Chciałoby się, żeby podobne wiadomości, jeśli już muszą pojawiać się raz do roku, ogłaszano tylko na Prima Aprilis. Niestety ta, że Ministerstwo Kultury pracuje nad zmianą godła państwowego i flagi, co nas podatników kosztować będzie 150 milionów złotych – jest prawdziwa i podana w okolicach 11 Listopada.
Dowiadujemy się równocześnie, że zmiany nie będą rewolucyjne i sprowadzą się do ujednolicenia oraz dostosowania symboli narodowych do zasad heraldyki. Rodzi to oczywiste pytanie – po co je w ogóle przeprowadzać. I to ponad podziałami, bo zaczęło PiS, a kontynuuje obecna koalicja rządowa.
W Ministerstwie Kultury za nasze podatnicze pieniądze, których znów zabraknie na wspieranie i promocję młodych reżyserów i kompozytorów, scenografów czy pisarzy, pracuje zespół urzędników, historyków i znawców herbów, pod nadzorem – a jakże – wiceministra, bo niższa ranga nie pasuje do wagi tematu – Macieja Wróbla. Zamierzają pozłocić Orłowi z godła całe łapy (dzisiaj w tej barwie ma tylko szpony), a w koronę na jego głowie wmontować krzyż.
W karmazynowych barwach. Urzędas szlachcicem, czyli sam Molier by tego nie wymyślił
Flaga narodowa też się urzędasom nie podoba taka, jaką mamy. Nawet jeśli cudzoziemcy chwalą ją często, że piękna. Teraz zamiast czerwieni ma się na niej pojawić barwa karmazynowa jako szlachecka. Znane nie tylko w Brazylii, chociaż tam szczególnie popularne powiedzenie głosi: nie ulepszaj dobrego. Zwłaszcza, że tym razem nie o nazwę partii rządzącej chodzi, lecz o symbole narodowe, stanowiące nawet nie tyle własność, co cenny depozyt obywateli. Widać jednak biurokraci doszli do wniosku że 35 lat bez zmian w demokracji to za dużo (Orłowi koronę przywrócono od Nowego Roku 1990 r.) i majstrować trzeba akurat przy tym, co Polaków łączy.
Robotnicy Poznania w 1956 r. ani stoczniowcy z Wybrzeża w 1970 r. nie maszerowali jednak pod flagami biało-karmazynowymi. Narażając się na kule milicjantów i żołnierzy nieśli w pochodzie biało-czerwone barwy. To fakty historyczne. Żaden biurokrata ich nie zmieni.
W późnych latach 80. jako student redagowałem ukazujące się poza cenzurą pismo Organizacji Akademickiej KPN “Orzeł Biały”. Pisałem wówczas o Lechu Wałęsie i Leszku Moczulskim, także Maurycym Mochnackim i Zygmuncie Krasińskim jako myślicielach politycznych, o książkach Tomasza Jastruna czy Ryszarda Reiffa. Rozważaliśmy na łamach rozmaite pomysły na zmiany w Polsce, bo też czas ówczesny dawał się określić słowami tytułu jednego z tomów sagi Antoniego Gołubiewa o Bolesławie Chrobrym: Szło nowe. Ale nigdy nie roztrząsaliśmy, żeby tytuł naszej kolportowanej w podziemiu gazety zmienić. Na np. Orzeł Kremowy. Nawet żartować się nie chce.
Bo to sprawa poważna, w odróżnieniu od urzędników z Ministerstwa Kultury, co się do niej zabrali. Pierwsze przymiarki czyniono za rządów PiS, za Piotra Glińskiego. Kontynuuje je Koalicja 15 Października, ściślej Polska 2050, bo to w gestii jej szerzej nieznanej “ministry” Marty Cienkowskiej pozostaje resort kultury.
A przecież jeszcze na tydzień przed drugą turą tegorocznych wyborów prezydenckich obie strony – zwycięska i przegrana – prowadziły, oczywiście każda z osobna, dwa spore marsze uliczne w Warszawie. Każdy z nich szedł pod biało-czerwonymi barwami. Marny przykład, bo to zła kampania była, powie ktoś, trawestując fragment listy dialogowej “Psów” Władysława Pasikowskiego. Poszukajmy więc innych z nieodległej przeszłości.
Jak milicja i zatrzymani razem kibicowali chłopakom z Orłem na piersi
Nieco starszy kolega z opozycji opowiadał mi o okolicznościach zatrzymania we Wrocławiu w trakcie demonstracji przeciwko stanowi wojennemu w czerwcu 1982 r. Wraz z innymi schwytanymi po rozproszeniu tłumu przez ZOMO został przewieziony na komendę. A tam grał głośno telewizor, bo akurat miał się zacząć na hiszpańskim Mundialu kolejny mecz reprezentacji Polski. Zanim sędzia zagwizdał, milicjanci i zatrzymani w zgodnym skupieniu wysłuchali Mazurka Dąbrowskiego odegranego przed spotkaniem.
A gdy gra się już zaczęła, bo spisywanie niezbędnych przy zatrzymaniu obywatela danych długo trwa – ci co we własnym przekonaniu bronili socjalizmu podobnie jak walczący z juntą gen. Wojciecha Jaruzelskiego popatrując na przebieg wydarzeń na boisku czasem żywiołowo i z pokrzykiwaniem kibicowali tej samej drużynie. Piłkarzom w białych koszulkach i spodenkach czerwonych a nie karmazynowych. Grającym z Orłem na piersi, bez pozłacanych łap. Dziś wiemy, kto wtedy miał rację. Ale również i to, że stojącym wówczas po niewłaściwej stronie – pomimo ich bezprzykładnie brutalnych zachowań – nie ma powodu polskości odmawiać. O czym ta krótka opowieść zaświadcza.
Tym bardziej pomimo znacznego zacietrzewienia w kraju w przedwyborczym roku 2022 r. i afery z premiami jakie piłkarzom obiecał pisowski premier Mateusz Morawiecki nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek u nas życzył zawodnikom na kolejnym Mundialu w Katarze porażki z Arabią Saudyjską czy nawet bardziej demokratyczną Francją. Bo grali w biało-czerwonych barwach właśnie.
Powtarzając oczywistości, przestrzegam jednak przed gromkimi protestami w stylu: ręce precz od flagi i godła. Bo może to zrazić wielu tych, co kierują się nie emocjami, lecz zdrowym rozsądkiem. Zasadne natomiast wydaje się przestrzeganie naukowców, co herostratejski proceder ministerialny autoryzują, żeby nie postępowali w sposób, który narazi ich na uzasadnione kpiny ze strony własnych studentów. Ale nie o prestiż akademicki tu chodzi.
Niech najpierw postuka się w głowę ten, co Polakom za ich własne pieniądze próbuje odebrać to, co ich jeszcze łączy ponad wszelkimi podziałami.
