandemu, jakim lewica dojechać może do zwycięstwa. Opera mydlana też nam jednak nie grozi, bo o usłużności żurnalistów wobec Czarzastego była już mowa. Skoro nadskakują, nie będą go prześwietlać, zwłaszcza spraw prywatnych nawet z publicznymi niefortunnie łączonych.
Dla Czarzastego objęcie funkcji marszałka – realne tylko jeśli Hołownia sam ustąpi, bo PiS i Konfederacja już się zakulisowo dogadały, że przy jego odwołaniu nie pomogą – stanowi być albo nie być z perspektywy przywództwa macierzystej formacji. W wyborach z 15 października 2023 r. Komitet Wyborczy Nowa Lewica zdobył 8,61 proc głosów do Sejmu i zajął czwarte miejsce. Teraz w badaniu United Surveys odnotowuje wciąż czwarty ale słabszy wynik 7 proc [3], zaś wedle innego sondażu, przeprowadzonego przez OGB lewica w ogóle do przyszłego Sejmu nie wchodzi z poparciem 4 proc wyborców wyprzedzona o miejsce po przecinku nawet przez Partię Razem Adriana Zandberga [4]. Lider ma więc nad czym rozmyślać. Tym bardziej, że rosną ambicje Krzysztofa Gawkowskiego: w rządzie Donalda Tuska wicepremiera i ministra cyfryzacji, która pozostaje resortem wygodnym, bo w odróżnieniu od zdrowia czy edukacji szefa nie da się tam obarczyć odpowiedzialnością za odczuwalne dla społeczeństwa błędy.
Wiadomo, co zmiana w marszałkowskim fotelu oznacza dla lewicy, ale to jednak kwestia drugorzędna z uwagi na przerzedzające się szeregi jej zwolenników.
Dla Koalicji 15 Października Czarzasty jako marszałek po stanowiącym nową jakość Hołowni to wyraźny regres. Chociaż lider Nowej Lewicy wykazuje się sprawnością w prowadzeniu obrad jako wicemarszałek i bezsprzecznie ma też poczucie humoru – po showmanie i dawnym celebrycie niewielkie zyska pole do popisu. Zaś w partii Tuska, Koalicji Obywatelskiej wszyscy doskonale pamiętają jak wzięcie na listy w eurowyborach przed sześciu laty postkomunistów nie tylko nie dało zwycięstwa ale w opinii wielu analityków przyczyniło się do porażki z Prawem i Sprawiedliwością.
Dla Polski zaś dotrzymanie umowy koalicjantów o rotacyjnym marszałkowaniu i wyniesienie na to stanowisko Czarzastego oznacza, że nie obejmie go polityk, zdolny stanąć ponad podziałami. Potrafił to również Hołownia (sprzeciw wobec podważania wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta, spotkanie z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim) chociaż w sensie politycznym źle się to dla niego skończyło.
Marszałek Sejmu w latach 1997-2001 Maciej Płażyński przyczynił się do przyjęcia po wielu kompromisowych rozwiązaniach reformy samorządowej do dzisiaj bez większych zmian funkcjonującej i udanej, bo umożliwia pozyskiwanie europejskich środków pomocowych, więc przyczynia się do rozwoju Małych Ojczyzn. Jeszcze wcześniej za bezstronność chwalony był inny gospodarz Sejmu, ludowiec Józef Zych. Także Józef Oleksy czy Bronisław Komorowski kojarzyli się w tej roli z koncyliacyjnością i perspektywą szerszą niż interes własnej formacji. U Czarzastego podobnych zadatków nie widać. A przy tym jak słusznie zauważa Tomasz Nałęcz, profesor nauk historycznych przecież – przyszły marszałek ma obciążoną hipotekę. Zła karma zapewne powróci. To problem szerszy niż wizerunkowy.
W odróżnieniu bowiem od swoich poprzedników, liderów postkomunistycznej formacji, Kwaśniewskiego czy Millera – Czarzasty nawet na lewicy niczego nie zbudował. I nie tylko dla obu wymienionych pozostawał sprawcą rozlicznych kłopotów. Dla młodych wyborców, którzy dwa lata temu 15 października wskazali na zmianę i przesądzili o wyniku – to postać z czasu zaprzeszłego. I obciach po prostu, jeśli użyć języka, jakim posługuje się na co dzień pokolenie zmiany. Wcale nie o wiek tu chodzi, tylko o sposób, filozofię i styl uprawiania polityki. Rażący także dla wielu tych, co już nie pamiętają, kim był Rywin. A może nawet i Jaruzelski…
[1] Egoizm partyjny pogrąża koalicję. Rozmowa z prof. Tomaszem Nałęczem. “Gazeta Wyborcza” z 15 października 2025
[2] por. Awantura na lewicy… Onet.pl z 13 września 2019
[3] sondaż United Surveys by IBRIS dla Wirtualnej Polski z 10-12 października 2025
[4] badanie OGB z 8-13 października 2025