Rafał Trzaskowski powinien oddać prezydenturę stolicy. I tak nie zajmuje się Warszawą, tylko kampaniami ogólnopolskimi, a miasto potrzebuje gospodarza. Skoro w niedawnych wyborach prezydenta kraju zawiódł nadzieje demokratycznego elektoratu, trudno mu teraz przyjdzie rządzić dwumilionową stolicą z balastem drugiej już porażki. Sam zapewne nie ustąpi. Wniosek o referendum w kwestii odwołania prezydenta złożyć mogliby niezależni samorządowcy zanim zrobi to PiS z Konfederacją. Tylko taki obywatelski wariant pozwoli uniknąć następnego partyjnego plebiscytu w powszechnym głosowaniu w Warszawie.
Rządzący miastem od siedmiu lat Trzaskowski zaniedbuje je w oczywisty sposób: na ten czas przypadają dwie nieudane próby zdobycia przez niego prezydentury kraju (w 2020 i br.). Każda z nich oznaczała dla niego wyłączenie się z warszawskich spraw na czas wielomiesięcznej kampanii ogólnopolskiej. Dostrzegli to warszawiacy. I znalazło to wyraz w wynikach głosowań w stolicy. O ile w wyborach samorządowych Trzaskowski dwa razy zdobywał fotel włodarza miasta już w pierwszej turze (w 2018 i 2024 r.), a nie bez znaczenia pozostawało, że za głównych oponentów miał polityków PiS – odpowiednio Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego – to już majowe głosowanie w stolicy w pierwszej turze ogólnopolskich wyborów głowy państwa pokazało dobitnie erozję poparcia dla Trzaskowskiego. Tylko w jednej jedynej stołecznej dzielnicy, Wilanowie uzyskał bowiem powyżej 50 proc głosów. A jeszcze niedawno zdobywał ich z marszu ponad połowę w całym mieście.
Jako zajęty karierą ogólnopolską celebryta, Trzaskowski przez siedem lat nie zbudował nawet symbolu swoich rządów w stolicy, jakim dla Pawła Piskorskiego stało się dokończenie budowy metra, zaś dla Lecha Kaczyńskiego stworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego. Chyba, że za znak firmowy jego warszawskiej prezydentury uznamy oddanie do użytku kładki pieszo-rowerowej niedaleko Mostu Kierbedzia na osi, jaką tworzy ul. Karowa. W tym wypadku wkraczamy już jednak w sferę komedii.
Mieszkańcy mogą mieć wrażenie, że Trzaskowski troszczy się głównie o rowerzystów, którzy stanowią zaledwie 10 proc warszawiaków oraz o amatorów hulajnóg elektrycznych, których policzyć trudniej, bo szybciej się przemieszczają, ale można się spodziewać, że jest ich jeszcze mniej. Odłóżmy jednak żarty na bok, gdy chodzi o warunki codziennego życia w prawie dwumilionowej stolicy Polski. Pogarszają się wydatnie za sprawą korków na ulicach, spowodowanych ich zwężaniem lub nie kończącymi się remontami. Również w Śródmieściu, które powinno pozostawać oknem wystawowym Warszawy, komfort życia obniża się z powodu panoszących się żebraków i bezdomnych, mnożących się pustostanów oraz zastępowania sklepów i kawiarń przez markety i kebabownie. Nikt nie panuje nad przestrzenią publiczną, tzw. patodeweloperka wkracza do centrum, czego przykładem szemrana inwestycja przy ul. Okólnik dokładnie naprzeciwko nobliwego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina. Symbolem barbarzyńskiego traktowania tkanki miejskiej stała się zapowiedź wyburzenia biurowca Intraco, o ciekawej architekturze, pochodzącego z lat 70. i mającego miejsce w historii Warszawy. Za wszystko to odpowiada Trzaskowski, nawet jeśli we własnym gabinecie w ratuszu pozostaje nieobecny a Warszawę traktował jako trampolinę do ogólnopolskiej kariery. Teraz jednak widać, że tej ostatniej nie zrobi. I niełatwo przyjdzie mu zarządzać stolicą z piętnem porażki dopiero co w ogólnopolskich wyborach poniesionej.
Z reakcji zaplecza medialnego samego Trzaskowskiego (o eksperckie niestety się nie postarał, również dlatego przegrał) na rezultat jego niedawnego starcia z Karolem Nawrockim, widać, że środowisko to szykuje raczej dla przegranego kandydata obozu polskiej demokracji rolę ikony czy celebryty. A z tego scenariusza nic dla Warszawy nie wynika, poza potrzebą zmiany.
Jeśli ta ostatnia ma się dokonać w interesie mieszkańców, a nie aparatów partyjnych – powinni ją zainicjować w postaci akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum odwołujące prezydenta Warszawy bezpartyjni samorządowcy ze stolicy, zanim zrobią to politrucy z Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Bo wtedy to oni wezmą całą pulę zysków.
Natomiast kolejna kampania obywatelska nie tylko pokaże, że polityk ponosi odpowiedzialność zarówno za działania jak zaniechania, ale jeśli nawet nie zmusi Trzaskowskiego do odejścia, to przynajmniej do tego, żeby się Warszawą zajął. Stolica jest tego warta.
Przy okazji kampanii referendalnej na fali zmęczenia warszawiaków polityką w jej partyjnej odmianie, zrozumiałego po niedawnych wyborach krajowych, kiedy sztaby i rywale nie przebierali w środkach – wyłonić się może przyszły niezależny kandydat na prezydenta Warszawy, który skutecznie rzuci wyzwanie establishmentowi, uosabianemu przez skrótowce nazw partii z Wiejskiej. Zbuduje projekt oparty na inwestycjach i współpracy z ruchami społecznymi a nie resentymentach i uprzedzeniach. Stanie się to z korzyścią dla stolicy i jej mieszkańców. Nadarza się wyjątkowa okazja żeby odebrać Warszawę partyjnym nominatom albo przynajmniej zmusić tych ostatnich do dyskusji o przyszłości miasta, jego rozwoju i warunkach codziennego życia warszawiaków.