Karol Nawrocki, chociaż nie przekonał wielu, że jest prawym człowiekiem ani samodzielnym politykiem, wygrał piątkową debatę prezydencką. Do wahających się, czy pójść na wybory i kogo w nich poprzeć, mocno przemówi jedyna konkretna zapowiedź, jaka w całej dyskusji padła: jeśli wygra, będzie kontrolował władzę. Wpisuje się to w rozczarowanie półtorarocznymi rządami Koalicji 15 Października, których początkom towarzyszyły uzasadnione nadzieje, związane w utratą władzy przez partię Jarosława Kaczyńskiego, przez osiem lat rządów deprawującą polskie życie publiczne i osłabiającą nasz prestiż w świecie.
Nawrocki, inaczej niż wcześniej w youtubowej rozmowie ze Sławomirem Mentzenem, nie zdystansował się w ogóle od polityki ani nawet stylu jej uprawiania przez Kaczyńskiego. Nie wytłumaczył z przejęcia kawalerki po seniorze, co nastąpiło z naruszeniem powziętych obietnic. Ani z udziału w kibolskich bójkach – ustawkach, znanych z filmu Patryka Vegi (Krzemienieckiego) “Bad boy”. Co znaczące, wcale nie próbował nas przekonać, że jest dobrym człowiekiem. Niestety dla wyniku wyborczego większe znaczenie – bo o deprawacji polskiej polityki nie tylko za pisowską sprawą była już mowa – ma fakt, że Rafał Trzaskowski, jeśli nawet nim jest, nie pokazał z kolei mocy ani kreatywności. Jeśli pamięta się, z jakich względów przegrywali kolejno wybory tacy kandydaci demokratyczni jak Tadeusz Mazowiecki, Marian Krzaklewski czy Bronisław Komorowski – gdy do rozczarowania sprawowaniem władzy przez ich zaplecza doszło przeświadczenie o ich własnym braku sprawczości – widać, jak poważny to problem.
Zegarów cofnąć się nie da, lepiej wziąć się do roboty
Najgorszym kłopotem Trzaskowskiego w kontekście debaty, której zegarów nie da się już cofnąć po to, żeby odbyć ją jeszcze raz – pozostaje fakt, że nie powiedział niczego, co pozostawałoby w pamięci, miało wagę, stanowiło nowość a przy tym zachęcało zarazem do pójścia na wybory i oddania w nich głosu na kandydata demokratycznego.
Przestrzeganie przed prezydenturą pisowskiego kandydata traci moc w sytuacji, gdy Koalicja 15 Października rządzi od półtora roku, a głową państwa pozostaje wywodzący się z tego samego obozu, co Nawrocki, inny nominat Kaczyńskiego, Andrzej Duda. Straszenie powrotem PiS do władzy niesie za sobą ryzykowne przesłanie, że kandydat Trzaskowski nie wierzy w możliwości Donalda Tuska, którego zastępcą pozostaje on w partii Platforma Obywatelska, że zwierzchnik jest w stanie wraz ze swoją ekipą wygrać kolejne po 15 października wybory parlamentarne. A to już przeświadczenie demobilizujące dla obozu polskiej demokracji i wyborców jego kandydata.
Trudno zrozumieć, po co Trzaskowski odwoływał się do praw LGBT, skoro to grupa nieliczna, wie na kogo zagłosować, a jej przedstawiciele – nie tylko za obecnych rządów – nie są przecież w Polsce dyskryminowani. Nie znalazł za to demokratyczny kandydat czasu w debacie na przedstawienie rozwiązań dotyczących poprawy sytuacji dalece liczniejszej klasy kreatywnej, której brak stabilności pokazała pandemia, ani na rzecz odrodzenia w Polsce Powszechnego Samorządu Gospodarczego.
Zwykle Trzaskowski sprawiał wrażenie prymusa. Pilnego, choć nie zawsze lotnego. Tym razem – raczej ucznia, który wywołany do odpowiedzi, mówi nie na temat.
Udowodnienie moralnej wyższości nad kontrkandydatem Nawrockim, co oczywiste i po raz kolejny nastąpiło – nie prowadzi niestety automatycznie do zwycięstwa wyborczego. Tylko raczej pewien plan minimum został w tej mierze zrealizowany.
Aleksander Kwaśniewski pokonał w wyborach Lecha Wałęsę, chociaż w przyszłości pomniki stawiać będziemy, pomimo zawodu, jaki przyniosła nam jego prezydentura, nobliście i ikonie Solidarności a nie zwycięzcy z 1995 roku, tak w debacie jak w samym głosowaniu obywatelskim. Pomimo tamtego wyniku Kwaśniewski Pokojowego Nobla nie dostanie, nawet gdyby w przyszłości udało się mu, co niewykluczone, uśmierzyć w roli negocjatora konflikt w którymś z odległych państw powstałych po rozpadzie ZSRR, gdzie doradzał politykom, nie za darmo zresztą, więc zna tamtejszą specyfikę działania.
Rafał Trzaskowski, chociaż jako siedemnastoletni licealista z warszawskiego Reja przykładnie wspierał kampanię Komitetu Obywatelskiego Solidarność przed 4 czerwca 1989 roku, nie jest jednak postacią historyczną. I nie ma raczej szans, by nią zostać. Tylko zadanie do wykonania. Misję do wypełnienia. Przebieg piątkowej debaty go do tego nie przybliża.
Skoro uznać, że od kandydata obozu demokracji wyborcy jeszcze do niego nie przekonani oczekują więcej, niż od oponenta – niezbyt przekonująco zabrzmiały odpowiedzi Trzaskowskiego na zarzuty usuwania warszawiaków z mieszkań czy wynajmowania pomieszczeń bojówkarzom Ostatniego Pokolenia, którzy po barbarzyńsku pomazali Pomnik Syreny. Nie ma co tłumaczyć, że za Nawrockim ciągną się sprawy bez porównania gorsze: znajomości z gangsterami czy naginania prawa w szpetnej sprawie kawalerki. Tym bardziej, że spora część wahającego się, a więc być może decydującego o wyniku tych wyborów elektoratu ma przesterowanej już w tej kwestii narracji serdecznie dosyć. Ugruntuje ona raczej przekonanie tych obywateli o szpetocie polityki jako takiej i przyczyni się do ich pozostania w domach.
Szansa Trzaskowskiego, czyli praca przed drugą turą
Nie tak łatwo wniknąć w motywacje tych, co jeszcze nie podjęli decyzji. Tym bardziej, że nie interesują się zwykle na co dzień polityką. A tym bardziej nie są widzami 24-godzinnych stacji, grzejących bez końca kwestię mieszkań Nawrockiego czy zdjęcia, jakie Trzaskowski pozwolił sobie zrobić w towarzystwie pedofila z Targówka.
Kandydat obozu demokracji musi jednak nie tylko te motywacje poznać, ale skutecznie się do nich odwołać, jeśli zamierza wybory wygrać. Nie posłużą też zwycięstwu ostrzeżenia, że jeśli ono nie nastąpi, Polska się od tego zawali. Bo to oczywista nieprawda na pograniczu histerii.
Debatę trzech stacji (TVP, Polsatu i TVN), prowadzoną przez Jacka Prusinowskiego, oglądałem w piątkowy wieczór w sieciowej kawiarni przy Nowym Świecie. W pewnym momencie stanęła za mną para ludzi nieco ode mnie młodszych. Zerkali, chociaż z odległości, na ekran mojego laptopa. Bliski byłem zaproszenia ich, żeby siedli ze mną przy stoliku i dyskusji posłuchali. Ale kobieta powiedziała nagle, że obaj uczestnicy wyglądają prawie tak samo. Różni ich tylko nawet nie kolor, ale odcień krawata. Spróbowałem spojrzeć na sytuację jej oczami. Rzeczywiście pretendenci sprawiali wrażenie jakby ubrał ich ten sam krawiec. Wyklepała ta sama makijażystka. A całość nadzorował jeden stylista. Zaś rozważania, co zażywał Nawrocki w trakcie studyjnej konfrontacji na żywo raczej – jeśli użyć eufemizmu – na wynik wyborczy nie wpłyną.
Wydawać by się mogło, że od czasu pamiętnej walki Kwaśniewskiego z Wałęsą nie było w Polsce kandydatów w drugiej turze tak odmiennych od siebie nawzajem, jak teraz Nawrocki i Trzaskowski. Pięć lat temu Dudę i Trzaskowskiego łączyło, że obaj sprawiają wrażenie prymusów i pozostają dla swoich formacji postaciami wciąż z drugiego planu. Przed dwudziestu laty, chociaż w kampanii nie przebierano w środkach, Lecha Kaczyńskiego wiązała z Donaldem Tuskiem zarówno solidarnościowa przeszłość jak trójmiejska tożsamość w życiorysie. Słusznie skarżymy się na podsycanie plemiennych podziałów. Tymczasem wspomniana anegdota z życia dowodzi, że nawet dla obeznanych z realiami mieszkańców wielkich miast oczywiste dla kibiców polityki i tych co z niej żyją różnice nie są dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Czym się nie martwię. Stanowi to szansę dla zaplecza obu kandydatów. Ale to Trzaskowski bardziej teraz głosów potrzebuje, bo znalazł się w defensywie: konkurent, chociaż ze stratą jeszcze w pierwszej turze, teraz dochodzi go i prześciga w sondażach. Zaś oba warszawskie marsze adresowane są bardziej do przekonanych, żeby ich utwierdzić w wierze, więc ostatecznego rachunku sił nie zmienią. Przyczynić się do tego może wyłącznie pomysłowa i roztropna praca przed drugą turą.
Trawestując bowiem słynne powiedzenie Marka Twaina, wskazać można, że pogłoski o nieuchronności zwycięstwa Karola Nawrockiego w drugiej turze okazują się przesadzone. Chociaż poddała im się również znaczna część obozu demokratycznego.
Pesymizm wśród zwolenników Trzaskowskiego znajduje uzasadnienie w progresji sondaży ale też rachunku głosów w pierwszej turze oddanych. O ile jednak da się przewidzieć preferencje wyborcze zwolenników Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, których przy urnach stawiło się więcej niż elektoratu Szymona Hołowni czy Adriana Zandberga – to już nie ich aktywność wyborczą. Niełatwo pofatygować się na głosowanie w sytuacji, gdy nie ma się już własnego kandydata, a na okładce konserwatywno-liberalnych tygodników czyta się, że teraz mamy wybór między dżumą a grypą. Wprawdzie Konfederacja przymierza się do przyszłej koalicji rządowej z PiS, do czego wyniki sondaży już zachęcają, ale na razie zawarła jedną tylko, inną a przy tym realną: w Sejmie przy wyborze Szymona Hołowni na marszałka i Krzysztofa Bosaka na jego zastępcę. A przed pięciu laty z ramienia Konfederacji Bosak odegrał tę samą rolę, co dziś Mentzen. O tym również wypada pamiętać. Podobnie trudno zignorować ujawnienie przez Grzegorza Brauna intrygi zaplecza pisowskiego kandydata. Wedle autora największej niespodzianki pierwszej tury, reżysera próbowano skorumpować politycznie, oferując ułaskawienie w zamian za poparcie “kandydata obywatelskiego”. Czarny koń Braun nie ujawnił przecież tej niemoralnej propozycji po to, żeby w kolejnej turze jego wyborcy Nawrockiego wsparli.
Na układanki przyjdzie jednak czas później. Na razie Trzaskowski i jego sztab, jeśli zamierzają zaznaczającą się stratę nadrobić, muszą (ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, jak rzadko tego czasownika używam) zmierzyć się z realnymi problemami. Zbyt długo, jak się wydaje, żyli w świecie fikcji i iluzji.
Kluczem do odwrócenia niekorzystnego dla demokratów trendu wydaje się masowa mobilizacja wyborców, którzy na pierwsze głosowanie nie poszli.
Stało się już tak w Rumunii, gdzie chociaż w pierwszej turze goszczony i hołubiony przez Nawrockiego radykalny i prorosyjski George Simion zyskał przewagę głosów dwa do jednego nad Nicusorem Danem – w drugiej prezydentem został umiarkowany i proeuropejski pretendent demokratów Dan.
Jeśli jednak chce się wyciągnąć z domów na głosowanie akurat tych obywateli, którzy na pierwszą turę nie poszli – trzeba pamiętać, że mieli ku temu swoje racje. I wyjść im naprzeciw, że jednak warto. Znane z niedawnej debaty telewizyjnej apele, że jesteśmy Europejczykami a Polska znów w potrzebie już nie wystarczą. Nie tylko z powodu ich ogólnikowości i braku cienia nawet nowego przekazu. Zwyczajnie mogą zostać uznane za naigrawanie się z inteligencji obywateli. Co niebezpieczne, bo słusznie przecież chwalimy się niedawnym boomem edukacyjnym w Polsce a także poczuciem wspólnej odpowiedzialności, jakie społeczeństwo obywatelskie u nas objawiło przy okazji wzajemnej pomocy sąsiedzkiej w czasie pandemii czy spontanicznie i wbrew uprzedzeniom przyjmując uchodźców wojennych z napadniętej przez Rosję Władimira Putina, Ukrainy. Demokratyczni politycy, właśnie ex definitione, z tego powodu,że tak są nazywani, muszą sobie uświadomić, że są wobec społeczeństwa obywatelskiego petentami a nie monarchami. Pozostaje więc poprosić o głosy na ich kandydata i określić zasady kontraktu, który go potem do korzystnych dla demokracji i rozwoju działań zobowiąże. Tym razem plebiscytu nie będzie. Liczą się nie frazesy, bo zbyt wiele ich wypowiedziano przed 15 października 2023 r. i zbyt nikły okazał się późniejszy efekt – lecz realia. I twardy język faktów.
Skoro Nawrocki utrwalił się w pamięci niezdecydowanych obietnicą, że zamierza rząd kontrolować – która w odróżnieniu od licznych jego wykluczających się wyjaśnień w sprawie przejęcia kawalerki od seniora, nie jest kłamstwem, bo jeśli wygra, zapowiada to trudną “kohabitację” – Trzaskowski powinien złożyć nieco inną: iż zadba, by rząd działał lepiej. Nie da się bowiem zlekceważyć rezultatów sondaży, z których wynika, że sytuacja prawie trzech czwartych Polaków nie poprawiła się po przełomie z 15 października 2023 r: 38 proc z nas lepiej żyło się w czasach pozostawania przy władzy Mateusza Morawieckiego niż za rządów Donalda Tuska, jedna trzecia uznaje, że tak samo. O tym, że za Tuska żyje się lepiej, przekonanych jest 18 proc Polaków [1]. Takie mają przeświadczenie nasai rodacy, nawet jeśli szokuje to patrzących na życie publiczne przez pryzmat nie drożyzny czy biurokracji, warunków działania polskiego przedsiębiorcy czy rolnika, lecz samodzielności sądów czy niezależności mediów i prestiżu państwa w świecie.
Z większością w demokracji się nie dyskutuje. Tylko idzie się za jej przeświadczeniem. Na tym polega rola rządzących, którzy Polski w prezencie nie dostali.
Zwycięzcy z 15 października 2023 r. nie mają prawa zapominać, komu władzę zawdzięczają. W dotychczasowym przekazie Trzaskowskiego brakuje oferty dla środowisk nauczycieli i przedsiębiorców, młodzieży i klasy kreatywnej, także wobec środowisk naukowych. Nie zabraknie czasu, by ją przedstawić, jeśli pojawi się wola, żeby dług wdzięczności spłacić.
Debata się nie skończyła. Naprawdę. Trwać będzie aż do ogłoszenia ciszy wyborczej w domenie publicznej. A w milionach polskich domów i sąsiedzkich kontaktach będzie kontynuowana również później, w niezliczonych rozmowach, czy warto pójść na głosowanie i przy czyim nazwisku swój znak zostawić.
[1] sondaż Pollster dla Super Expressu z 8-10 lutego 2025