Dlaczego warto głosować 

0
67

Wybór między dyskontem a lumpeksem 

Kandydaci na prezydenta Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki, którzy przeszli do drugiej tury wyborów, różnią się między sobą pod każdym względem. Jak nigdy od czasów kiedy przed 30 laty o prezydenturę walczyli Aleksander Kwaśniewski i Lech Wałęsa. Dzieli ich nie tylko podejście do realizacji przyszłych uprawnień głowy państwa. Ale też głęboka różnica kulturowa i obyczajowa.

Da się ją oddać porównaniem dyskontu z lumpeksem. U  Rafała Trzaskowskiego trudno dostrzec charyzmę przywódcy. Poprawny, grzeczny i układny, ale też sprawiający wrażenie, że jednak prochu nie wymyśli, kandydat obozu polskiej demokracji wydaje się raczej rodzajem produktu seryjnego. Dojrzewał jako polityk w pionierskich ale i szczęśliwych dla niej czasach, po tym jak przed czerwcowymi wyborami z 1989 r. jako siedemnastolatek z warszawskiego Liceum Reja roznosił po stolicy ulotki Komitetu Obywatelskiego Solidarność. Uformowały go korzystne dla nas jeśli chodzi o koniunkturę z zewnątrz lata i sprawowanie kolejnych mandatów.

Karol Nawrocki, dalece bardziej wyrazistości lidera pozbawiony – to przecież królik wyciągnięty z kapelusza Jarosława Kaczyńskiego – ma za sobą zupełnie inną przeszłość. Wyznacza ją udział w bójkach pseudokibiców, znajomości z gangsterami, niemoralne usługi dla hotelowych gości, wreszcie przejęcie od seniora kawalerki za bezcen i w zamian za opiekę, której nie było. Stąd porównanie jego świata do lumpeksu okazuje się zasadne nawet jeśli pozostaje drastyczne.

Dwa społeczeństwa? Jedno wystarczy

Waga stawianych “kandydatowi obywatelskiemu” Prawa i Sprawiedliwości zarzutów oraz znaczny stopień ich uprawdopodobnienia sprawia, że Nawrocki może liczyć na jeden tylko efekt. Taki że jego wyborcy nie uwierzą w wypominane mu nieprawości. Ale i ten medal ma dwie strony. Zgodnie z mechanizmem, opisanym w najnowszej powieści Jakuba Żulczyka “Kandydat”, gdzie w taki sposób rozmawiają ze sobą politycy:

“- Uważasz, że tamci uwierzą we wszystko, co usłyszą ze swojego przekaźnika. Nasi z kolei są przekonani, że wszystko, co wychodzi z tamtego przekaźnika, jest kłamstwem? Że doszliśmy do punktu, w którym mamy dwa idealnie niezwiązane ze sobą społeczeństwa?

– Nie nie uważam tak. Istnieje ta trzecia grupa. Wiemy o tym. Mamy to na papierze, w badaniach” [1].

Rozmowa polityków pozostaje cyniczna, ale już jej konkluzja – w pewnym sensie optymistyczna. Nie głosują sami tylko wyznawcy.  

Obywatele nie poznają konkluzji wszystkich opowieści jakimi w tej kampanii karmili nas politycy. Okazała się mało rzeczowa, co najwyżej dotykała najważniejszych problemów kraju. Nie stworzyła giełdy, jak je rozwiązać. Jedna czasu i możliwości, żeby wyrobić sobie zdanie o obu kandydatach było aż nadto.

Wybór rzeczywisty, a nie iluzoryczny

Brutalność Nawrockiego, nawet jeśli podoba się części wyborców, bo odbierana jest przez nich jako twardość i zdecydowanie, niesie za sobą oczywiste zagrożenia. Łączy się z groźbą podatności na szantaż. Dotkliwą dla prezydenta w istniejącej sytuacji międzynarodowej, w świetle jego uprawnień.

Za to pewne niezgulstwo Trzaskowskiego, być może pozorne, wiązać można z kulturą dialogu, z której bez reszty się wywodzi. Zakorzenienie w niej okaże się przydatne do realizacji prezydenckich kompetencji, jeśli wygra.

Uprawnienia prezydenta, względnie skromne, poza oceną ustaw dotyczą obronności i dyplomacji, nader ważnych teraz w związku z zagrożeniem ze wschodu, kwestii. Znamy tu podejście obu kandydatów. Nawrocki uparcie obstaje za polityką proamerykańską, nawet jeśli Donald Trump zawodzi nie tylko Ukrainę ale także wschodnią flankę NATO, której częścią jesteśmy z własnego wyboru. Trzaskowski opowiada się za stopniowym przekształcaniem Unii Europejskiej w sojusz również obronny, zdolny uzupełniać ten atlantycki, a z czasem zastąpić go w razie rejterady Amerykanów, całkiem niestety prawdopodobnej.   

Mamy więc przed sobą rzeczywisty wybór.

Nasz głos w drugiej turze wyborów prezydenckich ma istotne znaczenie nie tylko dlatego, że sondaże zwiastują niewielką przewagę przyszłego zwycięzcy nad pokonanym rywalem. Tym razem nikt nie powie poważnie, że wynik wydaje się przesądzony jak w 2000 r. kiedy już w pierwszej turze wygrał Aleksander Kwaśniewski albo przed drugą turą w 1990 r. kiedy z kolei przewaga Lecha Wałęsy nad Stanisławem Tymińskim w pierwszym głosowaniu wyniosła prawie dwa do jednego i mało kto serio obawiał się, że prezydentem zostanie “kandydat znikąd” zamiast pokojowego noblisty. 

Tym razem nie chodzi też o bicie rekordów, chociaż oczywiście gdyby zagłosowało nas jeszcze więcej, niż do Sejmu i Senatu 15 października 2023 r. (wtedy 74 proc) – stanowiłoby to dla reszty świata ważny w trudnej sytuacji międzynarodowej sygnał, jak bardzo Polacy interesują się sprawami publicznymi we własnym kraju.

Najważniejsze jednak, żeby mieć wpływ na sytuację wokół i samemu się takiej możliwości nie pozbawiać. W dalekiej od ideału ale funkcjonującej od 35 lat polskiej demokracji wyłącznie karta wyborcza daje nam taką możliwość. To kolejny argument za tym, żeby użyć jej roztropnie.  

[1] Jakub Żulczyk. Kandydat. Świat Książki, Warszawa 2025, s. 256-257

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here