Didżej demokracji

0
0

Pożegnanie Andrzeja Olechowskiego (1947-2026)

Kiedy był ministrem finansów w rządzie Jana Olszewskiego, Polska osiągnęła pierwszy od upadku PRL wzrost gospodarczy, co dla milionów ludzi stało się dowodem, że warto było zmieniać ustrój. Później Andrzej Olechowski po zajęciu drugiego miejsca w wyborach prezydenckich stał się jednym z założycieli Platformy Obywatelskiej. Rozstał się z nią, gdy stała się bardziej partią Donalda Tuska niż wyrazem obywatelskiej wspólnoty.

Andrzej Olechowski reprezentował niepowtarzalny styl w polskiej polityce. Sam zamożny i zawsze elegancko ubrany, podczas kampanii obchodził skromne i zapuszczone podwórka na warszawskiej Pradze Północ. Tam wdał się w dłuższą pogawędkę z jednym ze stałych mieszkańców.

– Będę na pana głosował – zapewnił go solennie na jej zakończenie rozmówca.

– Tylko niech pan o tym nie zapomni w dniu wyborów – w tak dobroduszny sposób kandydat Olechowski pośrednio nawiązał do wczorajszego nieco stanu interlokutora.

A ja zaraz spytałem rzeczniczkę kampanii:

– Czemuście ekipy z kamerą tu na Pragę nie wzięli?

– Jakoś o tym nie pomyśleliśmy – przyznała z rozbrajającą szczerością Agnieszka Liszka, później zresztą przez chwilę i rządowi Tuska rzecznikująca.

Nie o nią jednak chodzi, lecz o samego kandydata. Olechowski wiedział doskonale, że ekipy telewizyjnej z nim nie ma, ale to nie znaczy, że nie warto się starać. Rozumiał, że zdanie o tym, że liczy się każdy głos – to nie slogan. 

Dlatego stał się rewelacją wyborów prezydenckich w 2000 r, w których jako “kandydat Tygodnika Powszechnego” nie poparty przez żadną partię polityczną, przegrał wyłącznie z Aleksandrem Kwaśniewskim, a pokonał wybrańca rządzącej wtedy Akcji Wyborczej Solidarność Mariana Krzaklewskiego. Jego sztuczności i sztywności przeciwstawił spontan dawnego disc-jockeya ze studenckiego klubu Hybrydy i sarmacki styl brata-łaty.         

Znakomite maniery łączył z doskonałym refleksem, nawet w sprawach szczegółowych, którymi zwykle liderzy się nie interesują. Pamiętam, jak zbuntowały się właśnie lokalne struktury PO w Toruniu, a ja podszedłem do Olechowskiego po jednym z wieców, zresztą nie tam, tylko w Warszawie. 

– Wracam właśnie z Torunia… – zacząłem.

– To już nie miał pan dokąd jechać, tylko do Torunia? – od razu znalazł dowcipną ripostę.  

Pozostawał jednym z nielicznych polityków z czołówki, do których można było się zawsze dodzwonić na telefon komórkowy. Wiedział, że to w jego interesie, by kontaktów z mediami nie filtrowali sztabowcy ani asystenci od wszystkiego. Jeden z wywiadów z nim przeprowadziłem w tunelu kompleksu sejmowych budynków, bo tam go napotkałem przez przypadek (nie był zresztą parlamentarzystą, nigdy nim nie został) i zaraz włączyłem dyktafon. Przystał na zaimprowizowaną rozmowę, chociaż rzecz miała miejsce przed wyborami na prezydenta Warszawy i wiedział, że przeprowadzam ją dla “Tygodnika Solidarność” skłaniającego się wtedy ku kandydaturze Lecha Kaczyńskiego, a ja sam zagłosuję na Julię Piterę, w której sztabie pracowali wtedy dawni działacze Konfederacji Polski Niepodległej.  Nie dzielił jednak dziennikarzy na swoich i obcych.      

Ci jakby w rewanżu, za to mylnie ale nagminnie tytułowali go “panem premierem”. Gdy go o to spytałem, objaśnił najprościej: często jak w wypadku Leszka Balcerowicza minister finansów bywał zarazem wiceprezesem Rady Ministrów, stąd ta forma niejako na wyrost. 

W rządzie Waldemara Pawlaka szefował dyplomacji, ale jako tzw. minister prezydencki, reprezentujący bardziej Lecha Wałęsę niż premiera. Taki był ówczesny dziwoląg ustrojowy okresu przejściowego, co nie rzutowało jednak na ocenę kompetencji Andrzeja Olechowskiego w tym trudnym czasie. Kiedy umawiałem się z nim na nagranie dla Wiadomości TVP, zabiegany zaproponował, by go dokonać na parkingu biurowca Intraco, teraz już skazanego na rozbiórkę. Zależało mu, żeby swoje powiedzieć – właśnie trwał kolejny spór z Rosją po domniemanym pobiciu handlarzy stamtąd przez policję na dworcu kolejowym, co zaowocowało odwołaniem wizyty premiera Wiktora Czernomyrdina – a nie na celebrowaniu majestatu ministra spraw zagranicznych. Wszystko się udało, nagraną w niecodziennym jak na szefa dyplomacji miejscu wypowiedź Olechowskiego wyemitowaliśmy w wydaniu o 19,30.   

Miejsce Andrzejowi Olechowskiemu w najnowszej historii Polski zapewniają jednak nie anegdoty, lecz zasługi.

Kiedy był ministrem finansów w rządzie Jana Olszewskiego, Polska osiągnęła pierwszy po zmianie ustroju wzrost gospodarczy. Mecenas, chociaż sam podkreślać zwykł, że na ekonomii się nie zna, dobrał sobie wtedy do zarządzania nią grono kompetentne, ale i wielobarwne, w tym sensie, że z sukcesem współpracowali ze sobą znawcy gospodarki wywodzący się z rozmaitych szkół i tradycji. Pierwszy w wolnej Polsce dodatni wskaźnik dynamiki produktu krajowego brutto osiągnięty został dzięki wspólnemu wysiłkowi związanego blisko z władzą w PRL szefa resortu finansów Olechowskiego (który jeszcze przy Okrągłym Stole zasiadał po tzw. stronie koalicyjno- rządowej), niedawnego więźnia politycznego z lat 80. a później ministra pracy Jerzego Kropiwnickiego, oraz głównego doradcy gospodarczego premiera, Dariusza Grabowskiego znanego z prospołecznych przekonań i trafnego podpowiadania w sprawach ekonomii legendarnemu przewodniczącemu Regionu Mazowsze Maciejowi Jankowskiemu. 

Wiadomość o odzyskaniu wzrostu gospodarczego i powrocie polskiej gospodarki na ścieżkę rozwoju ogłoszono w kwietniu 1992 r. Dla milionów ludzi stanowiła potwierdzenie, że ich głos, oddany 4 czerwca 1989 r, nie został później zmarnowany. Olechowski miał w tym oczywisty udział i zasługę, chociaż wcześniej angażował się po tej stronie, co w trzy lata po czerwcowych wyborach powtarzała, że za komuny było lepiej. Ale także jego praca dla Polski sprawiła, że okazało się to nieprawdą.

Pamiętam, jak cieszyliśmy się z tego pierwszego wskaźnika wzrostu, rozwoju i nadziei w redakcji “Obserwatora Codziennego”, chociaż sympatie swoje kierowaliśmy wtedy raczej w stronę opozycji: moi podwładni (byłem tam kierownikiem największego działu krajowego) w pierwszych wolnych wyborach głosowali najczęściej na Kongres Liberalno-Demokratyczny – ówczesną formację Donalda Tuska – oraz na nieco już zapomnianą Polską Partię Przyjaciół Piwa, mocno zwariowaną podobnie jak tamte czasy. Jednak to, że gospodarka ruszyła – przyjmowaliśmy ponad podziałami z entuzjazmem podobnym, jak niewiele później złote medale Arkadiusza Skrzypaszka, drużyny pięcioboistów i dżudoki Waldemara Legienia na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie. Radości Polacy nie mieli wtedy zbyt wiele, kraj płacił właśnie koszty społeczne planu Balcerowicza.  

Na odchodnym, gdy żegnał się ze swoim szefem w rządzie Janem Olszewskim, Andrzej Olechowski w swoim stylu powiedział mecenasowi:

– Jakby co, zawsze jakiś budżecik dla pana zrobię.

Gabinet Olszewskiego, przypomnijmy, w praktyce funkcjonował jako rząd mniejszościowy, w oparciu wyłącznie o prowizorium budżetowe. Ale i tak poradził sobie przynajmniej z codziennymi sprawami ludzi lepiej, niż dysponujący większą siłą głosów poprzednicy i następcy. Nie było im dane spróbować jeszcze raz, w łatwiejszych warunkach, ale tym samym gronie.

Jak na didżeja przystało, podawał ton w nadziei, że podejmą go inni. Wiele razy Olechowskiemu się udawało. Chociaż planu maksimum nie zrealizował.

Kiedy parę lat temu rozmawiałem z Olechowskim w siedzibie wielkiego banku, w którego radzie nadzorczej zasiadał – przekonywał mnie, że gdyby udało mu się wejść do drugiej tury w 2000 r. (Kwaśniewski rozstrzygnął sprawę już w pierwszej, uzyskując powyżej 50 proc głosów, konkretnie 53,9) – pokonałby urzędującego prezydenta, wykorzystując zmęczenie ludzi zaostrzającym się wiecznie sporem dwóch głównych ugrupowań: Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Akcji Wyborczej Solidarność. Kwaśniewski musiał wtedy wygrać, ale to Olechowski uznany został za głównego beneficjenta prezydenckiego wyścigu. Jego komitety wyborcze stały się zaczynem przyszłej Platformy Obywatelskiej, którą tworzyli we trzech wraz z Maciejem Płażyńskim (wtedy marszałkiem Sejmu ze wskazania AWS) oraz Donaldem Tuskiem (wicemarszałkiem Senatu z Unii Wolności). Brutalistyczny pragmatyzm Tuska sprawił, że startując z najskromniejszą kartą, z czasem pozostałych założycieli odsunął. Sam Olechowski przyznawał zresztą, że nie ma serca do typowej mitręgi partyjnej. Powtarzał też, że gdyby lubił wstawać rano, zostałby mleczarzem.     

Bon vivant nawet w trudnych czasach, stały bywalec Hybryd, potem prowadzący tam dyskoteki, pomimo imprezowych zamiłowań doktor ekonomii już w 32. roku życia, prezenter radiowych audycji o muzyce nie polityce, menedżer Trzech Koron, przyjaciel Wojciecha Manna i wielu innych celebrytów, wyrastał zawsze ponad ciasne ramy, wyznaczające podziały polityczne i środowiskowe. Nie było sprzeczności między podkreślaniem przez niego przywiązania do tradycji w szlacheckim stylu a euro-entuzjazmem: przecież za brak należytej determinacji w kwestii akcesji do UE krytykował Tuska. Nie wszyscy pamiętają, że nie tylko sprawował funkcje w radach nadzorczych wielkich firm finansowych – ale i w samorządzie warszawskiego Wilanowa.

Gdy w kampanii 2000 r. inni w dusznych salach skrzykiwali partyjne młodzieżówki, by ich działacze w takich samych koszulkach z nazwiskami kandydata wymachiwali chorągiewkami – Andrzej Olechowski zaprosił dziennikarzy na spacer po Dolinie Chochołowskiej i w jego trakcie o polityce z nimi gawędził.    

Teraz będzie nam bardzo brakować eleganckiego stylu, jaki cechował uprawianie polityki przez Andrzeja Olechowskiego, ale też wnikliwych komentarzy jej i gospodarki dotyczących, którymi służył, gdy zasiadł już po latach we loży ekspertów. Działał i mówił niebanalnie, o co dziś tak trudno. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here