Polscy piłkarze zagrają na mistrzostwach świata w Ameryce Północnej w grupie z Holandią, Japonią i Tunezją – ale pod warunkiem, że się tam zakwalifikują. W tym celu muszą jeszcze w barażach wyeliminować nie tylko Albanię, ale również zwycięzcę rywalizacji Ukrainy ze Szwecją. Jak zwykle w historii nasza obecność na wielkim turnieju – to kwestia nie tylko sportowa ale i prestiżowa. 

Pierwszy Mundial z udziałem 48 drużyn stanowi oczywistą okazję do promocji kraju. Skoro zagrają tam pozbawione wielkich futbolowych tradycji Jordania czy Wyspy Zielonego Przylądka, trudno żeby nas za Oceanem zabrakło. Zwłaszcza, że byliśmy wśród najlepszych w niełatwych dla nas latach 1938 i 1982 i to wcale nie w roli statystów.

Awans poprzez baraże to żaden dyshonor, tą właśnie ścieżką dostaliśmy się na poprzedni Mundial katarski, gdzie znaleźliśmy się w najlepszej piętnastce, przegrywając i to honorowo tylko z późniejszym mistrzem świata Argentyną i wicemistrzem Francją, a zremisowaliśmy z wyżej od nas notowanym Meksykiem i pokonaliśmy Arabię Saudyjską, jedyną która wygrała ze zwycięzcami turnieju Argentyńczykami. Wtedy narzekano na styl gry i po powrocie z Kataru zwolniono selekcjonera reprezentacji Czesława Michniewicza. Teraz wiele dalibyśmy za podobny jak w 2022 r. rezultat. Ale – o czym była już mowa – najważniejsze, żeby na ten Mundial pojechać.

Kto nie gra z najlepszymi, ten się nie liczy

Kto bowiem w wyczynowym sporcie zespołowym nie gra z najlepszymi, ten traci do nich dystans i później nieuchronnie przegrywa. W 1938 r. debiutowaliśmy na mistrzostwach świata we Francji, gdzie rozegraliśmy wprawdzie jeden tylko mecz (obowiązywał system pucharowy, a nie grupowy), ale za to jaki: 5:6 po dogrywce z Brazylią. Rywale mieli w składzie słynnego Leonidasa, a my niestety tylko Ernesta Wilimowskiego, który w rok później niesławnie wybrał Niemcy, ale wtedy jednak w Strasburgu aż cztery bramki dla Polski strzelił. Na parę długich lat sport przestał być jednak aż tak ważny, chociaż pomimo zakazów mecze rozgrywano i w konspiracji.  

Po wojnie nieobecność w finałach kolejnych mistrzostw skutkowała faktem, że nikt Polski w futbolu nie zaliczał do czołówki światowej. Przełamał to dopiero trener Kazimierz Górski, ze swoim zespołem kwalifikując się po zwycięskim remisie na Wembley kiedy to bramkarza Jana Tomaszewskiego nazwano “człowiekiem, który powstrzymał Anglię” – na turniej w Niemczech, gdzie od razu zostaliśmy rewelacją i zdobyliśmy trzecie miejsce. Zapoczątkowało to złotą erę polskiego piłkarstwa i obecność na czterech z rządu Mundialach, pomimo trudnych warunków historycznych (jak w 1982 r, kiedy znów z Hiszpanii przywieźliśmy trzecią lokatę). 

Paradoksalnie, gdy sytuacja w kraju się poprawiła, bo do Polski powróciły niepodległość, demokracja i gospodarka rynkowa – zabrakło nas na trzech kolejnych mistrzostwach (1990, 1994, 1998). Załamał się bowiem dotychczasowy system organizacji i finansowania polskiej piłki, oparty na klubach górniczych i hutniczych, wojskowych i milicyjnych, kolejarskich i portowych. Nie zbudowano w jego miejsce skutecznie nowego, czego skutki wciąż odczuwamy. 

Polacy nie oduczyli się jednak doskonale grać w piłkę nożną, o czym – pomimo marnych poza katarskim występów reprezentacji na Mundialach – świadczą klubowe sukcesy Roberta Lewandowskiego czy Piotra Zielińskiego. Dla nich, jeśli jednak pojedziemy na finały do Ameryki Pn, turniej ten stanowić będzie ukoronowanie ich pięknych karier. Aspirujący do miana najlepszego piłkarza świata Lewandowski będzie miał wtedy 38 lat, Zieliński – 32, a Mundiale co cztery lata się odbywają. Dla młodszych zaś zawodników turniej to okazja do promocji podobnej, jaką zapewniły sobie w 1974 r. “orły Górskiego”: 24-letni wówczas Grzegorz Lato, który został wtedy królem strzelców i jego rówieśnik Andrzej Szarmach, drugi w tej klasyfikacji. Nieco starszy od nich Kazimierz Deyna wybrany został trzecim piłkarzem Europy, podobnie jak w 1982 r. Zbigniew Boniek.

Warto więc odwołać się do jednego z ulubionych powiedzeń selekcjonera Kazimierza Górskiego, chętnie też powtarzanego przez kultowego komentatora Jana Ciszewskiego, za sprawą którego Polacy przy telewizorach przeżywali mecze tak emocjonalnie, jakby znajdowali się na stadionie: dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. 

Zwłaszcza, że porażkę z Albańczykami trudno sobie wyobrazić, nawet jeśli w futbolu nie takie sensacje się zdarzały, zaś piłkarze Ukrainy bądź Szwecji (zagramy ze zwycięzcą meczu pomiędzy nimi) leżą w zasięgu możliwości Orłów, prowadzonych tym razem przez trenera Jana Urbana, który jako zawodnik uczestniczył w mistrzostwach świata w Meksyku w 1986 r. Jeśli zaś chodzi o naszych przyszłych grupowych rywali, to chociaż są to zespoły co najmniej solidne – ich wylosowanie w turnieju w popłoch nie wprawia. Z Tunezją wygraliśmy na Mundialu w Argentynie w 1978 r, z Japonią w Rosji w 2018 r, zaś z Holandią dwa razy zremisowaliśmy w tegorocznych eliminacjach. Z nią też, tyle że w kwalifikacjach do Euro Orły Górskiego rozegrały jeden z najlepszych meczów w historii polskiej piłki, kiedy to przed półwieczem Rene van der Kerkhof na dziesięć minut przed końcem strzelił dla drugich wówczas w świecie “pomarańczowych” honorową bramkę, ustalając wynik na 4:1 dla Polski. Holenderscy kibice, którzy masowo wtedy przyjechali dopingować Cruyffa i Neeskensa byli święcie przekonani, że to “Chorzow”, gdzie mecz się odbywał, jest stolicą Polski. A tygodnik “Piłka Nożna”, dowcipnie nawiązując do imion obu najlepszych graczy gości, dał na pierwszą stronę tytuł: “Nie pomogły Johany na zwiędłe tulipany”.  

W futbolu każdy jest kowalem własnego losu

Utyskiwanie, żeśmy trudną grupę wylosowali, nic nie wnosi, chociaż rzeczywiście to czwórka drużyn mocniejsza niż Belgia, Iran, Egipt i Nowa Zelandia tworzące jedną z grup albo Niemcy, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ekwador i debiutujące w turnieju mistrzowskim Curacao. Łatwo jednak znaleźć odpowiedź, że gdybyśmy zamiast dwukrotnie z Holandią zremisować, co i tak stanowi wynik wartościowy, dwa razy pokonali ją w eliminacjach – losowano by nas z lepszego koszyka, co oznaczałoby łatwiejszych rywali. 

Kluczowe pozostaje jednak, żeby się w tym gronie znaleźć. W innym bowiem wypadku absencja na Mundialu zaowocuje utratą dystansu do najlepszych. Kto z nimi nie gra, ten się nie liczy. Problem nie sprowadza się jednak do wyłącznie piłkarskich następstw. Mundial to show, a nie tylko wielki turniej sportowy.

Piłkarskie Mistrzostwa Świata niosą zaś ze sobą szanse promocji kraju nieporównywalne z innymi masowymi wydarzeniami: od Wystawy Światowej po galę rozdania Oscarów. Wykorzystywaliśmy to w czasach podobnie trudnych i złożonych jak obecne, kiedy to ekipy Kazimierza Górskiego (1974 r.) oraz Antoniego Piechniczka (1982 r.) okazały się trzecimi w świecie jeśli o kunszt futbolowy chodzi. Pomimo istnienia “żelaznej kurtyny” ułatwiało to wolnemu światu zrozumienie, kim naprawdę jesteśmy. I upowszechniało przeświadczenie, że Polska pomimo rozlicznych zakrętów historii pozostaje krajem ludzi wybitnie utalentowanych. 

Ważne to również dla nas samych. Spontaniczne pochody rodaków z flagami dla uczczenia zwycięskiego remisu na Wembley (w październiku 1973 r) czy kolejnych zwycięstw reprezentacji Górskiego w finałach z 1974 r. – stały się pierwszą od wielu wtedy dekad podobną manifestacją polskiej wspólnej radości i dumy. Dopiero później w taki sam sposób fetowano wybór krakowskiego kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową oraz kolejne pokojowe zwycięstwa Solidarności.       

Nie chodzi więc tylko o sam sport. Fatalny występ olimpijczyków na niedawnych Igrzyskach w Paryżu (2024 r) skąd nierzadko sowicie opłacani nasi sportowcy przywieźli jeden tylko złoty medal, najmniej od 1956 r. a w klasyfikacji państw zajęli 42. miejsce wyprzedzeni m.in. przez Filipiny i Indonezję – dla porównania w Montrealu w 1976 r. złotych medali zdobyliśmy siedem i staliśmy się szóstą sportową potęgą świata (przed nami znalazły się masowo hodujące cyborgów ZSRR i NRD oraz najzamożniejsze kraje globu: USA, RFN i Japonia) – odebrany został nie jako blamaż rodzimych działaczy, trenerów czy samych zawodników, lecz kompromitacja Polski po prostu.    

Straszenie, że brak awansu na Mundial pogłębi zapaść w polskim futbolu i nada jej chroniczny charakter – nawet jeśli stanowi trafną prognozę, nie zadziała jak należy. Bez porównania lepiej poskutkuje odwołanie się do pozytywnej motywacji. W futbolu klubowym coraz mocniej zamyka się krąg najbogatszych, co czyni go niedostępnym dla krajów z naszego kręgu kulturowego i geograficznego. Nawet jeśli nie tak dawno bywaliśmy w elicie sporadycznie obecni: jak warszawska Legia w czwórce najlepszych Pucharu Zdobywców Pucharów z 1991 r. czy ósemce Ligi Mistrzów w pięć lat później. Teraz polskim drużynom nie udaje się awansować nawet do grona 36 czołowych zespołów Ligi Mistrzów. Chociaż indywidualnie polscy zawodnicy, tyle, że w barwach obcych klubów odgrywają tam kluczowe role. O Lewandowskim była już mowa. O Zielińskim też.

Tylko Mistrzostwa Świata stwarzają rzeczywistą szansę na przełamanie, wejście do grona najlepszych, nawet jeśli w drużyny nie inwestują arabscy szejkowie, jak w aktualnego zwycięzcę klubowej Ligi Mistrzów – Paris Saint Germain. Nazwiska nie grają – powtarzać zwykli doświadczeni znawcy futbolu. Pieniądze również. Dlatego świat tak emocjonalnie odbierał sześć zwycięstw w siedmiu meczach ekipy Górskiego i jej trzecie miejsce na turnieju w RFN w 1974 r. Znów trafia się okazja żeby przypomnieć, że nad Wisłą potrafią grać w piłkę. I umieją to potwierdzić w koszulkach z białym orłem na piersi, a nie tylko z emblematami Barcelony czy drużyn włoskiej Serie A.  

 Na czym polega całe piękno piłki nożnej

Nie ma powodu, żeby śmiać się z awansu na Mundial po raz pierwszy w ich historii Wysp Zielonego Przylądka czy Curacao. Odradzam, bo inni zasadnie powiedzą, że zawiść przez nas przemawia. Tamte reprezentacje przecież już swój udział w turnieju potwierdziły, a my musimy jeszcze o to powalczyć. Chociaż nie tylko z tonu propagandy obu kolejnych rządów w kraju wnosić możemy, że po pierwsze lubimy być zaliczani do klubu bogatych, ale też coraz częściej w tym kontekście nas się rzeczywiście wymienia.

Udział w finałach trapionego rozlicznymi nieszczęściami, od trzęsień ziemi po wojny gangów, Haiti czy odległego i raczej nie kojarzącego się z piłką nożną Uzbekistanu oddaje całe piękno piłki nożnej. W futbolu reprezentacyjnym, co widać lepiej niż w pełnej barier klubowej piłce (gdzie najlepsi na papierze, bo najbogatsi, grają głównie w kółko ze sobą nawzajem), nie musi wcale zwyciężyć ten bardziej zasobny ani pochopnie faworyzowany przed meczem.  

Ta właśnie reguła sprzyjała nie tyle nawet Orłom Górskiego (bo wtedy wielu liderów opinii wolnego świata podziwiało równie szczerze Edwarda Gierka, jak Kazimierza Deynę), co drużynie Antoniego Piechniczka w ponurym dla kraju roku 1982 r. Jadąc na mistrzostwa do Hiszpanii, musieliśmy od razu zagrać o punkty, bo nie było nam dane przez pół roku odbyć chociaż jednego meczu towarzyskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Zachód bojkotował bowiem juntę gen. Wojciecha Jaruzelskiego, zaś kraje socjalistyczne obawiały się zakażenia ich posłusznych społeczeństw solidarnościowym bakcylem. Pewnie zasadnie, skoro już w trakcie hiszpańskiego Mundialu emigranci wywiesili na trybunach transparenty zawieszonej w kraju Solidarności. W tych warunkach kunszt zawodników polskich zaskoczył niemal wszystkich. Zaś kolejny w historii zwycięski remis: ze Związkiem Radzieckim – w meczu, w którym nie tylko o piłkę nożną chodziło – utorował nam drogę do czwórki najlepszych. A w spotkaniu o trzecie miejsce pokonaliśmy zasobną i szczęśliwą Francję.  Całe piękno futbolu na tym polega, można tylko dodać.     

Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe – powtórzyć wypada. W dobie narastającego zagrożenia, ale i uzasadnionych pragnień, żeby nasze niepokoje i aspiracje zrozumieli inni, bardziej bezpośrednio od nas wpływający na losy świata – ten Mundial akurat za wielką wodą staje się niepowtarzalną i wręcz wymarzoną okazją do zademonstrowania zdolności Polaków. Nie ma potrzeby uzasadniać, że na wyobraźnię i światopogląd Donalda Trumpa i jego otoczenia, a także liderów innych sojuszniczych mocarstw i ich doradców, przebieg wielkiej piłkarskiej imprezy wpłynie bez porównania bardziej niż festiwal filmowy w Cannes czy pianistyczny Konkurs Chopinowski. Podobnie zresztą jak na opinię publiczną całego świata. 

Oczywiste pozostaje też, że my sami wobec tak licznych przeciwieństw, ujawniających się w ostatnich latach – bardzo tego sukcesu potrzebujemy.  Bo umocni wspólnotę. Poza wszystkim innym: futbol to nie propaganda ani marketing. Liczy się piękna gra. Warto innym pokazać, że Polaków na nią stać.


Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here